Wydanie: MWM 09/2012

Pasyjna wolta

Article_more
Podglądam program 47. festiwalu Wratislavia Cantans i wspominam swoje szczenięce, heavymetalowe lata. Mimo że najbardziej na świecie kochałem jazgot przesterowanych gitar, nie byłem jednak całkiem głuchy na piękno muzyki sakralnej. Z jakiegoś powodu uwielbiałem liturgię Triduum Paschalnego i gorzkie żale. Może to kwestia molowych tonacji i żałobnej melodyki, a może mrocznego wnętrza kościoła? Zresztą, ze wszystkimi trzema elementami każdy miłośnik metalu był obeznany. Nietrudno sobie wyobrazić ten repertuar zaaranżowany w konwencji doom-metalowej. Ale jazz?
 

Pamiętam tylko dwa koncerty, podczas których wrażenia z dzieciństwa powróciły z całą mocą. Pierwszy, kiedy Piotr Baron prezentował na żywo z udziałem Wadady Leo Smitha materiał z płyty Salve Regina (CelEsTis 2007). Widziałem wtedy, że wykonany z żarem i powagą hymn Krzyżu święty poruszył nie tylko mnie. Drugi epizod to krakowski koncert małżeńskiego duetu Barry Guy (kontrabas) i Maya Homburger (skrzypce barokowe). Ona grywała m.in. w English Baroque Soloists Gardinera, on – chyba jako jedyny muzyk na świecie – łączy aktywność freejazzową na najwyższym poziomie z występami np. w Academy of Ancient Music pod Hogwoodem. Finałem owego krakowskiego koncertu było Ukrzyżowanie – dziesiąta spośród Sonat różańcowych Bibera. Wtedy pod słuchaczami stłoczonymi w piwnicy na Kazimierzu rozstąpiła się ziemia.

 

Zastanawiam się, dlaczego dzieła nawiązujące do męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa poruszają odbiorców, nawet indyferentnych religijnie lub niewierzących. A raczej, dlaczego poruszają w pewien szczególny sposób. Dlaczego Pasja – według Jana, Mateusza, a nawet Mela Gibsona – wywołuje nieco inne emocje niż, dajmy na to, Antygona, Dom zły Smarzowskiego czy Przełamując fale von Triera? Może jest to temat do rozważań dla psychologów lub historyków idei, ale niewykluczone, że prostą odpowiedź przynosi Pierwszy List do Koryntian: „A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał – powiada święty Paweł – daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara”. Chyba oczywiste, że nie chodzi tu o happy end, ale o szczególną perspektywę, o woltę, która ma moc nadania sensu najstraszniejszemu nawet cierpieniu i wszystkiemu, co ma po nim nastąpić. Może to właśnie jest odpowiedź.

 

Płyta, która przychodzi mi teraz na myśl, z pozoru nie ma z tematyką pasyjną nic wspólnego. W lipcu dała w Warszawie solowy koncert (w ramach festiwalu Warsaw Summer Jazz Days) trzydziestokilkuletnia saksofonistka Matana Roberts. Jej występ był poruszający: w całości improwizowany, prosty i szczery, pozbawiony wszelkich cech wirtuozowskiego popisu, mimo że Roberts pod względem warsztatowym jest znakomita.

 

Kiedy przygotowywałem się do mającej odbyć się następnego dnia po koncercie rozmowy z artystką, wiele razy słuchałem jej płyty Coin Coin Chapter One: Gens De Couleur Libres (Constellation 2011). Płyty, która chyba na całym świecie nie dostała ani jednej złej recenzji, a dla wielu cenionych krytyków była objawieniem. Album jest pierwszym rozdziałem zakrojonego na szeroką skalę dwunastoczęściowego projektu, w ramach którego Matana Roberts zamierza opowiedzieć słowem i dźwiękiem historię swojej rodziny począwszy od połowy XVIII wieku, kreśląc jednocześnie tło społeczne i polityczne. Początek cyklu jest, trzeba przyznać, imponujący. Wymyka się wszelkim kategoriom stylistycznym, mieni się różnymi barwami: nawiązania do free jazzu, tradycji kreolskich i amerykańskiego folku, elementy słuchowiska, teatru dźwiękowego i sesji terapeutycznej, a wszystko spojone jedną linearną narracją. „Urodziłam się w 1742 roku jako druga córka – recytuje Roberts. – Widziałam, jak rodzice umierają na żółtą febrę. Rozcięłam łono zmarłej matki, chcąc ratować brata”. Dalej śpiewa w konwencji worksongu wiersz Oscara Browna Juniora traktujący o aukcji niewolników: „Młoda i dojrzała, dobra do rozrodu, umie pracować w polu, szyć i gotować. Obnaż ją, Roy, niech się panowie przypatrzą. 325? Czy widzę 350? Jakie tam łzy, znamy jej sztuczki. Jest zdrowa i silna, ma wszystko gdzie trzeba, będzie dobrą służącą, jeśli ją dobrze wybatożyć”.

 

Rozmawiam w hotelowej kawiarni, najpierw o muzyce, o Chicago, Montrealu i Nowym Jorku, wreszcie Matana zaczyna otwierać przede mną drzwi do swojej historii i do emocji towarzyszących powstaniu tej płyty. Podobno po sesji nagraniowej nie wychodziła z łóżka przez trzy dni. Tylko czytała, nie była w stanie z nikim rozmawiać. Kiedy mikrofon jest już wyłączony, Matana rozgląda się po stiukach i przeszkleniach: „Moi przodkowie byli mordowani, gwałceni, sprzedawani na aukcjach jak bydło albo sprzęt gospodarstwa domowego. A ja podróżuję po świecie z saksofonem i gram. Sypiam w najlepszych hotelach. Czyż to nie…?”