Autor: Mariusz Marks
Wydanie: MWM 03/2013

Nut w muzyce nie ma

Jazz nad Odrą
Article_more
Miles gra tam taką nutę, która właściwie do niczego nie pasuje, ale gra ją z takim przekonaniem, i trzyma, i puszcza, i zapada cisza, a z tyłu słychać ryk zachwytu jakiegoś fana. Ten ryk chyba najbardziej tę płytę wyróżnia. Ktoś tę nutę „kupił” i odebrał. I to jest właśnie geniusz.

Mariusz Marks: Nie zepsuły pana pochlebstwa i entuzjastyczne artykuły w najlepszych magazynach jazzowych, między innymi w „Jazz Forum” czy „Down Beat”. Niedawno ukazała się płyta Miles of Blue oraz książka Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego. Moim zdaniem podtytuł powinien raczej brzmieć: awantury muzykanta jazzowego. Taki termin pan przecież wprowadził.
Michał Urbaniak
: Zgadzam się, ale autorem ostatecznej wersji książki był Andrzej Makowiecki, geniusz i mój guru. Wychowywał mnie, choć nie w pełni mu się to udało. Znajdziemy to w książce, bo nie ma w niej przekłamań, a prawdziwy, choć nieco wyostrzony, obraz mojej osoby. Jesienią na ekrany wszedł film, w którym gram jedną z głównych ról – starego klezmera. Film nawiązuje do życia Piotra Trzaskalskiego, reżysera i scenarzysty. Jego ojciec był klarnecistą. Rola była łatwa, ale nie dla kogoś, kto nie jest aktorem. To było dla mnie wyzwanie, które z radością podjąłem. Granie w filmie przypomina występowanie na koncercie. Potrzebowałem jednak tygodnia, dwóch na oswojenie się z nową sytuacją. Piotr Trzaskalski początkowo oszczędzał mnie na planie. W końcu jednak miałem tego dość, bo mój udział w scenach polegał na leżeniu, spaniu albo piciu. Powiedziałem: „Panowie, jestem tu po to, żeby grać. Przestudiowałem całego Stanisławskiego i myślę o karierze aktora szekspirowskiego, a wy tu robicie ze mnie jakiegoś tumana, który leży albo popija”. Okazało się, że robiono to celowo, żeby nie rzucać mnie od razu na głęboką wodę. Bardzo pomógł mi również Artur Żmijewski (grający mojego syna), aktor bardzo profesjonalny, z pozoru sztywny i zasadniczy, który jednak wspierał mnie na planie i dodawał wiary we własne siły.

Swój książkowy debiut miała też Urszula Dudziak.
Jej książka jest zupełnie inna. To nie jest życiorys ani biografia. Ula zawsze pisała pamiętniki. Ze swoich zapisków pozbierała anegdoty i podpisała je tytułami utworów – ciekawa koncepcja. Natomiast, gdybym ja sam miał napisać książkę o swoim życiu, to jedynym sposobem na przypomnienie sobie jego kolei byłoby prześledzenie mojej dyskografii. Płyta po płycie, tytuł po tytule, wtedy przypomina mi się kilka dni przed nagraniem i kilka dni po nim. Życia nie pamiętam, ale pamiętam płyty. Może kiedyś to zrobię.

Mocno powiedziane – nie pamięta pan życia, ale płyty.
Jestem w stanie przypomnieć sobie każde nagranie i wszystko przed i po nim, nawet żony mi się nie mylą.





Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu kwietniowego numeru "Muzyki w Mieście".