Wydanie: MWM 04/2013

Ja, satyryk, błazen i ladaco

Jan Miodek o Andrzeju Waligórskim
Article_more
Marcin Miodek
Do liryki, takiej właściwie na pograniczu egzaltacji czy patosu, wprowadzał, powiem żartobliwie, pewien element „odsapu”, odrobinę odprężenia. Z kolei w rzeczach groteskowych na pozór, widział wielki dramat, smutek, boleść itd. Był liryczno-drwiący i drwiąco-liryczny, tak chciałoby się o nim powiedzieć. Drwił, a jednocześnie w tej drwinie był bardzo ciepły. Był egzaltowany, na pograniczu patosu, a jednocześnie skrzył humorem.

(…) Niebawem się pochylę
I opuszczę swą izbę
Bez słów i bez powrotów,
By popłynąć na wyspę
Do czarnego namiotu.
I będzie coraz ciemniej,
Ciepło, smutno i mglisto (…)
(Wyspa)

Agnieszka Frei: Przez wiele lat brał udział w rajdach dziennikarzy i pilotów, „notorycznie” je wygrywając, był szpadzistą, płetwonurkiem, nie przestając ani na chwilkę być radiowcem. Odwaga i ryzyko pozostały jednak jego ulubionymi „używkami”, zwłaszcza od momentu stworzenia Studia 202, magazynu satyrycznego, który od początku, to znaczy od 1956 roku, odznaczał się brawurową, a czasami wręcz szaleńczą odwagą w zwalczaniu głupoty, szkodnictwa wszelkiej maści czy napuszonej pychy – tak go wspominał Jan Kaczmarek. Pana pierwsze wspomnienie o Andrzeju Waligórskim?
Profesor Jan Miodek
: Andrzej Waligórski w parze, z Leszkiem Niedzielskim. To były lata, może już 70., a może jeszcze 60. Oni obydwaj byli obecni na antenie ogólnopolskiej telewizji. To był satyryczny, bardzo dowcipny dialog, prowadzony przez Andrzeja Waligórskiego i Leszka Niedzielskiego. Panowała tam swoista konwencja rozmowy. Jeśli któryś coś oceniał pozytywnie, ten drugi wyrażał się o tym z punktu negatywnie. Leszek Niedzielski o czymś opowiadał i kończył: „ (…) bo ja, panie Andrzejku, oceniam to pozytywnie”, a Andrzej na to: „a ja, panie Leszeczku” – bo pamiętam, że było tam piętrowe zdrobnienie – „a ja, panie Leszeczku, oceniam to negatywnie”. A za pięć minut było na odwrót. To były rozważania, które przy ich niebywałym poziomie dowcipu i inteligencji językowej gwarantowały znakomitą zabawę.

 

Andrzej Waligórski, pisząc żartobliwą Nagrodę, wcale się nie spodziewał, że sam nagrodzie literackiej użyczy swego imienia:
(... ) a jakby mi kiedyś przypadkiem przyznali nagrodę Nobla,
To wprost pojęcie przechodzi jak ja bym to zaraz oblał!
Zaprosiłbym pana Miecia i Kwiatkowskiego i Zdzisia
I nie dałbym żadnej czyściochy, tylko żubrówkę i wiśniak.
(Nagroda)
Niejednokrotnie wręczał pan statuetkę Andrzeja.

W telewizji wrocławskiej przez parę lat odbywała się Wielka Gala, podczas której były wręczane Andrzeje. Kabaret Elita: Stanisław Szelc, Jerzy Skoczylas, Leszek Niedzielski, Włodzimierz Plaskota (jeszcze wówczas żył) zapraszali mnie na uroczystość i co roku wręczałem laureatowi tę statuetkę. Szczególnie utkwiło mi w pamięci spotkanie z Janem Tadeuszem Stanisławskim. Zanim wręczyłem mu nagrodę, powiedziałem: „Panie Janie Tadeuszu, pan wszedł do historii języka, tak jak Mickiewicz, który wymyślił imię »Grażyna« od litewskiego przymiotnika grażus – piękny; Słowacki – imię »Kordian« od łacińskiego cor, cordis – serce; Melchior Wańkowicz ze swoim »chciejstwem«, Andrzej Kopaliński z »nastolatką«. Pan zaś wymyślił: »i to by było na tyle«”. Bo tak właśnie Jan Tadeusz Stanisławski kończył zgrywne, żartobliwe, będące parodią wykładu uniwersyteckiego wykłady z „Mniemanologii stosowanej”. Formuła: „i to by było na tyle” stanowiła pure nonsense, skrzyżowanie wszystkiego ze wszystkim. Myśmy to żartobliwie zaczęli powtarzać. Zaczęli to też dla żartu cytować dziennikarze w swoich tekstach pisanych. Minęło kilkanaście lat i co słyszę? Co drugi Polak myśli, że tak można zakończyć nomen omen najpoważniejszą wypowiedź.

 

 

 

 

 

Podobnie do języka polskiego trafił Andrzej Waligórski ze swoim „cysorz to ma klawe życie” albo z „polonistą, niepoprawnym romantykiem”. Nie mogę nie nosić w sercu i w pamięci słynnej apologii polonisty, którą Andrzej Waligórski napisał, a ja rozpoczynam zawsze cykl wykładów na pierwszym roku filologii. Jednak, gdybym dzisiaj wyszedł na rynek wrocławski i zaśpiewał „cysorz to ma klawe życie”, przypuszczam, że niewiele osób wiedziałoby, kto je wymyślił. Chociaż skojarzyliby zapewne słowa wielokrotnie cytowane, zasłyszane w piosence. Czy ktoś dziś pamięta, że autorem słów: „Kto ty jesteś? Polak mały” jest Władysław Bełza? A był taki poeta lwowski. Obawiam się, że co drugi Polak traktuje wiersz o „cysorzu” jako skrzydlate słowa, powiedzonko anonimowego autora, które trafiło na stałe do naszego języka. Podobnie jak Jana Tadeusza Stanisławskiego „i to by było na tyle”.

 

Był wytrawnym obserwatorem rzeczywistości. Sam pisał o sobie między innymi tak:
(…) Siedzi we mnie kurdyjski powstaniec
I kosmaty – brodaty polarnik,
I tropiciel w skórzanym kaftanie,
I wojownik zbrojny w karabin, (…)
(Wierszyk, w którym autor udowadnia, że nie wypadł sroce spod ogona)

Jestem od wczesnej młodości zakochany w kulturze: w filmie, w literaturze czeskiej. Skończę Milana Kunderę i mam ochotę od razu ponownie na tę czy inną książkę Kundery. Skończę Bohumila Hrabala i natychmiast chciałbym przeczytać go jeszcze raz. Niewiele jest literatur, niewiele jest kina w Europie, na świecie, takiego jak czeskie, które w sposób tak cudowny ukazuje właściwie dialektykę czy komplementarność otaczającego nas świata. Tego, że w każdej grotesce jest dramat, a w każdym dramacie jest coś z groteski. Myślę, że mądrość świata…, nie, nie tyle mądrość, ale istota świata polega na wiecznym dopełnianiu się przeciwieństw. I takie są właśnie wiersze Andrzeja Waligórskiego. On taki był. O ile dobrze pamiętam, w moim wprowadzeniu do zbioru jego utworów pozwoliłem sobie to właśnie napisać. On do liryki, takiej właściwie na pograniczu egzaltacji czy patosu, wprowadzał, powiem żartobliwie, pewien element „odsapu”, odrobinę odprężenia. Z kolei w rzeczach groteskowych na pozór, widział wielki dramat, smutek, boleść itd. Był liryczno-drwiący i drwiąco-liryczny, tak chciałoby się o nim powiedzieć. Drwił, a jednocześnie w tej drwinie był bardzo ciepły. Był egzaltowany, na pograniczu patosu, a jednocześnie skrzył humorem. Myślę, że taka umiejętność cechuje tylko największych mistrzów słowa, takich jak Konstanty Ildefons Gałczyński, Julian Tuwim, Jeremi Przybora. Do tego szeregu dopisałbym Andrzeja Waligórskiego. Taki właśnie był.

 

Jak by go pan określił: prześmiewca czy raczej liryczny poeta?
Można powiedzieć, że jego twórczość z jednej strony była wystylizowana na tę naszą bogoojczyźnianą, polską nutę. To słychać w jego Rozmowie o Lwowie. Waligórski jest tam nieprawdopodobnie liryczny i sentymentalny. Jest tak sentymentalny, że cynik może powie, że to czysty kicz. Warto jednak zauważyć, że Waligórski zawsze broni się akuratnością formy i treści. Czasem jest to jeden wers, który ten sentymentalizm grożący wierszowi kiczowatością właściwie neutralizuje. Tak więc można powiedzieć, że groteskę rozbrajał dramatycznością, a dramatyzm czy patos rozbijał groteską. To jest chyba właściwa istota jego twórczości.

 

Czy można mówić o specjalnej melodyce czytanych przez niego osobiście utworów? Tak go wspominał Jan Kaczmarek: „Był także świetnym aktorem deklamującym swoje wiersze. I tak już bogate w wartości intelektualne i satyryczne zyskiwały dodatkowe walory: ciepło, którego autor był niewyczerpalnym źródłem, a ponadto jakąś taką męską wiarygodność i gwarancję prawdy zawartej w wierszu”.
To prawda. Miał jeden z najpiękniejszych męskich głosów, jakie można było wówczas usłyszeć na antenie Polskiego Radia. To był głęboki baryton, jeden z tych, których najprzyjemniej się słucha w ogóle. Ja myślę, że tacy dziennikarze, jak Bohdan Tomaszewski czy Bogdan Tuszyński, określani mianem królów sprawozdawczości w dziedzinie sportu, są wygrani z punktu, bo dysponują wyjątkowo urodziwymi głosami. Ładny głos gwarantuje od początku połowę retorycznego sukcesu. To wiemy. Tu można by przywoływać niezliczoną liczbę nazwisk. Waligórski tym się wyróżniał.

Ale także pisał rzeczywiście specjalnym wierszem. Miał nietypową frazę. I rymy niezwykłe, ale przede wszystkim interesujące frazowanie. Żeby odczytać z właściwą, artystyczną intencją jego wiersz, trzeba było właściwie – powiem trochę żartobliwie – zmienić zwrotnicę tych wersowych tradycyjnych kolein. Ilekroć ja sam czytam jego teksty poetyckie, to tę właśnie zwrotnicę muszę zmienić. Ukształtowaną swoistym stereotypem, intonacyjnym układem kadencji, antykadencji. Chciałoby się powiedzieć, że u niego było wszystko inaczej. Mierzona w skali artystycznej poezja jest tym lepsza, im jest dalsza od utartych połączeń wyrazowych, standardowych układów rytmicznych. W tym więc sensie, jak to się dzisiaj potocznie określa, Waligórski lokuje się na najwyższej półce.

 

Czy Sierpień 1980, tak ważny dla Polaków podczas przemian społeczno-politycznych w latach 80., przemawia jeszcze dzisiaj do młodego człowieka?

(…) I już nie brzmi dla młodych jak szyfr
Stary wiersz o współczesnej nam treści:
„Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
Obca dłoń ich też nie przekreśli” (…)
(Sierpień 1980)

Może być dziś niezrozumiały przez najmłodsze pokolenie, naturalnie. Natomiast, podobnie tak jak słowa z wiersza Sierpień 1980 Andrzeja Waligórskiego, zostaną mi w pamięci do końca życia zdania Ryszarda Kapuścińskiego, który niedługo po podpisaniu umów sierpniowych napisał, że na Wybrzeżu rozegrała się przede wszystkim batalia o język, o oczyszczenie języka z fałszu, z kłamstwa, rozegrała się batalia o język, którym przekazujemy sobie prawdę, o język, w którym szanujemy drugiego człowieka. To były i są piękne, bardzo trafione sformułowania Ryszarda Kapuścińskiego o tamtym czasie. Może też nie wszyscy pamiętają, że pierwszym, znakomitym pod względem artystycznym utworem poświęconym sierpniowi 1980 był właśnie tekst Andrzeja Waligórskiego z cudowną frazą „o tym będą legendy i sagi”. Można powiedzieć, że z pewnością w tym tekście nie ma żadnej domieszki sarkazmu. Jest sam patos chwili i to patos pozytywny, dobry, niemęczący. Tak właśnie czuliśmy wszyscy, w Polsce, w całej Europie. A on cudownie to udokumentował. Można powiedzieć, że był swoistym papierkiem lakmusowym, barometrem, który wyczuwał swoich rodaków i rejestrował te uczucia w wyjątkowej, artystycznej formie. Był wspaniałym kronikarzem swoich czasów.

 

„Hej, szable w dłoń!”. Czy obecnie mamy szansę tak samo się śmiać z satyrycznych utworów Andrzeja Waligórskiego jak jeszcze dwadzieścia lat temu?
Oczywiście, że tak. Pamiętajmy, że wyśmiewał to, co nieznośne, obskuranckie w nas, Polakach. Co patetyczne, to patetyczne, co święte, święte pozostaje, ale co „świętalne” to „świętalne”. Trylogia, przy całym swoim kunszcie artystycznym, narobiła wiele szkód w polskiej mentalności. Od razu nasuwają mi się różne ujęcia w pozytywistycznej literaturze dotyczącej historii Polski: „widzenie” Prusowe albo „widzenie” Sienkiewiczowskie. Im dłużej żyję w tej rzeczywistości, tym coraz bardziej opowiadam się za Prusem. I sądzę, że Waligórski też by stanął po stronie Prusa. Ciągle brakuje nam racjonalności. A Sienkiewicz ma w tym swój spory udział. Niewątpliwie ukształtował w wielkiej mierze naszą wyobraźnię językową i chwała mu za to. Był arcymistrzem. Trzeba jednak też przyznać, że dokonał pewnego spustoszenia w naszej narodowej mentalności. A Waligórski wyłowił z Trylogii godną pożałowania świętoszkowatość, po czym po mistrzowsku ją ośmieszył.

 

Co się stanie z Waligórskim? Czy sądzi pan, że w niedalekiej przyszłości będzie jeszcze kogoś interesowało to, o czym pisał?

(…) Właściwie temat jest najważniejszy
Bez niego człowiek darmo się trudzi –
Może być cięższy, może być lżejszy,
Byleby tylko obchodził ludzi. (…)
(Recepta)

Co się stanie z Waligórskim… Ostatnio na wykładzie wspomniałem Sewerynę Szmaglewską. Zapytałem studentów, czy to nazwisko coś im mówi? Nikt się nie odezwał. A dla mojej generacji jej Dymy nad Birkenau były przebojem czytelniczym, takim jak dziś saga o Harrym Potterze. Kto dzisiaj zna Sewerynę Szmaglewską? Opowiadali mi moi koledzy wykładający w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza, że co roku pytają nowych studentów, kim był patron szkoły. Otóż, okazuje się, że takich słuchaczy, którzy faktycznie wiedzą, można policzyć na palcach jednej ręki. Niektórzy dziś jeszcze mają pojęcie, gdy ich zapytać o Tadeusza Konwickiego. Ale on jeszcze żyje. A ja wspominam takich bohaterów mojej wyobraźni literackiej, jak Jerzy Broszkiewicz, Wilhelm Mach, Stanisław Dygat. Mało kto dziś o nich cokolwiek wie, prawda? Może jednak mimo wszystko uda się ocalić od zapomnienia Andrzeja Waligórskiego.

 

Jak pan ocenia stan współczesnego kabaretu?
Jeśli zdecydujemy się na konfrontację Kabaretu Starszych Panów, Studia 202, Elity z dzisiejszymi produktami polskiego kabaretu, będzie to porównanie dla tej współczesności miażdżące. Czasami, słuchając dzisiejszych kabareciarzy, chciałoby się zadać pytanie: z czego wy się śmiejecie, z samych siebie? Dawniej, całe lata temu, był Szpak, wspomniany Kabaret Starszych Panów, Dreptak, Olga Lipińska. Różnica dziś między nimi taka, jak między Norwidem a wierszami domorosłego poety. Dawniej program rozrywkowy operował świetnymi pod względem artystycznym tekstami pisanymi przez znakomitych polskich pisarzy, żeby choć wymienić Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Juliana Tuwima, Ludwika Jerzego Kerna, Olgę Lipińską. Ale trzeba przy tym pamiętać, że to były czasy, gdy redaktorem naczelnym „Przeglądu Sportowego” był Kazimierz Wierzyński.

Czy Waligórski przetrwa? Przetrwa. Przetrwa jako jakość artystyczna, ale jeśli tak dalej będzie postępować proces odchodzenia społeczeństwa od literatury, będzie też coraz gorzej z pamięcią o Andrzeju Waligórskim. Chcę, pragnę tu powtórzyć za Umbertem Eco: wierzę, że książka przetrwa, nie zginie. Dodam również z niejakim optymizmem, że zaczyna się dziać coś w tym kierunku tutaj, we Wrocławiu. Działa „Literatka”, powstał antykabaret z siedzibą przy ulicy Włodkowica, który prowadzi aktor Wrocławskiego Teatru Współczesnego, Marek Kocot. Dzieją się tam rzeczy niegłupie, pojawia się próba nawiązania do tradycji i Zielonego Balonika, i Stodoły, i Klubu Hybrydy, i Pałacyku, i Bim-Bomu. Mamy się od kogo uczyć. Tradycja polskiego kabaretu jest przecież znakomita.

 

Chociaż to owiane tajemnicą i prawie nikt o tym nie wie, Andrzej Waligórski był również wokalistą. Jak wspominał Jan Kaczmarek, „śpiewał czyściutko ciepłym barytonem. Nie zdarzył mu się nigdy »wypadek z frazy«”. A chodzą po mieście słuchy, że pan także pięknie śpiewa.
Jako dziecko byłem człowiekiem niezwykle wstydliwym i do matury wchodził w grę jedynie referat, który dyrektor szkoły zlecił mi wygłosić podczas uroczystej akademii. Natomiast, gdyby mi ktoś kazał wówczas zaśpiewać na scenie, choćby mi to groziło niezdaniem matury, powiedziałbym: trudno, nie dostanę świadectwa dojrzałości. Z czasem okazałem się coraz śmielszym człowiekiem. Podczas studiów należałem do chóru uniwersyteckiego i przez całe lata w tym chórze śpiewałem. Mogę nawet powiedzieć, że moje małżeństwo jest chóralne. Moja żona jest zarazem moją koleżanką z roku, ale bardziej nas do matrymonium pchnęło wspólne śpiewanie w chórze. Ta przygoda z chórem trwała wiele, wiele lat.

Zdarzyło się pewnego razu, że znalazłem się w roli konferansjera podczas uroczystości w Capitolu. Był to koncert charytatywny na rzecz kliniki pani profesor Alicji Chybickiej. Występował zespół Sygit Band. Kilka dni po tym wydarzeniu zapukał do moich drzwi pan Maciej Sygit. Zwrócił się do mnie z prośbą, bym zechciał wystąpić wraz z całym bandem w roli wokalisty. Przyjąłem zaproszenie z ochotą, zwłaszcza że wraz z zespołem miałem okazję występować w znamienitym towarzystwie pana profesora Marka Ziętka, rektora Uniwersytetu Medycznego, pana profesora Marka Sąsiadka, najwybitniejszego wrocławskiego radiologa, a także pani profesor Alicji Chybickiej, prezes Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego. Obecnie występujemy wspólnie podczas koncertów charytatywnych i nie ukrywam, że sprawia mi to ogromną przyjemność. Czy mam dziś tremę? Ależ skąd. Emocje, które kiedyś tak mnie paraliżowały, właściwie dawno już minęły. Bardzo lubię śpiewać, uważam, że mam zupełnie niezły głos. Ale przede wszystkim bardzo to lubię. Stanowi to dla mnie piękne dopełnienie. Śpiewałem także z Izą Skrybant-Dziewiątkowską w Pameli, a z Trubadurami w znanym przeboju Znamy się tylko z widzenia. Niedługo zaprezentuję Starzyka podczas jubileuszu sześćdziesięciolecia istnienia Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”.

 

Wobec tego nie mogę nie zadać pytania, a właściwie poprosić pana profesora w imieniu wrocławskich melomanów. Czy zechciałby pan profesor zaśpiewać wiersz Andrzeja Waligórskiego podczas koncertu z okazji obchodów dwudziestej pierwszej rocznicy śmierci poety w Filharmonii Wrocławskiej?
Dlaczego nie? Z prawdziwą przyjemnością. Czekam na propozycję.

 

Rozmawiała Agnieszka Frei

 

Jan Miodek – językoznawca, profesor i dyrektor Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, członek Komitetu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk i Rady Języka Polskiego. Od ponad czterdziestu lat popularyzuje wiedzę o języku polskim w prasie, radiu i telewizji. Od 1987 do 2007 roku w Telewizji Polskiej prowadził program Ojczyzna polszczyzna. Otrzymał między innymi nagrody im. Wojciecha Korfantego oraz im. Hugona Steinhausa, a także Towarzystwa Przyjaciół Śląska, Ministra Edukacji Narodowej, rektora Uniwersytetu Wrocławskiego. Jest wielokrotnym laureatem Wiktorów oraz Superwiktora za całokształt twórczości. Dwukrotnie został wybrany najpopularniejszym mieszkańcem Wrocławia.