Wydanie: MWM 03/2013

Słusznie dumni

Muzyka i pieniądze
Article_more
Świat nie stoi w miejscu. Świat kręci się wkoło. Podobno jesteśmy innymi ludźmi niż żyjący przed stu laty. Jednak nowele Dekameronu pokazują, że nasza natura, potrzeby i odruchy są takie same jak w XIV wieku. Zawsze wspominam człowieka, który zdobywszy nieco pieniędzy, pierwsze co robi, to kupuje osła, by nie wracać do domu pieszo.

Pewna ludzka skłonność została jednak w średniowieczu wykorzystana w sposób wyjątkowy, ani wcześniej, ani później raczej niepowtarzany. Stała się jednym ze sposobów zapewnienia sobie chwały – słusznej chwały, dodajmy. To mecenat, polegający na fundowaniu istotnych dla społeczności obiektów lub przedsięwzięć, tworzący warunki do rozwoju twórczości, z różnych względów nienastawiony na bezpośredni zysk. Działa tu oczywisty i znany mechanizm: imię fundatora utrwala się w pamięci wszystkich, którzy korzystają z efektów jego hojności, a opłacone przez niego przedsięwzięcie mówi o jego horyzontach, poczuciu odpowiedzialności za wspólnotę albo po prostu o wspaniałości. Pierwszy model podkreślany był w kulturach, w których należało liczyć się z głosem ludu: demokratycznych Atenach, republikańskim Rzymie. Ponieważ trudno tu odwoływać się do przykładu Akropolu, który był raczej efektem defraudacji, można przypomnieć tzw. stoę Attalosa – portyk przy agorze, wzniesiony przez tego hellenistycznego króla w podzięce za nauki, jakie otrzymał w Atenach. Portyk, czyli po prostu kawał dachu oparty na kolumnadzie, stojący wzdłuż boku placu. O tym, jak niezbędna to budowla, wie każdy, kto próbował w południowym słońcu stać na przykład w kolejce do Bazyliki św. Marka w Wenecji lub do Muzeów Watykańskich. Królestwo za kawałek cienia!

 

Poczucie odpowiedzialności za wspólnotę, za podnoszenie jej jakości życia dziś złożyliśmy niemal całkowicie na barkach państwa, które w imię dbania o nasze dobro skutecznie odziera nas z zarobków. Nieco inaczej było w starożytnym, zwłaszcza republikańskim Rzymie, gdzie podatki, jeżeli w ogóle dotykały obywateli, nie stanowiły znaczącego obciążenia. Mimo to Rzym mógł się poszczycić siecią akweduktów, kanałów odwadniających miasto (główny, trzeba przyznać, zbudowany został jeszcze przez królów), drogami i publicznymi budowlami, których nazwy upamiętniały ich fundatorów. Czy należy nazwać to skutkiem mecenatu? W literaturze historycznej mówi się raczej o „ewergetyzmie”, wypływającym właśnie z poczucia odpowiedzialności za rozwój państwa i z chęci rozgłoszenia swego imienia dzięki spektakularnej inwestycji. Czy różni się on jednak zasadniczo od tego, co dziś nazywamy mecenatem? Wznoszenie świątyń, bazylik foralnych, następnie – już w okresie cesarstwa – całych kompleksów forum wraz z bazyliką (Forum Trajana), także cyrków, amfiteatrów (jak Koloseum), odeonów i teatrów. Czy fundatora wspaniałej architektury publicznej i zespołu rzeźb nie nazwiemy dzisiaj mecenasem – nawet jeżeli budowla ma mieć funkcje użytkowe i reprezentacyjne, jak miejskie bazyliki? Czy nie nazwiemy tak fundatora rozrywek – spektakli dla publiczności?





Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu kwietniowego numeru "Muzyki w Mieście".