Wydanie: MWM 03/2013

Szczególne emocje

Wywiad z Andrzejem Dudkiem-Dürerem
Article_more
Jeden z najwszechstronniejszych polskich artystów, Andrzej Dudek-Dürer, opowiada o muzyce, w której liczy się wszystko: od inspiracji po efekt, od potęgi natchnienia do nowoczesnych technologii, od samotności po współpracę, od siły tworzenia do siły oddziaływania.

Grzegorz Chojnowski: Mawia pan: „moje życie jest sztuką”. Z pana sztuką, a więc życiem, związane są przede wszystkim sztuki wizualne. Kojarzy się pana z performance, wideo, instalacją, z fotografią, a mniej z muzyką. Jakie miejsce zajmuje ta ostania w sztuce życia Andrzeja Dudka-Dürera?
Andrzej Dudek-Dürer
: Bardzo istotne. Stanowi równoległą do innych mediów formę ekspresji, często także jest dopowiedzeniem, dopełnieniem moich realizacji wideo, instalacji, performance. Zdarza się, że ludzie kojarzą mnie przede wszystkim z muzyką. Przed wielu laty amerykańskie rozgłośnie radiowe nadawały moje wydawnictwa muzyczne w swoich nocnych programach. W takich krajach jak Stany Zjednoczone, Nowa Zelandia, Wielka Brytania wielokrotnie prezentowano moją muzykę. Ona jest zresztą wielowarstwowa. Posługuję się bardzo różnorodnym instrumentarium, używam różnych konwencji i stylistyk. Niektóre utwory znajdują się na pograniczu muzyki i dźwięków pozamuzycznych, tam każdy rodzaj działania akustycznego staje się elementem wypowiedzi.

Kiedy w pana życiu pojawiła się muzyka?
Było to w latach 60. ubiegłego wieku, kiedy, jak wielu młodych ludzi, fascynował mnie rock, muzyka Beatlesów, Animalsów, Doorsów czy Pink Floyd. Poprzez bliską mi postać George’a Harrisona, potem Raviego Shankara, zainteresowałem się grą na sitarze, poznałem muzykę hinduską, która stała się dla mnie bardzo znaczącym kierunkiem. Zacząłem zgłębiać również kwestie filozoficzne związane z tą muzyką. Kupienie w Polsce sitara było wtedy niemożliwe, podobnie trudny był wyjazd do Indii, dlatego w 1974 roku sam zbudowałem swój pierwszy sitar. Kolejnym etapem było budowanie innych instrumentów. Zrozumiałem, że można odbywać podróże wewnętrzne, metafizyczne, telepatyczne, że one także dają możliwość poznania innej kultury, tradycji, co wyzwala we mnie nowy potencjał kreatywności. Moje doświadczenia w dziedzinie muzyki hinduskiej zweryfikowałem podczas spotkanie z Shankarem, nie Ravim, lecz tym, który grywał z Johnem McLaughlinem, Edem Blackwellem, Donem Cherrym. Shankar przyjechał do Wrocławia w 1983 roku z Blackwellem i Cherrym. Nie poszedłem na koncert, ale koleżanka ze studenckiego radia, podczas wywiadu z Shankarem, wspomniała mu o mnie. On koniecznie chciał się spotkać, zabrałem więc instrument i przyjechałem do auli Politechniki Wrocławskiej. Bardzo spodobało mu się brzmienie mojego sitara.

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu kwietniowego numeru "Muzyki w Mieście".