Wydanie: MWM 03/2013

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Długie włosy, broda krzaczasta jak u rozbójników z baśni braci Grimm, kapelusz z szerokim rondem. Wagabunda – tak Karl von Holtei mówił sam o sobie i tak wyglądał w czasach, gdy znał go cały Breslau. Kochał Polaków. Pieśni z jego sztuki o Kościuszce śpiewała ulica, a w „Breslauer Zeitung” można było przeczytać sonet o wielkim skrzypku Karolu Lipińskim.

Na budynku przy ul. Rzeźniczej 32/33, w miejscu, gdzie stał kiedyś hotel Pod Trzema Górami, widnieje tablica poświęcona Karlowi von Holtei, dramatopisarzowi, aktorowi, poecie, dziennikarzowi, dyrektorowi teatru, polonofilowi. Tu właśnie mieszkał, choć ostatnie lata swojego życia spędził u ojców bonifratrów przy Klosterstrasse (ul. Traugutta).

Wyryto na niej słowa: „Suste nischt ock heem”. To cytat z wiersza Holteia napisanego w dialekcie śląskim, w wolnym tłumaczeniu znaczy: „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Bo Karl von Holtei ciągle był w drodze, przewędrował całą Europę, jednak zawsze wracał do Wrocławia. Tu się urodził.

Ojca nigdy nie zobaczył. Pruski oficer huzarów umarł, gdy żona była w ciąży. Matki też nie poznał, nie przeżyła porodu. Karl przyszedł na świat w 1798 roku, w kamienicy „Pod uskrzydlonym rumakiem” albo „Czerwonym domem” (miała dwie bramy) przy Reuschestrasse 45 (dziś ul. Ruska). Za ścianą był zajazd, w którym zatrzymał się Goethe. Może ten Pegaz (można go dziś oglądać w portalu domu przy ul. św. Mikołaja) i wizyta poety to był znak, że i jego muzy polubią. A najbardziej Melpomena.





Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu kwietniowego numeru "Muzyki w Mieście".