Wydanie: MWM 05/2012

Muzyka buntu?

Article_more
Jazzmani szczycą się nonkonformizmem i buntowniczym charakterem swojej muzyki. Polityczne zaangażowanie „muzyki wolności” należy do podstawowych dogmatów gatunku, ale niestety, po chłodnej analizie lista osiągnięć jazzu na tym polu wypada dość blado. Choć w wielu przypadkach chciałoby się rzec – na szczęście.

To prawda, We Insist! Maxa Roacha czy Freedom Suite Sonny’ego Rollinsa z końca lat 50. to klasyki gatunku i zdecydowane przejawy nowej, wyzwolonej tożsamości Afroamerykanów. W latach 60., czasach walczącego zarówno z systemem tonalnym, jak i segregacją rasową free jazzu, albumy zaroiły się od buntowniczych tytułów i dedykacji dla Malcolma X czy Martina Luthera Kinga. Ale te tworzone przez nowojorskich intelektualistów nagrania były raczej przekonywaniem dawno przekonanych (który Afroamerykanin opowiadał się przeciw ruchowi praw obywatelskich?) i trudno nazwać je pokoleniowymi manifestami. Uczestnicy organizowanych przez Czarne Pantery marszów nie szli protestować z motywem z A Love Supreme Johna Coltrane’a na ustach. Żaden jazzowy utwór nie zdobył, bo i nie mógł, statusu pokoleniowego hymnu, jak protest songi Joan Baez czy Boba Dylana. Żaden politycznie zaangażowany utwór jazzowy nie został prawnie zakazany, jak antypinochetowski They Dance Alone Stinga w Chile lat 80. Żaden jazzman nie został, jak twórca afrobeatu Fela Kuti, wsadzony za antyreżimową muzykę na dwa lata do nigeryjskiego więzienia. Jeśli jazzmani mieli problemy z prawem, a przyznajmy, że zdarzało się to nader często, to z powodu narkotyków, nie działalności politycznej – po prostu mało kto interesował się tym, co grają na swoich płytach.

 

No dobrze, nie możemy zapomnieć o Charliem Hadenie, który w rządzonej twardą ręką Portugalii, w 1971 roku został aresztowany za zadedykowanie utworu swojej Liberation Music Orchestra ruchom narodowowyzwoleńczym z Angoli i Mozambiku. Utworu zatytułowanego – co nie jest tu bez znaczenia – Song for Che. Haden to zresztą chyba najbardziej lekkomyślnie rozdający polityczne dedykacje artysta, bo o ile np. nagrywanie jazzowych wersji pieśni rewolucyjnej Hiszpanii było ciekawym eksperymentem, to poświęcenie kompozycji Mao Tse-Tungowi świadczy już o pewnym ideologicznym zagubieniu wielkiego kontrabasisty (a z portugalskiego aresztu w ciągu kilku godzin uwolniła go interwencja amerykańskiej ambasady).

Fascynacja komunizmem była też niemal obowiązująca wśród muzyków pierwszej fali swobodnej improwizacji lat 60. w Wielkiej Brytanii. Niewiele z tego wynikało, oprócz stosownego nazewnictwa płyt i zespołów (m.in. grupa Iskra Paula Rutheforda dla uczczenia gazety rosyjskiej partii socjaldemokratycznej z początku XX wieku).

Mimo sporej dawki naiwności „społecznie zaangażowanych” muzyków nikt chyba nie wykazał się tak żelazną konsekwencją jak perkusista Tony Oxley, który zamienił życie na mieszczańskim Zachodzie na kraje postępu oraz sprawiedliwości i zamieszkał w NRD (na szczęście system szybko upadł, bo podobno Oxleyowi zaczął wyczerpywać się pierwotny entuzjazm).

 

Jazzmani po drugiej stronie żelaznej kurtyny mieli bowiem z polityką zupełnie inne problemy. W Związku Radzieckim zakazany bywał nawet Stawiński czy Ravel, więc o embargu na jazz – sztandarowy wytwór kapitalizmu – nie trzeba nawet wspominać. Z czasem jednak, widząc wzrastającą popularność (i zarazem nikłą szkodliwość) muzyki jazzowej, sowiecki reżim wykazał się dość zabawnym pragmatyzmem. Jak wspomina litewski pianista Wiaczesław Ganielin, „wymyślono ideologię, że skoro w tej muzyce nie ma słów, to jest ona apolityczna, a w dodatku Murzyni są nieszczęśliwi, eksploatowani, a my w ZSRR jesteśmy za wolnością dla Murzynów! Dlatego jakkolwiek dziwne by się to wydawało, wszystkie festiwale organizowane były przez komsomoł”. Również w Polsce wywrotowy charakter miał jazz w latach 50., ale już w 80. nikt o tym nie pamiętał, a muzyką przemian stały się piosenki Kaczmarskiego i punk rock – o czym można przeczytać w wydanej niedawno książce wrocławskiego socjologa i jazzmana Igora Pietraszewskiego Jazz w Polsce. Wolność improwizowana.

 

Ostatnia duża fala rozpolitykowanych utworów pojawiła się w pierwszej dekadzie XXI wieku, kiedy albumy amerykańskich artystów zaczęły wypełniać się pamfletami na pewnego średnio popularnego w tej grupie zawodowej prezydenta (od Bush Wacked grupy Nu Band, po Not in Our Name wspomnianego wcześniej Hadena).

 

Jest więc ten jazz muzyką buntu, czy nie? A może nigdy nie był? Jedną z najważniejszych legend z zakresu związków polityki i muzyki improwizowanej są owiane tajemnicą kontakty jazzowej awangardy w Niemczech ze skrajnie lewicowymi organizacjami, z Frakcją Czerwonej Armii i samą Urlike Meinhof na czele. Tytuły płyt centralnej postaci tych lat, saksofonisty Petera Brötzmanna (zwanego nawiasem mówiąc „Rzeźnikiem z Wuppertalu”), rzeczywiście nie brzmią zbyt pacyfistycznie – jak przełomowy Machine Gun czy Fuck the Boere. Jednak dziś Brötzmann twierdzi, że rzekoma zażyłość obu środowisk jest wymysłem żądnych dobrych historii publicystów, a kontakty z przyszłymi terrorystami wynikały z prostego faktu, że buzujące kontrkulturą uniwersytety i kawiarnie były jednocześnie dobrym miejscem do grania bezkompromisowego free jazzu. Najmocniej krytykowali nowatorskie koncepcje Brötzmanna nie muzyczni i światopoglądowi konserwatyści, ale lewicowi radykałowie, którzy zarzucali jego muzyce niezrozumiałą dla mas elitarność (w czym zresztą mieli zupełną słuszność i co celnie podważa sens używania muzyki jazzowej jako narzędzia politycznej agitacji). Do najciekawszych dokumentów tej epoki należy album Alarm, zaledwie 37-minutowy zapis hamburskiego koncertu nonetu Brötzmanna... przerwanego informacją o podłożeniu bomby w budynku Funkhausu i prośbą o ewakuację.

 

Dziś zapytany o to, czy muzyka może zmienić świat, Rzeźnik z Wuppertalu tylko wzdycha i kręci głową. A może to i dobrze?

 

Tomasz Gregorczyk