Wydanie: MWM 03/2013

Zrób to sam

Article_more
Można napisać, że jazz gra się dosłownie na wszystkim, ale byłaby to jedynie półprawda. Owszem, na jazzowych płytach można znaleźć i japońskie koto i siedemnastowieczne skrzypce, ale nic nie zmieni faktu, że muzyka ta została stworzona przez trębaczy, saksofonistów, pianistów i kilku jeszcze innych instrumentalistów posługujących się stosunkowo ograniczonym zestawem narzędzi.

To prawda, w prapoczątkach jazzu muzykowało się na grzebieniach, tarkach i dzbanach (tzw. jug bands). Jeśli wczytamy się w składy big-bandów z lat 20., to znajdziemy tam jeszcze niezmiernie rzadki saksofon basowy lub trąbki suwakowe. Niemniej jednak bardzo szybko wykrystalizował się zbiór najczęściej używanych w jazzie instrumentów, który w pewnym sensie nie zmienił się aż do dziś.

 

Dziwne instrumenty okazały się przydatne, gdy jazz nieco skostniał, a kanon próbowano rozsadzić nie tylko przez kwestionowanie harmonii tonalnej czy stałego rytmu, lecz także owego niezrozumiałego samoograniczenia się i powtarzania wciąż z niewielkimi wariacjami składu typowego jazzowego combo. I tak, najważniejszych nagrań w historii nowego jazzu dokonano na słynnym plastikowym saksofonie Ornette’a Colemana i kieszonkowej trąbce Dona Cherry’ego. Instrumenty te wywoływały pod koniec lat 50. uśmiech, jeśli nie politowanie, a przecież ich użycie było samo w sobie jak najbardziej poważnym manifestem.





Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu kwietniowego numeru "Muzyki w Mieście".