Wydanie: MWM 09/2012

Od pustyni do półprzewodnika

Rzecz o dyrygowaniu na Wyspach Brytyjskich
Article_more
Niemiecka fraza „Das Land ohne Musik” – kraina bez muzyki – pojawia się do dziś w gazetach brytyjskich, gdy pisze się o historii muzyki rodzimej, paradoksalnie nawet wtedy, gdy artykuł opowiada o sukcesach szefa Berlińskich Filharmoników Sir Simona Rattle’a. Na kochających tradycję wyspach wciąż pamięta się o tym, że Wielka Brytania, kulturalny potentat w dziedzinie literatury, cierpiała dotkliwie nie tylko na brak uznanych w świecie kompozytorów, lecz także własnych dyrygentów.
 

Norman Lebrecht w książce The Maestro Myth pisze: „Po śmierci Feliksa Mendelssohna i wyjeździe Hectora Berlioza życie koncertowe dostało się we władanie specjalistów od taniej rozrywki”. Wyjątkiem był Manchester, gdzie Charles Hallé założył orkiestrę symfoniczną z prawdziwego zdarzenia, która początkowo grała prawie wyłącznie dla licznej społeczności niemieckich imigrantów. W 1905 roku sir Edward Elgar narzekał: „Mówi się, że dyrygentem trzeba się urodzić, dyrygenta stworzyć nie sposób. Ale czy kiedykolwiek podjęliśmy poważną próbę tworzenia dyrygentów?”. Zdaniem Lebrechta za cud należy uznać fakt, że trzydzieści lat później Wielka Brytania mogła już poszczycić się czterema dyrygentami światowej sławy, a także dobrze rozwiniętym przemysłem nagraniowym. Wspomniani czterej mistrzowie batuty – Thomas Beecham, Henry Wood, Adrian Boult oraz John Barbirolli – starannie przestrzegali dżentelmeńskiego podziału na strefy wpływów: Beecham zajmował się głównie Haydnem, Mozartem, a także repertuarem francuskim i rosyjskim; Wood późnymi romantykami i wczesnymi modernistami; Boult Brahmsem, współczesną muzyką brytyjską i dźwiękowymi łamigłówkami Berga; Barbirolli operą włoską i angielską tradycją pastoralną. Thomas Beecham zyskał dodatkowy rozgłos ze względu na swój cięty język. Gdy po tournée w Stanach Zjednoczonych poważny amerykański producent płytowy oświadczył, że „wielu muzyków uznało jego zdolności za poważnie ograniczone, widząc w nim »utalentowanego amatora«”, dyrygent odpowiedział szyderstwem: „Tak jak w przypadku każdego przejawu prawdziwej kultury, Amerykanom pięćdziesiąt lat zajmie odkrycie znaczenia tego słowa, a kolejnych pięćdziesiąt przyswojenie tego, co Europa może im zaoferować”.

 

Kolejne muzyczne miracles w Wielkiej Brytanii ściśle wiążą się z historią buntu. London Symphony Orchestra powstała w 1904 roku na skutek rebelii przeciw Henry’emu Woodowi. Z niej z kolei wyłoniła się w 1959 roku grupa prowadzona przez koncertmistrza drugich skrzypiec, któremu udało się namówić kolegów do udziału w koncertach muzyki barokowej w słynnym osiemnastowiecznym kościele przy Trafalgar Square – tak powstała Academy of St-Martin-in-the-Fields prowadzona przez Neville’a Marrinera. Zespół zyskał ogromną popularność przede wszystkim dzięki płytom, najsłynniejsza z nich – Cztery pory roku Antonia Vivaldiego z nowozelandzkim skrzypkiem Alanem Lovedayem – sprzedała się w nakładzie, którego nie powstydziłby się sam Michael Jackson. Jednak Norman Lebrecht złośliwie nazywa Marrinera – nie mającego w końcu ukończonych studiów w dziedzinie prowadzenia orkiestry – półdyrygentem („semi-conductor” dosłownie znaczy „półprzewodnik”). Do tej samej kategorii zalicza zresztą Christophera Hogwooda, który z kolei dokonał swego rodzaju rebelii na gruncie estetycznym, nie zgodził się bowiem na wykonywanie muzyki dawnej na współczesnych instrumentach, których używała orkiestra Marrinera. Odszedł z Academy of St-Martin-in-the-Fields, by powołać Academy of Ancient Music. Jej celem było wykonywanie muzyki zgodne z intencjami kompozytora oraz praktyką epoki, w której powstawała. W takiej grupie rola dyrygenta zdecydowanie się zmienia, albo nawet wręcz zanika, bowiem każdy z muzyków – dysponując unikalną wiedzą na temat swojego instrumentu oraz świadomością jego technicznych możliwości – bierze czynny udział w kształtowaniu interpretacji. „Jestem zwolennikiem demokracji graniczącej z anarchią – zadeklarował Christopher Hogwood na początku swojej pracy – uważam, że to muzyk grający na oboju d’amore wie najlepiej, co zrobić, by instrument dobrze zabrzmiał w danych okolicznościach. Dyrygent musi pogodzić się z tym, że pełni rolę arbitra pomiędzy instrumentalistami”. Ciekawe, że większość „półdyrygentów” z czasem postanawia jednak wyjść poza krąg historycznie uświadomionych instrumentalistów i podejmuje współpracę z typowymi orkiestrami symfonicznymi – tak uczynili i Marriner, i Hogwood, i Paul McCreesh. Ten ostatni zasłynął dzięki interpretacjom utworów zapomnianych lub nieznanych. Z ich wykonywaniem i nagrywaniem wiąże się kolejny niezwykle ciekawy problem, bowiem zawarte w dawnych rękopisach informacje są zbyt skąpe, by na ich podstawie możliwe było zagranie utworu. Konieczne jest wcześniejsze opracowanie materiału przez specjalistę, który w takich przypadkach ma prawo uważać się za współtwórcę dzieła, tak przynajmniej zdecydował brytyjski sąd, gdy w 2004 roku nakazał wytwórni Hyperion zapłacić odszkodowanie Lionelowi Sawkinsowi, autorowi opracowania utworów Michela-Richarda de Lalande’a, które zostały użyte w nagraniu opublikowanym przez wydawnictwo Hyperion. Często autorami takich opracowań są wykonujący je później dyrygenci. Wielu spośród nich pochodzi z Wysp Brytyjskich, które „z kraju bez muzyki” przekształciły się w jeden z najważniejszych współcześnie światowych ośrodków interpretacji muzycznej. I czy podoba się to krytykom, czy nie, „semi-conductors” pełnią w nim przewodnią rolę.