Wydanie: MWM 04/2013

Zmiana wizerunku

Nowy redaktor naczelny PWM
Article_more
Radio Kraków
: Był koniec grudnia. Paskudny, ciemny dzień. W telefonie głos naczelnego: „Może zrobiłbyś wywiad z Danielem Cichym o PWM-ie?”. No jasne, że bym zrobił. Odkładam telefon, rozglądam się w lekkim oszołomieniu po pokoju. Mój wzrok wędruje po zajmujących wszystkie ściany półkach z książkami i nutami. W równym zielonym rządku, jak kompania honorowa, stoi Encyklopedia muzyczna PWM – część biograficzna. Wyżej – nuty na mój ukochany instrument, gitarę. Te wydane przez PWM zajmują dwie półki. W drugim pokoju podręczne popularne monografie kompozytorów. Imponujący dorobek, ale nagle uświadamiam sobie, że w zeszytach z nutami znajduje się prawie wyłącznie anachroniczny materiał dydaktyczny; nie zaglądałem do tych publikacji od kilkunastu lat. Nie ma tam też prawie w ogóle materiału repertuarowego. Pierwsze tomy Encyklopedii napisane zostały ponad trzydzieści lat temu i są straszliwie przestarzałe – widać warstwę kurzu pokrywającą tomy gdzieś tak po literę K, potem zaś kurz znika, za to widać ślady używania. Detektyw wraca do półki z książkami. Monografia Chopina Tadeusza A. Zielińskiego jest w stałym użyciu, pozostałe książki, z których korzystam na co dzień, z alternatywną monografią pióra Mieczysława Tomaszewskiego na czele, wydane zostały przez konkurencję. To dobrze, że mamy wolny rynek, ale wydaje się, że Polskie Wydawnictwo Muzyczne szybko straciło swoją dominującą pozycję. Kiedy szukam nut w Internecie – kopii pierwszych wydań albo współczesnych wydań krytycznych – „wujek google” nigdy nie „wyrzuca” PWM-u. Podobnie z nowoczesnymi monografiami kompozytorów i zjawisk. Zmiana sternika PWM-u jest więc dobrą okazją do przejrzenia dziennika pokładowego, ustalenia obecnej pozycji i zastanowienia się nad przyszłym kursem. Skąd przybywamy, gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy. Już wiem, o co zapytam.

Krzysztof Komarnicki: W jakiej kondycji zastał pan PWM?

Daniel Cichy: To trudne pytanie.

 

Zadam je inaczej: czym jest dla pana kilkudziesięcioletnia tradycja PWM-u? Kotwicą? Zobowiązaniem? Zamkniętym rozdziałem? Powodem do dumy?

Oprócz „zamkniętego rozdziału” – wszystkim tym, co pan wymienił. Na pewno jest to kotwica, bo chętnie odwołuję się do tego, co było na początku: do Tadeusza Ochlewskiego i pomysłu na wydawnictwo, które miał Mieczysław Tomaszewski. Czyli: prowadzenie działalności wydawniczej, zarówno nutowej, jak i książkowej, szerokim esetycznym i intelektualnym frontem, z dużym rozmachem. Zobowiązaniem… no tak. PWM od 1945 roku stał się oficyną niemalże narodową, dobrem narodowym, by użyć wielkich słów. To w PWM-ie narodziło się po II wojnie światowej i rozwijało edytorstwo muzyczne, wokół PWM-u skupiało się środowisko najbardziej prężnych umysłów muzycznych. Tu koncentrowała się praktycznie cała polska działalność muzyczna. PWM było też przykładem dla wielu oficyn zachodnich, choćby pod względem stosowanej grafiki (PWM-owskie partytury zdobywały liczne nagrody). Powód do dumy? Z pewnością tak! Chciałbym, żeby za kilka lat ten powód do dumy był w mocy. Niestety, ostatnie dwie dekady były w zasadzie dryfowaniem, skoro już trzymamy się tej metafory, próbą uratowania okrętu przed wpłynięciem na mieliznę czy podwodne skały. Nie była to zła wola ani zarządzających, ani kolejnych redaktorów naczelnych. Wydawnictwo wtłoczono bowiem w dość kuriozalny schemat prawno-formalny. PWM jest od wielu lat spółką Skarbu Państwa i jako taka powinna generować zyski, ale nie może starać się na przykład o dotacje! A jeżeli nawet regulaminy niektórych konkursów dopuszczają uczestnictwo podmiotów gospodarczych, to PWM jest ograniczone zasadą de minimis, Ustawą o niedozwolonym wsparciu publicznym…

 

W tej chwili Zarząd chce sprawić, by PWM stało się instytucją kultury. Dziś to rozwiązanie wydaje się być najbardziej korzystne. Niestety przymiarki do tej operacji trwają już pięć lat. Minister skarbu dał wprawdzie zielone światło do przekształcenia spółki Skarbu Państwa w instytucję kultury, ale wciąż czekamy na ruch ministra kultury. Wiadomo skądinąd, że minister Bogdan Zdrojewski nie chce mnożyć kolejnych instytucji i być może dlatego przekształcenie utknęło w ministerialnych gabinetach. Sytuacja jest więc wciąż kuriozalna: jesteśmy bardzo mocno powiązani z instytucjami kultury, prowadzimy działalność usługową na rzecz niemalże wszystkich agend muzycznych Ministerstwa Kultury, natomiast zupełnie nie mamy tytułu do rozmowy z jego szefem, bo podlegamy Ministerstwu Skarbu.

 

Do zeszłego roku straty, które generował plan wydawniczy PWM-u, bilansował wpływ z wynajmu większości pomieszczeń naszego budynku przy ulicy Fredry w Warszawie. Było to oczywiście rozwiązanie bardzo niebezpieczne, bo nie można działalności wydawniczej uzależniać od sytuacji na rynku nieruchomości. W tym roku spełnił się czarny scenariusz, gdyż główny najemca budynku zrezygnował z naszych usług. Stąd też od razu pojawiła się ogromna dziura w budżecie PWM-u, której nie sposób załatać. Do tego deweloper, który zbudował budynek obok naszej posesji, nie kierował się zasadami sztuki budowlanej i z tego powodu mamy olbrzymie pęknięcie w budynku, co spowodowało wydanie nakazu natychmiastowego remontu. Chcemy oczywiście spełnić ten nakaz, ale zwróciliśmy się o pomoc do ministerstwa i niestety tego wsparcia nie uzyskaliśmy, a trzeba powiedzieć, że jest to jeden z nielicznych zabytków Warszawy, który ostał się w całości po II wojnie światowej!

 

Gdyby PWM było instytucją kultury, wsparcie remontu czy planu wydawniczego byłoby o wiele prostsze. Poza tym koszty, które generowałoby PWM jako instytucja kultury, nie byłyby wysokie, ponieważ zarabiamy pieniądze dzięki swojej agendzie wypożyczeniowej, a więc Bibliotece Materiałów Orkiestrowych. Zatem, nie cała działalność PWM-u jest deficytowa. W każdym razie działania zmierzające do przekształcenia są prowadzone i mam nadzieję, że w 2013 roku przyniosą konkretne rozwiązanie, bo w przeciwnym razie rok 2014 będzie prawdopodobnie ostatnim rokiem funkcjonowania PWM-u w tym kształcie.



Tłumaczenie Classical Style Rosena leży od dawna w wydawnictwie. Jakie będą losy tej pracy? Czy polskie wydanie tej historycznie ważnej, ale już przestarzałej pozycji ma sens?

Andrzej Kosowski przyjął zasadę, że wydawnictwo podejmuje się publikacji książki, jeżeli za nią idą pieniądze z zewnątrz. Jestem świadomy, że w obecnej sytuacji PWM tym bardziej nie jest w stanie samo wydawać dobrych książek. I dlatego od początku mojej działalności postanowiłem nawiązać ścisłą współpracę z kilkoma instytucjami, z którymi mógłbym publikować książki na zasadzie koedycji. O tym, że tłumaczenie pracy Rosena jest gotowe od wielu lat, dowiedziałem się dosyć szybko i postawiłem sobie za punkt honoru, by ta książka się ukazała. Kilka dni temu podpisałem już umowę licencyjną, zatwierdzony został budżet i książka ukaże się w lutym 2014 roku. Będzie wydana wspólnie z Narodowym Instytutem Fryderyka Chopina. To będzie początek naszej współpracy przy wydawaniu klasycznych pozycji dotyczących muzyki XVIII i XIX wieku.

 

Od razu zapytam więc o plany wydania tłumaczenia Sonata Forms Rosena.

Myślimy o tym. Classical Style będzie pierwszym krokiem. Rosen był [zmarł 9 grudnia 2012 roku – przyp. red.] autorem, którego prace natychmiast powinno się przetłumaczyć na język polski. Prowadziłem już rozmowy na temat Sonata Forms z Arturem Szklenerem z NIFC-u, i sądzę, że to będzie jedna z kolejnych wspólnie wydanych pozycji.

 

Co dalej z encyklopedią? Część biograficzna jest ukończona, ale jest pan mniej więcej rówieśnikiem pierwszego tomu. To pozycja bardzo dawna, którą należałoby napisać od nowa. Z drugiej strony, plany były takie, że miała być także część rzeczowa. Czy to aktualne?

Dzisiaj mogę powiedzieć, że części rzeczowej nie będzie. Ze względu na istniejące na rynku propozycje (MGG, Grove), encyklopedia rzeczowa powinna zaoferować nieco inne spojrzenie na kwestie teorii muzyki. Nie ma sensu publikować kopii tego, co inni opublikowali za granicą. Zastanawiam się, czy polskie środowisko muzykologiczne byłoby w stanie wygenerować świeże i możliwie odkrywcze ujęcie problemów teoretycznych? Poza tym, należałoby chyba, jeśli mielibyśmy się do tego przymierzyć, przygotować narodowy program stworzenia encyklopedii, grant, który zapewniłby stałe finansowanie projektu. Środowiska akademickie powinny się w to aktywnie włączyć. I próby dialogu były podejmowane – Andrzej Kosowski rozmawiał z jednym z Instytutów Muzykologii, ale trudno było znaleźć satysfakcjonujące rozwiązanie. Po pierwsze, najdłużej działające granty są cztero-pięcioletnie, a wiadomo, że taka praca musiałaby trwać dłużej. Po drugie, przygotowanie encyklopedii wymagałoby wyabstrahowania z Instytutów grupy naukowców, którzy zajęliby się tylko tym zagadnieniem, a sądzę, że niestety nie byłoby takiej woli. Musielibyśmy ponadto znaleźć drugą Elżbietę Dziębowską, która poświęciłaby życie tej idei. Kłopotów jest więc sporo. Poza tym pojawia się wątpliwość, czy dziś taka publikacja jest potrzebna, zwłaszcza że część rzeczowa byłaby skierowana do węższego grona odbiorców niż część biograficzna. Czy naukowcom nie wystarczy dostęp on-line do Grove’a?

 

Ale czy część biograficzna była nam potrzebna, skoro za moich czasów wymagano od studentów czytania po angielsku, niemiecku, francusku, włosku?

No tak, ale z drugiej strony literatura obcojęzyczna nie poświęca wiele miejsca muzyce polskiej. Możemy dyskutować, czy hasło „Mozart” napisane przez polskiego naukowca ma inne walory niż hasło w encyklopedii Grove’a, natomiast jeśli chodzi o muzykę polską, nikt za nas tego nie zrobi. Sądzę więc, że w tym zakresie była to praca niezbędna. Pozostaje otwarta kwestia aktualizacji części biograficznej i stopnia ewentualnego wprowadzenia jej do sieci… Na razie nie mamy takich możliwości finansowych, ale tego nie wykluczam. Jeżeli znalazłyby się fundusze, jeśli bylibyśmy instytucją kultury i minister zdecydowałby, że udostępnienie encyklopedii on-line i jej aktualizacja są potrzebne, to moglibyśmy podjąć się tego zadania.

 

Internet to spore koszty stałe.

Oczywiście. Istotne jest, ile osób wykupiłoby subskrypcję.

 

Myślę, że znam odpowiedź…

Ja też, dlatego na razie się wstrzymuję… Wracając do książek, jakiś czas temu powiedziałem, że są one jednym z moich priorytetów. Ubolewam nad tym, że ostatnio na rynku ukazało się kilka ciekawych pozycji, jak Reszta jest hałasem Rossa czy Bach Wolffa i kilka innych, które moim zdaniem powinny zostać wydane przez PWM. Aby wzmiacniać pozycję PWM-u i publikować ważne książki, postanowiłem budować sojusze wydawnicze. Ostatnio bardzo usilnie pracuję nad tym, aby wszystkie dzieła Andrzeja Chłopeckiego były spięte szyldem PWM-u. Wymagało to bardzo szybkiej reakcji, ponieważ pojawiło się kilka inicjatyw różnych instytucji i środowisk, które – bardzo słusznie – postanowiły zadbać o tę niezwykle wartościową spuściznę. Istnieje jednak ryzyko, że pisma te będą rozproszone i trudno dostępne dla zainteresowanych. Idea wydania tych prac wspólnie z różnymi podmiotami, w jednej szacie graficznej, stworzenia serii, jest więc moim priorytetem. Chcę także przygotować inne książkowe serie wydawnicze. Jedną z takich propozycji jest seria operowa, która będzie miała trzy odsłony: rozmowy z reżyserami operowymi, rozmowy z artystami śpiewakami oraz eseistyka operowa. Takich planów jest więcej.

 

W naszej rozmowie pojawiają się głównie tłumaczenia pozycji obcych. Ponieważ ma pan moc sprawczą, zapytam: czy polskiej muzykologii nie stać na monografię Bacha lub odpowiednik książki Reszta jest hałasem?

Oczywiście, że stać! Owa moc sprawcza była jednym z powodów, dla których przyjąłem to stanowisko. Chodzi o to, by kreować pewne wydarzenia, zjawiska. Obecnie powstają przynajmniej trzy książki: nasze, polskie, rodzime! O polskiej muzyce, o polskiej działalności artystycznej. Tym się interesuję. Bach? Owszem, ale mamy kilka, moim zdaniem bardziej wstydliwych zaległości: Kazimierz Serocki, Tomasz Sikorski, Tadeusz Baird… Jest też twórczość średniego i młodszego pokolenia, która wymaga opracowania. Nie chciałbym jednak, aby PWM przejmowało rolę wydawnictw ściśle naukowych, publikowało biografie napisane językiem hermetycznym, zgodne z muzykologiczną metodologią, ale niestrawne dla melomana. PWM wymaga zmiany wizerunku, ponieważ dzisiaj kojarzy się potocznie z wydawnictwami bardzo specjalistycznymi. Chcę to zmienić, poszukać nowych odbiorców. Dlatego też zwracam się w stronę książek interdyscyplinarnych, np. z pogranicza teatru i tańca. Pierwszą pracą w otwieranej jesienią serii tanecznej będzie tłumaczona kanoniczna książka Sally Banes o tańcu postmodernistycznym Writing Dancing in the Age of Postmodernism, która będzie wydana dzięki współpracy z Instytutem Muzyki i Tańca.

 

Niestety, niewielu jest w Polsce – mówię to z przykrością – muzykologów czy teoretyków muzyki, którzy potrafią wyjść w opisie muzyki poza hermetyczny język naukowy. Na studiach muzykologicznych kształci się naukowców – co jest oczywiście bardzo ważne – pod względem warsztatu, dbałości o przedmiot badań, uczy się ich metodologii. Istnieje natomiast kłopot z podsycaniem w studentach chęci popularyzowania muzyki językiem z jednej strony bardzo mocno zakorzenionym w treści przedmiotu, a z drugiej – barwnym, komunikatywnym. Brakuje nam takiego Taruskina czy Rossa w Polsce. Są osoby, które potrafią to robić, należy je tylko odnaleźć, zadać podniecający ich temat, a potem wspierać. I to jest chyba moja rola.

 

Obaj jesteśmy literatami, więc wątek książek się rozrósł, ale musimy powiedzieć też coś o nutach. Mamy rzeczy rewelacyjne, a niewydane: symfonie Nowowiejskiego, spuściznę Lipińskiego… Czy wydania dawniejszej muzyki polskiej widać na horyzoncie?

PWM ma je wciąż na horyzoncie. Ze wstydem redakcja PWM-u przyznaje, że tego nie robi, a nie robi, ponieważ nie ma pieniędzy. Wydanie krytyczne, bo o to chodzi, niesie ze sobą olbrzymie koszty. Z drugiej zaś strony wiadomo, że tylko PWM jest w stanie to zrobić, bo ma potencjał ludzki, kontakty ze środowiskiem muzykologicznym. Kilkadziesiąt lat ciągnie się wydanie Dzieł wszystkich Szymanowskiego. Nie będzie to żadną moją zasługą, ale na szczęście w grudniu będę mógł powiedzieć publicznie, że kończymy! I pokazać partyturę Hagith, która jest ostatnim elementem układanki. Na początku roku skontaktowałem się także z profesorem Leszkiem Polonym, który jest redaktorem wydawanej przez lata serii Dzieł wszystkich Mieczysława Karłowicza. Złożyliśmy wnioski do Funduszu Promocji Twórczości o dofinansowanie dwóch partytur, które wymagają niewielkiej korekty. Poprosiłem Łukasza Borowicza, aby zerknął na nuty od strony wykonawczej. Właściwie potrzebujemy trzech miesięcy pracy, aby wydać kolejne dwa tomy serii, ale jeżeli nie dostaniemy dofinansowania, to nie będziemy w stanie opublikować nawet jednej partytury. Podobnie jest z Henrykiem Wieniawskim. Ściśle współpracujemy z Towarzystwem im. Wieniawskiego, które poszukuje pieniędzy, ale też samo jest w trudnej sytuacji. Na 2013 roku mamy zaplanowane cztery tytuły. Ale jeżeli oni nie dostaną pieniędzy na opracowanie źródłowe, to nie przekażą nam partytur do druku, co od nas – oczywiście – też wymaga wyłożenia pieniędzy. Jesteśmy jednak gotowi to zrobić nawet kosztem innych publikacji.

 

Dodam jeszcze jedno nazwisko: Moniuszko. 2019 rok to dwusetna rocznica urodzin kompozytora. Lata temu PWM wydało Śpiewniki oraz kameralistykę, ale nie została opublikowana żadna z oper. Dopóki tego nie zrobimy, nie będzie można promować tej muzyki za granicą. Słowem: temat jest dla mnie bardzo wstydliwy. W styczniu spotkałem się z kilkoma osobami, które odpowiadają za rozmaite nutowe serie krytyczne i próbowaliśmy znaleźć jakieś rozwiązanie. Bo tak naprawdę koszta są niewielkie i da się ich porównać do dotacji dla LOT-u [śmiech]. Dopóki nie będzie rozwiązania systemowego, dopóki Ministerstwo Kultury nie uzna, że należy dbać o polską spuściznę muzyczną, dopóty będziemy działać doraźnie, łatać budżet wydań w sposób amatorski i przypadkowy.

 

Pyta Pan o Lipińskiego... Na przełomie 2013 i 2014 roku chcę uruchomić akcję promocji dziewiętnastowiecznej symfoniki za granicą, bo mamy sporo fantastycznych dzieł, w części już nawet możliwych do – nazwijmy to umownie – sprzedaży. Jednym z narzędzi jest nasz anglojęzyczny magazyn promujący muzykę polską, „Quarta”, który dociera do naszych zagranicznych agentów, z podtytułem „Polish Contemporary Music Magazine”. Wykreśliłem już słowo „contemporary”, więc w następnym numerze napiszemy na przykład o Wieniawskim. Oczywiście nie tylko PWM-owi powinno zależeć na popularyzowaniu muzyki polskiej za granicą. Rozmawiam z innymi instytucjami, namawiam, by się w tę akcję włączyły.

 

Pojawia się też temat kompozytorów współczesnych, żyjących, których utwory PWM powinno wydawać. Oczywiście, nie możemy powrócić do sytuacji sprzed trzydziestu-czterdziestu lat, w której PWM automatycznie wydawało muzykę wszystkich twórców. Nie jest to możliwe ze względów finansowych. Chcę jednak namawiać wybranych kompozytorów średniego pokolenia, którzy jakiś czas temu z różnych powodów odeszli z PWM-u, do powrotu. Pierwszy krok został wykonany: ponownie współpracę z nami nawiązał między innymi Tadeusz Wielecki. Jest też problem młodych kompozytorów, którzy nie mają wydawcy. Niektórzy nie odczuwają takiej potrzeby, niektórzy jeszcze o tym nie pomyśleli, a inni zastanawiają się, tylko nie wiedzą, komu powierzyć swoje utwory.

 

Dobrze by było, gdyby ich pierwszą myślą było PWM.

Istotnie, i tak często jest. Tylko oni albo nie mają śmiałości zwrócić się do nas, albo z jakichś względów PWM nie proponowało im tego wcześniej. Jednym z pierwszych kompozytorów, których zaprosiłem, jest Sławomir Kupczak, twórca bardzo ciekawy, który w świecie muzyki współczesnej ma już ugruntowaną pozycję, a jednocześnie posiada duży potencjał rozwoju i szkoda byłoby, żeby jego partytury za jakiś czas zniknęły. A tak się dzieje, jeżeli kompozytor nie ma wydawcy. Do pewnego momentu można samemu sobie być wydawcą i zajmować się wypożyczaniem materiałów, ale w chwili, gdy wykonań jest coraz więce może okazać się to uciążliwe.

 

Zapraszanie do katalogu musi być jednak ostrożne, bo zasoby finansowe i osobowe w PWM-ie są ograniczone. Nie chcę oferować kompozytorowi tylko wydania dzieła, ale również zaproponować działania agencyjne oraz obudować jego twórczość refleksją muzykologiczną czy publicystyczną. Tylko takie kompleksowe podejście do twórczości żyjącego kompozytora uważam za sensowne. Temu też będzie służyła podjęta przeze mnie reorganizacja działu promocji. Mam przy tym świadomość tego, że redaktor naczelny Polskiego Wydawnictwa Muzycznego nie może być zakładnikiem własnych upodobań estetycznych. Cenię muzykę rozmaitych nurtów estetycznych i chcę zachowywać możliwy obiektywizm w doborze i kompozytorów, i pozycji książkowych.

 

Krytycy odpowiedzą: to jest eklektyzm, PWM nie ma własnego oblicza!

Kryterium wartości artystycznej jest nadrzędne, ale estetyka to już inna kwestia. Nie chodzi o eklektyzm. Poza tym gdybyśmy mieli w Polsce dziesięć wydawnictw muzycznych o takiej randze i znaczeniu jak PWM, to wtedy moglibyśmy podzielić się stylistycznie. Ale takiej sytuacji nie ma, więc PWM powinno po prostu wydawać dobrą muzykę. Tak działają wydawcy na całym świecie: Chester ma w swojej ofercie i Glassa, i Lutosławskiego.

 

Pomówmy o przyszłości: PWM a nowe media. Co może zaoferować wydawnictwo – zwłaszcza gdy już będzie instytucją kultury – domenie publicznej? Kopie dziewiętnastowiecznych wydań polskich kompozytorów? A co w subskrypcji? E-booki? Nuty na czytnik?

Bardzo mocno zaawansowane są prace nad pulpitem elektronicznym, ale wydawcy zagraniczni są sceptyczni wobec tej formy rozprowadzania materiałów, a i muzycy mają wątpliwości. Należy też rozwiązać kilka technicznych problemów: jak nanosić poprawki, palcowanie itp. Natomiast jeśli chodzi o elektroniczne formaty książek, to PWM będzie starało się wejść na rynek e-booków, gdy tylko będzie miało propozycje dla szerszego grona czytelników. To kwestia niedalekiej przyszłości.

 

Domena publiczna jest z kolei bardziej złożonym zagadnieniem. Bardzo pilnie przyglądamy się prowadzonej obecnie w Polsce dyskusji na temat powszechnej dostępności dóbr kultury, zwłaszcza tych finansowanych ze środków publicznych. Proponowane przez rząd rozwiązania są trudne do zaakceptowania przez twórców i trudno się im dziwić. W końcu na szali liberalnego podejścia do upowszechniania dzieł stawia się prawo własności. Należy z wielką ostrożnością podejmować w tym względzie decyzje, co niestety nie jest przez polityków rozumiane.

A z nowych mediów korzystamy chętnie, chociażby w zakresie popularyzacji naszych utworów. Mamy system VIP, który jest przeznaczony dla muzyków, dyrygentów, menadżerów. Można się tam zarejestrować, zalogować i przeglądać partytury w formacie PDF. To ułatwia promocję polskiej muzyki i dystrybucję materiałów: jeżeli ktoś z Japonii będzie chciał przejrzeć partyturę Tadeusza Wieleckiego, to nie musimy mu wysyłać wydrukowanego egzemplarza; dopiero potem, jeśli zdecyduje się wykonać utwór, dostarczamy materiały wykonawcze. Funkcjonuje też bardzo ciekawy system Zinfonia, który skupia największe wydawnictwa na świecie i PWM było jednym z pierwszych, które się do niego włączyło. System pozwala na cyfrową wymianę informacji o nowych utworach, w jego ramach istnieje również system wypożyczeń. PWM zatem wciąż trzyma rękę na pulsie.

 

Rozmawiał Krzysztof Komarnicki

 

Daniel Cichy – muzykolog, publicysta i krytyk muzyczny. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego i Ruprecht-Karls-Universität w Heidelbergu. Wykłada w Instytucie Muzyki Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie, a także w Katedrze Teatru Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest laureatem Ray E. & Ruth A. Robinson Musicology Award, był stypendystą Deutscher Musikrat, Ernst-von-Siemens-Musikstiftung i Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Nakładem oficyny Musica Iagellonica ukazała się jego książka Internationale Ferienkurse für Neue Musik w Darmstadcie. Dzieje, rola i znaczenie w myśli teoretycznej, praktyce kompozytorskiej i życiu muzycznym drugiej połowy XX wieku. Współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Ruchem Muzycznym” i Programem 2 Polskiego Radia; publikuje w takich czasopismach, jak: „Glissando”, „Didaskalia”, „Teatr”, „Neue Musikzeitung”, „MusikTexte”, „Neue Zeitschrift für Musik”. 1 stycznia 2013 roku objął stanowisko redaktora naczelnego Polskiego Wydawnictwa Muzycznego.