Wydanie: MWM 06/2012

Koko-impro-spoko

Article_more
Niesportowy tryb życia muzyków jest częścią jazzowej mitologii. Lista substancji, jakimi odurzali się jazzmani, jest długa niczym dyskografia Sonny’ego Rollinsa, który nawiasem mówiąc, jako jeden z pierwszych uzależnionych na świecie zdecydował się na terapię metadonową i od połowy lat pięćdziesiątych woli medytację od heroiny. Jednak nawet jemu przez lata trudno było pozbyć się łatki narkomana. Dlaczego artystów wszelkich specjalności od wieków nazywa się pijakami, narkomanami i zwyrodnialcami, mimo że problem uzależnień dotyczy wszystkich grup zawodowych? To już temat na znacznie poważniejszy tekst.

19, 20 i 21 sierpnia 1969 roku spora grupa muzyków spotykała się w nowojorskim studiu B, należącym do wytwórni Columbia. Liderem całego twórczego zamieszania był Miles Davis, a kilkugodzinny materiał nagrany podczas tych sesji – po selekcji i montażu – trafił na legendarną płytę Bitches Brew. Gdyby spróbować zebrać wszystko, co napisano o owych sesjach, zebrałoby się kilka pokaźnych tomów, w których rzeczownikowi „sesje” nader często towarzyszy przymiotnik „kokainowe”. Proponuję mały eksperyment: do powyższych informacji dodajmy jeszcze utrwalony w zbiorowej wyobraźni wizerunek Milesa, mrocznego księcia jazzu, szorstkiego i nieprzystępnego. Następnie spróbujmy zgadnąć, w jakich godzinach mogły odbywać się te słynne kokainowe sesje. Pierwsza? Druga w nocy? Mówi ich uczestnik – klarnecista basowy Bennie Maupin:

 

„To stek bzdur, nie chcę wyrażać się mocniej. Spędzałem z Milesem sporo czasu, koncertowałem z nim i nagrywałem w studiu. Wydaje mi się, że wiem, jaką był osobą. Miał w sobie mnóstwo ciepła i niezrównane poczucie humoru. Na sesje nagraniowe zapraszał mnóstwo ludzi. Nagrywaliśmy zawsze rano, mniej więcej od 10.00 do 13.00, a potem Miles szedł na swój trening bokserski. Pewnie to samo mówili wam inni muzycy, którzy z nim grali”.

 

Tak, Miles Davis nie tylko oddawał hołd wielkiemu bokserowi na płycie Tribute To Jack Johnson, ale również sam amatorsko trenował, podobnie jak choćby perkusista Rashied Ali. Swoją drogą wywiady ze sparingpartnerami Milesa to byłoby coś!

Interesujące efekty mogłoby też dać porównanie muzyki granej przez jazzmanów zafascynowanych sportami walki i tej uprawianej przez entuzjastów gier zespołowych. Współpracujący od wielu lat z braćmi Olesiami niemiecki klarnecista Theo Jörgensmann do osiemnastego roku życia pasjonował się niemal wyłącznie grą w piłkę ręczną. Może to nie przypadek, że w jego wypowiedziach o muzyce tak często pojawiają się słowa „interakcja” i „komunikacja”? Szczypiorniaka kochał też podobno Maciej Sikała. Za to gdyby nie kontuzja, jakiej młody Tim Berne nabawił się podczas meczu ulicznej koszykówki, jazz byłby uboższy o kilka przepięknych płyt, a program tegorocznej edycji festiwalu Warsaw Summer Jazz Days – o jednego wykonawcę. Kiedy Berne, wtedy jeszcze niemuzykujący, zastanawiał się, co zrobi z wolnym czasem, siedząc w domu z nogą w gipsie, przypadkiem zobaczył ogłoszenie wywieszone przez kogoś, kto chciał okazyjnie sprzedać saksofon. Reszta, jak to mówią, jest historią.

 

Treningi na podwórku, czy nawet w lokalnym klubie, są niczym wobec perspektyw, jakie miał przed sobą czechosłowacki pływak, członek kadry narodowej, Miroslav Vitouš. Już pewnie myślał o starcie podczas igrzysk w Meksyku czy Monachium, ale wcześniej zwyciężył w innej ważnej rywalizacji. Podczas konkursu zorganizowanego w Wiedniu w 1966 roku, przed jury, w którym zasiadali m.in. Friedrich Gulda i Julian „Cannonball” Adderley, Vitouš wykonał na kontrabasie trzy utwory. Entuzjastyczne opinie jurorów i recenzentów wyznaczyły dalszą drogę młodego basisty-pływaka – Miroslav złożył podanie o wizę, a później wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie został współzałożycielem jednej z najsławniejszych grup w historii jazzu – Weather Report.

 

Wątki sportowe można by ciągnąć znacznie, znacznie dłużej: Tymon Tymański i karate, Rafał Mazur i tai chi, Mal Waldron i szachy, David Murray i biegi długodystansowe... Nie zapominajmy też, że nazwa znanego z NBA klubu Utah Jazz to rezultat umowy franczyzowej. Tej nazwy nie wymyślono w Salt Lake City, drużyna Jazz powstała w 1974 roku w Nowym Orleanie.

 

Ale nie może przecież zabraknąć wątku futbolowego. Zachowałem na koniec jedną krótką opowieść i jedno pytanie. Brazylijski perkusjonalista, filar legendarnego tria Codona, Nana Vasconcelos niedługo skończy 68 lat. Kiedyś uwielbiał grać na pozycji lewoskrzydłowego napastnika, dziś kibicuje drużynie Santa Cruz ze swojego rodzinnego Recife, a także zespołom Manchester United i FC Barcelona. Swojej ulubionej dyscyplinie sportu poświęcił wydany na dwóch płytach (Bush Dance i Minha Loa) utwór Futebol, w którym śpiewa: „Nie pozwólcie piłce przestać tańczyć”. To chyba dobre przesłanie dla nas na najbliższe tygodnie.

 

I pytanie na koniec: hymnem którego (europejskiego!) klubu sportowego jest standard jazzowy z muzyką Richarda Rodgersa do tekstu Oscara Hammersteina? Warto sprawdzić i nucić, podobnie jak Futebol, kiedy już Koko Euro spoko ostatecznie wyjdzie nam bokiem.

 

Janusz Jabłoński