Wydanie: MWM 05/2012

Żywot palonego teatru

Article_more
Wrocławski Teatr Miejski, dziś siedziba Opery, dwukrotnie padał ofiarą pożarów, ale błyskawicznie był odbudowywany. Uznano, że dodaje miastu prestiżu, jest jednocześnie świątynią sztuki i dziełem sztuki, więc nie wolno z niego zrezygnować.

Większość teatrów wzniesionych w XIX-wiecznej Europie przypomina pałace. Wrocławski Teatr Miejski, który w 1841 roku stanął przy pryncypalnej ulicy Świdnickiej, mógł przyjąć jednorazowo 1600 widzów i wcale nie należał do największych. Zaprojektował go wybitny architekt Carl Ferdinand Langhans (autor m.in. wrocławskiej synagogi Pod Białym Bocianem i kościoła św. Józefa oraz teatrów w Szczecinie, Legnicy, Dessau i Lipsku), a wrocławianie natychmiast pokochali. Bo do teatru chodzili wtedy wszyscy – arystokracja i mieszczanie, profesorowie uniwersytetu i studenci, damy i prostytutki. W świątyni sztuki panowała demokracja, a widzowie nie mieli prawa się nudzić. Premiery odbywały się co tydzień, a przedstawienia trwały, oczywiście z bardzo długimi antraktami, nawet sześć godzin i były doskonałą okazją, żeby omówić interesy, nawiązać płomienny romans albo chociaż poflirtować.

W Teatrze Miejskim wystawiano zarówno spektakle tradycyjne, jak i opery oraz operetki. Ale do gmachu przy Świdnickiej przychodzono nie tylko na przedstawienia; wstępowano także na kawę do cukierni Jordana lub kupowano łakocie w czynnym przez cały dzień sklepie. Niestety, wrocławianie cieszyli się teatrem tylko do 20 lipca 1865 roku. Melomani obejrzeli jeszcze wieczorne przedstawienie Żydówki Halevy’ego i, niczego nie przeczuwając, podreptali do swoich domów. Pożar wybuchł krótko przed północą na górnych piętrach i błyskawicznie się rozprzestrzenił. 

„Łuna tak była silną, iż światło stąd powstające równało się dziennemu, a Odra, w której nurtach się odbijało, zdawała się żywym płonąć ogniem. Skry następnie z niepohamowaną siłą z palących się zgliszczy wybuchające groziły nawet odległym domostwom i byłyby ich kilka, jak np. Café restaurant, zapaliły, gdyby nie czujność i zapobiegliwość straży ogniowej” – relacjonował z żarem „Dziennik Poznański”. Cały Wrocław wyległ, żeby obejrzeć ogniste widowisko, choć „gorąco było tak przenikające, że przy gmachu Stanów Śląskich [przy dzisiejszym pl. Wolności, budynek nie istnieje – red.] wystać było niepodobieństwem”. Prawie nic nie zdołano uratować z wnętrza teatru. Spłonęła biblioteka, zbiory nut, kostiumy. Straty obliczono na 250 tys. talarów, z tego 200 tys. miało zwrócić towarzystwo asekuracyjne.

Choć prasa wieszczyła, że to koniec żywota Teatru Miejskiego, budynek zaczęto odbudowywać pod kierunkiem Carla Lüdeckego. Artyści też nie zawiesili występów. Przenieśli się najpierw do sali cyrku Kärgera przy Schwertstrasse (dziś Nabycińska), a jesienią do sali Liebicha przy Gartenstrasse (dziś Piłsudskiego). Notabene, na tej tymczasowej scenie wrocławianie mieli okazję podziwiać m.in. polską śpiewaczkę Helenę Zawiszę. Zadebiutowała w mieście 9 października partią tytułową opery Dionizettiego Lukrecja Borgia. I odniosła sukces. Wprawdzie recenzent „Breslauer Zeitung” twierdził, że mezzosopran Zawiszanki brzmi w górnym rejestrze dosyć ostro i nienaturalnie, ale „Schlesische Zeitung” entuzjastycznie artystkę chwalił.

Po dwóch latach od pożaru scena przy Świdnickiej znów zaczęła działać, choć wcale nie stała się bardziej „ognioodporna”. O czym wszyscy przekonali się 13 czerwca 1871 roku. „Teatr miał być zamknięty za dwa dni na lato. Podczas przedstawienia ktoś zawołał «gore!», lecz zaprzeczono temu i publiczność pozostała w miejscu. W parę minut ujrzano płomień ponad wielkim świecznikiem i dał się słyszeć głos ostrzegający: «powoli wychodzić, w teatrze pali się!» Mimo tego rzucono się ku drzwiom, aktorowie zaś po większej części przez okna wyskakiwali” – pisał krakowski „Czas”. Pół godziny później budynek stał w płomieniach, tym razem uratowano jednak bibliotekę, nuty i instrumenty muzyczne. „Z publiczności nikt nie poniósł szkody, zwłaszcza że zebrało się jej nielicznie. Jedna tancerka poparzyła się, również jeden aktor, który szukając żony swojej, pozostał dłużej na scenie” – relacjonowała prasa.

Wrocław miał szczęście w nieszczęściu. Ogień, który wówczas często niszczył teatry, powodował śmierć wielu ludzi. Najbardziej tragiczny pożar spopielił 9 grudnia 1881 roku wiedeński Ringtheater. Zginęło w nim ponad 240 osób, a władze zdecydowały się wprowadzić rygorystyczne przepisy przeciwpożarowe.

We Wrocławiu również uznano, że trzeba walczyć z czerwonym kurem, bo jaki budżet wytrzyma stawianie co kilka lat nowego teatru. Dlatego architekt Carl Schmidt, który dostał zlecenie odbudowy gmachu, zastosował bardzo nowoczesne, jak na ówczesne czasy, zabezpieczenia przeciwpożarowe. I odniósł sukces, ogień nigdy tu już nie zapłonął. Chyba, że ogień entuzjazmu widzów, którzy na scenie Stadttheater podziwiali sławne śpiewaczki – Adelinę Patti, Jenny Lind i Marcelinę Sembrich-Kochańską, wielkich wirtuozów – Niccolò Paganiniego, Clarę Wieck, Karola Lipińskiego, Franciszka Liszta czy Henryka Wieniawskiego i nie mniej wybitnych dyrygentów – Hansa von Bülowa, Ryszarda Wagnera, Leopolda Damroscha czy Ryszarda Straussa. I niech ten ogień dalej płonie.

Beata Maciejewska