Wydanie: MWM 03/2013

Niezapomniane chwile

WItolda Lutosłaskiego wspomina Krzysztof Meyer
Article_more
Wychodząc z pierwszej wizyty u państwa Lutosławskich i patrząc zamyślony na zachmurzone niebo ponuro odbijające światła miasta, pomyślałem, że być może w osobie Lutosławskiego wreszcie znalazłem prawdziwego nauczyciela kompozycji. Następne spotkania, które zresztą odbywały się nieregularnie, bo raz na dwa-trzy miesiące, potwierdziły to przypuszczenie.

Krzysztof Komarnicki: Kiedy i w jakich okolicznościach poznał pan Witolda Lutosławskiego?

Krzysztof Meyer: W okolicznościach zupełnie dla mnie niespodziewanych. Debiutowałem na Warszawskiej Jesieni w 1965 roku, grano wówczas mój I Kwartet smyczkowy. Notabene, dzień wcześniej odbyło się pierwsze polskie wykonanie Kwartetu Lutosławskiego, wówczas poczułem się więc znokautowany! W czasie przerwy koncertu, na którym zaprezentowano mój utwór, byłem za kulisami i rozmawiałem z Zygmuntem Mycielskim. Nagle zobaczyłem, jak sprężystym krokiem zmierza w moją stronę Witold Lutosławski, którego jakoś dotąd nie miałem okazji go poznać. Podszedł do nas, powiedział mi parę miłych słów o utworze i zapytał: „A czy nie miałby pan ochoty przyjechać kiedyś do mnie do Warszawy (mieszkałem w Krakowie) i pokazać mi swoje inne prace?”. Wziąłem to wyłącznie za kurtuazję. Podziękowałem, powiedziałem, że oczywiście chętnie bym przyjechał. I to była cała rozmowa. Lutosławski odszedł, a ja pozostałem z Zygmuntem Mycielskim i zapytałem go: „Jak pan sądzi, co to oznacza, czy to była tylko uprzejmość?”. Mycielski cedząc każde słowo odpowiedział: „Myślę…, że… powinien… pan… do… niego… pojechać”. I tak po miesiącu czy dwóch napisałem list do Lutosławskiego z pytaniem, czy podtrzymuje chęć spotkania się ze mną. Nie minęło kilka dni, kiedy nadeszła odpowiedź: „Bardzo proszę o obiecaną wizytę”. Kupiłem więc bilet do Warszawy – wtedy z Krakowa jechało się sześć czy bodaj nawet siedem godzin (przez Kielce i Radom) – i zjawiłem się od wyznaczonej porze. Lutosławski mieszkał wówczas na Saskiej Kępie, na ulicy Zwycięzców, w starej, przedwojennej kamienicy, na której widoczne były ślady kul, a w oczy rzucał się uszkodzony tynk… O ile pamiętam, mieszkanie jego znajdowało się na drugim piętrze.

Na pierwsze spotkanie przyniosłem kilka swoich partytur, pamiętam, że były w dużej tekturowej teczce. Postawiłem tę teczkę na podłodze, chyba gdzieś pod stołem. Lutosławski dostrzegł to, spojrzał na mnie badawczo i zapytał: „A dlaczego pan tak poniża swoje dzieła?”. W tym momencie moja trema zniknęła. Spostrzegłem, że mówi do mnie człowiek będący w świetnym nastroju, bardzo bezpośredni, sympatyczny i serdeczny. Pierwsze, co mnie uderzyło, to jego kaskady śmiechu. Był poważny i nagle, w ułamku sekundy, na jego twarzy pojawiał się szeroki uśmiech. Trwało to chwilę i za moment wracała powaga. Te wybuchy zaraźliwej wesołości miały w sobie coś niepowtarzalnego.

 

Spotkanie to miało w dużej mierze charakter zapoznawczy – Lutosławski  chciał wiedzieć, gdzie studiowałem, co dotąd zrobiłem, co skomponowałem. Potem postawił mi parę pytań, które mnie bardzo zastanowiły, gdyż były dosyć nieoczekiwane. Zapytał na przykład, jakie znam języki obce. Odpowiedziałem dodając, że jeszcze nie wziąłem się za angielski, na co on: „Co za problem? Wie pan, ja właśnie dopiero teraz uczę się tego języka”. Druga rzecz, też była dla mnie nieoczekiwana – Lutosławski bardzo szybko przeszedł na tematy polityczne. Powiedział: „Czy pan sobie zdaje sprawę z tego, że nie żyjemy w wolnym kraju, że nie jesteśmy krajem suwerennym? I jakkolwiek w tej chwili nie ma możliwości wyjścia z tej sytuacji, to obowiązkiem każdego z nas jest pamiętanie o tym”. Bardzo mnie zdziwiło, że powiedział to tak wprost. To były w końcu czasy ciężkiej komuny i nie rozmawiało się tak z ludźmi, których się bliżej nie znało. Dziś sądzę, że uważał za swój patriotyczny obowiązek uświadomienie młodemu człowiekowi skomplikowanego położenia Polski, chcąc przy tej okazji skłonić go do głębszej refleksji. Potem przeszedł już ad rem, czyli do oglądania partytur, które mu przyniosłem.





Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu kwietniowego numeru "Muzyki w Mieście".