Wydanie: MWM 09/2012

Klawesyn – to jest to!

Article_more
Breslau przekonał się sto lat temu, że warto stawiać na trójkąty: Wanda Landowska, Bach i klawesyn zawojowali melomanów. Miejscowe towarzystwa muzyczne, które zaprosiły polską artystkę na VI Niemiecki Festiwal Bachowski, mogły cieszyć się sukcesem.
 

Wandę Landowską Breslau już znał, bo wystąpiła tu w 1897 roku na kameralnym koncercie Wrocławskiego Towarzystwa Orkiestralnego. Ale wtedy jeszcze nie była jedną z najsławniejszych klawesynistek świata, miała niespełna dwadzieścia lat i grała na fortepianie. W programie znalazły się m.in. jej własne kompozycje. Bach jaki jest, też każdy słyszał, bo w mieście wszyscy muzykowali albo chociaż na koncertach bywali. Wystarczy wspomnieć, że w XIX wieku niedzielne koncerty ogrodowe zaczynały się bladym świtem, o godz. 6, a nawet o 5 i miały publiczność! Najmniej znany breslauerom był klawesyn i nie ma się co dziwić. Dawno wyszedł z mody, z salonów i sal koncertowych wyparł go fortepian. Na szczęście wciąż stał w Zamku Królewskim, choć oglądali go tylko wybrańcy. Można im było pozazdrościć, bo na tym instrumencie grał młody Mozart i syn Bacha.

Piątka z Londynu

Klawesyn był doskonały, ze sławnego londyńskiego warsztatu Burkata Shudiego, z pochodzenia Szwajcara. Shudi przyjechał do Anglii, mając 16 lat, porządny zawód stolarza i duże ambicje. Znalazł pracę w warsztacie budowy klawesynów i już wkrótce Europa chyliła czoło przed jego talentem, a także sięgnęła do sakiewki. Do klientów Shudiego należały koronowane głowy i znakomici muzycy, m.in. cesarzowa austriacka Maria Teresa, Joseph Haydn, Georg Friedrich Haendel. No i oczywiście król pruski Fryderyk II, najsławniejszy władca XVIII-wiecznej Europy. Zamówił pięć klawesynów dla pięciu królewskich rezydencji. Instrument opatrzony numerem 496 trafił do Wrocławia.

Tyle że już był instrumentem używanym. Shudi, zanim wysłał klawesyn Fryderykowi Wielkiemu, wystawił go w swoim salonie, żeby znawcy ocenili klasę instrumentu. Był czwartek, 16 maja 1765 roku, salon się zapełnił, a za klawiaturą usiadł dziewięcioletni dzieciak, ówczesna sensacja towarzysko-muzyczna Londynu. Wolfgang Amadeus Mozart. Jazda próbna wypadła zadowalająco, numer 496 zapakowano do skrzyni i wysłano do Fryderyka, który kazał klawesyn umieścić we wrocławskim Zamku.

Pleyel lepszy niż Shudi?

Ale w 1912 roku Landowska na królewskim klawesynie nie zagrała. Przyjechała na Festiwal Bachowski z własnym instrumentem, zbudowanym według jej wskazówek przez paryską firmę Pleyela. O klawesynach wiedziała wówczas prawie tyle, co Shudi, z powodzeniem rozpoczęła dzieło przywrócenia blasku muzyce renesansowej i barokowej. Breslau był zafascynowany, choć krytycy trochę marudzili. Pierwszego dnia festiwalu, 16 czerwca, zagrała na klawesynie suity Jeana Philippe’a Rameau i oczywiście utwory Bacha, w tym – wraz z miejscowym pianistą Juliusem Buthsem – Koncert na dwa klawesyny C-dur. Publiczność przyjęła ten występ owacyjnie, ale wpływowy recenzent Ernst Flügel (notabene był niezłym pianistą i występował publicznie) uznał, że brzmienie klawesynu jest jednak zbyt nużące.

Następnego dnia Landowska zaprezentowała Koncert f-moll Johanna Sebastiana Bacha i znów recenzent miał zastrzeżenia do instrumentu: tym razem dźwięk okazał się zbyt cichy, wątły. Być może dlatego, że artystka wystąpiła w wielkiej sali Wrocławskiego Domu Koncertowego przy Gartenstrasse (dzisiejsza ul. Piłsudskiego, budynek już nie istnieje, przylegał do obecnego Teatru Polskiego), mogącej pomieścić 1200 widzów. Na szczęście melomani okazali się mniej zachowawczy od recenzenta, z ciekawością oglądali klawesyn, a gdy Landowska jesienią 1912 roku znowu przyjechała na występy, prasę miała znakomitą. Kilka miesięcy później w berlińskiej Hochschule für Musik otworzyła pierwszą na świecie klasę gry na klawesynie.

Co ciekawe, breslauerzy doczekali się także gry na klawesynie Fryderyka Wielkiego. Mieli go okazję posłuchać w 1926 roku, gdy otwierano Muzeum Zamkowe i zorganizowano koncert. W programie znalazły się oczywiście kompozycje Fryderyka, który był wprawdzie „tyranem bez strachu, bez wiary i bez miłosierdzia” (jak chcą jego krytycy) oraz genialnym wodzem, intelektualistą na tronie i budowniczym potęgi państwa pruskiego (jak chcą zwolennicy), ale oprócz tego kochał muzykę. Klawesyn był mu równie potrzebny jak nowy szwadron jazdy.

Za bańkę spirytu

My też będziemy mogli posłuchać, jak brzmi ten klawesyn, bo cudem (i nie jest to przesada) odnalazł się kilka miesięcy temu na wsi pod Warszawą. Polscy muzealnicy uważali dotąd, że został zniszczony w maju 1945 roku, podczas pożaru Zamku. Mylili się. Instrument zabrali Sowieci. Mieli słabość nie tylko do rowerów i zegarków, ale i fortepianów. Irena Strauss cytowana przez Normana Daviesa w Mikrokosmosie wspominała: „Ooo, fortepiany to była radziecka specjalność. Bo to drogie, ładne i elegancko się prezentuje. A poza tym, Rosjanie to muzykalny naród. W naszym domu było pięć fortepianów, to znaczy lokatorzy mieli po jednym, a my – dwa. Kiedyś zajechała przed dom ciężarówka sowiecka i – dawaj! A nam się żal zrobiło i prosimy: Zostawcie nam jeden. – Niet, niet i niet. Wtedy ojciec uderzył w klawisze tak, żeby udowodnić, że nie gra. I rzeczywiście, nie zagrał. To zostawili, i tak go pamiętam – samotny fortepian, na ulicy, wśród ruin”.

Ale klawesyn grał. I wyjechał na sowieckiej ciężarówce, która zepsuła się we wsi pod Warszawą. Żołnierze zaproponowali jednemu z mieszkańców interes: bańka spirytusu i instrument może zabrać. Był muzykiem, więc wyciągnął bańkę i zabrał klawesyn. Nie znał jego historii, nie wiedział, że grał na nim Mozart, ale o instrument zadbał. Gdy kilka miesięcy temu spadkobiercy muzyka zaproponowali poznańskiemu Muzeum Instrumentów Dawnych kupno klawesynu, decyzja mogła być tylko jedna: biorą. Konserwatorzy zabrali się już za odnawianie instrumentu, wszyscy czekają, kiedy numer 496 znowu się odezwie.        

I w oczekiwaniu na ten głos, wybierzmy się 1 września do Auli Leopoldyńskiej. Tak jak sto lat temu będzie tam na nas czekał trójkąt doskonały: Rachel Podger, Brecon Baroque z klawesynem i oczywiście Bach.