Wydanie: MWM 04/2013

Świat bez jazzu

Światowy Dzień Jazzu
Article_more
Jackson Pollock nie porzucił malarstwa figuratywnego, Radiohead do dziś grają gitarowego rocka i nie chcą eksperymentować, Miles Davis został dentystą, Mikołaj Trzaska pisze ikony, a ja jestem nauczycielem w gimnazjum.

Chciałbym opisać alternatywną wersję historii, choć, szczerze mówiąc, wolałbym nazywać ją historią niemożliwą: świat bez jazzu. Trudno sobie wyobrazić, by zderzenie społeczności o rodowodzie afrykańskim z kulturą zachodniej Europy, harmonią tonalną i europejskim instrumentarium mogło zaowocować zgoła inaczej lub nie zaowocować wcale. Łatwiej mi chyba wyobrazić sobie świat bez wielkich odkryć geograficznych (wtedy jazzu na pewno by nie było), niż pomyśleć o minionym stuleciu pozbawionym tej niezwykłej formy sztuki. Mieszkańcy Afryki, sprowadzeni na wybrzeża Nowego Świata przez zachłanność białego człowieka, przepisali swoją tradycję i swoje pieśni w jego alfabecie, który – jak każdy – stwarzał określone możliwości, ale miał też spore ograniczenia.

 

A zatem, w tych czy innych okolicznościach jazz nie powstał: Scott Joplin i Art Tatum w spokoju doprowadzili do perfekcji własne interpretacje utworów Mozarta i Beethovena, King Oliver i Louis Armstrong zostali szanowanymi obywatelami, a gra w orkiestrach marszowych była tylko niegroźnym weekendowym hobby. Miles Davis poszedł w ślady ojca i został dentystą w East St. Louis. Albo też skończył Juilliard School of Music, w której widziała go matka-pianistka, po czym ze względu na piękne brzmienie i równoczesny brak olśniewającej techniki starał się o posadę w sekcji blach w jednej z nowojorskich orkiestr. Sytuacja na rynku pracy sprawiła jednak, że wreszcie, zniechęcony i rozgoryczony, wrócił do rodzinnego miasta, gdzie imał się dorywczych zajęć i dorabiał, udzielając lekcji. Z czasem został zaangażowany do zespołu gospel założonego przez ceniony tylko na lokalnej scenie duet: gitarzystę Ike’a Turnera i jego śpiewającą żonę Tinę.




Pastor John William Coltrane zdobył sławę w całej Karolinie Północnej jako kaznodzieja, który potrafi porwać wiernych, nie podnosząc głosu. Fletcher Henderson pozostał przy wyuczonym zawodzie i dożył do emerytury, pracując jako chemik w koncernie farmaceutycznym, a Joshua Redman został adwokatem i zarabia krocie, prowadząc sprawy klientów, Afroamerykanów z klasy średniej. Może jednak historia potoczyła się nieco inaczej i wśród klasy średniej trudno szukać osób o innym kolorze skóry niż biały? Przecież w latach 60. właśnie freejazzowi rewolucjoniści najchętniej łączyli działalność artystyczną z zaangażowaniem politycznym i nieśli na sztandarach postulaty dotyczące praw obywatelskich dla kolorowych. Gdyby trybiki w potężnej machinie historii Stanów Zjednoczonych ułożyły się nieco inaczej, być może prezydentem nie byłby dziś Barack Obama? Jednym z tych trybików z całą pewnością był jazz.

 

Z drugiej strony jazz kojarzy się niemal wyłącznie z prezydentami demokratami. (Czego słuchają republikanie? Country & western?). Podczas kadencji Jimmy’ego Cartera w Białym Domu zorganizowano festiwal jazzowy, na którym wystąpili między innymi Roy Eldridge, Sonny Rollins, Herbie Hancock, Chick Corea, a nawet – o zgrozo! – Cecil Taylor. Z kolei Bill Clinton ośmielił się nawet grać publicznie na saksofonie, a do tego korespondował z Peterem Brötzmannem i ceni jego muzykę. Jeśli weźmiemy pod uwagę malejącą popularność jazzu i jego elektorat negatywny, możemy dojść do wniosku, że gdyby nie jazz, w Stanach być może od kilku dekad rządziliby nieprzerwanie demokraci. Biali demokraci.

 

Zresztą, właściwie dlaczego miałbym w swoich fantazjach ograniczać się do Stanów Zjednoczonych? W grudniu 1981 roku gen. Jurij Władimirowicz Andropow był członkiem Politbiura i szefem KGB. Ten ciekawy osobnik, kiedy już przejął schedę po Breżniewie, zdołał wykonać kilka życzliwych gestów w stronę Stanów Zjednoczonych, lubił też powtarzać, że kocha jazz i smak szkockiej whisky. Pomyślmy o Komedzie, Stańce i Namysłowskim, o ich znaczeniu dla muzyki europejskiej i sowieckich dywizjach, które zatrzymały się w 1981 roku tam, gdzie trzeba. Teorie spiskowe mogą być sympatyczne, prawda?

 

„Saksofon to wolność”, mawia były prezes Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień. Można sobie wyobrazić, jaki wpływ miał na jego życie ów duch wolności zaszczepiony przez jazz. Ciekawe, czy doświadczenie nabyte przy zakładaniu Klubu Jazzowego w Kielcach przydało mu się przy kładzeniu fundamentów pod struktury tamtejszej Solidarności. (Może kiedyś będę miał okazję o to zapytać). Bez odrobiny jazzowego szaleństwa Kielce byłyby też, co oczywiste, uboższe o jedną atrakcję turystyczną, bo na co komu pomnik dentysty z East St. Louis?

 

Bez jazzu nie powstałby Słodki drań Woody’ego Allena, co może nie byłoby aż tak wielką stratą, ale gdyby nie muzyka synkopowana, Woody Allen w ogóle by nie istniał. Przecież młody reżyser Allan Konigsberg przybrał pseudonim na cześć swojego ulubionego klarnecisty Woody’ego Hermana!

 

Kto pamięta obłędne rzuty Kareema Abdula-Jabbara? Kto z zapartym tchem oglądał mecze Los Angeles Lakers z udziałem najskuteczniejszego strzelca w historii NBA? Abdul-Jabbar przyznaje otwarcie: „Gdyby nie jazz, grałbym gorzej”. Mówi, że w koszykówce, podobnie jak w jazzie, najważniejsze nie są efektowne solówki, ale praca zespołowa, często niedoceniana i pozostająca w cieniu. Jazz to nie tylko radosna kakofonia, to również świat wartości, które wraz z nim rozprzestrzeniły się po całym świecie. Pamiętajmy o tym zwłaszcza 30 kwietnia, wtedy przypada bowiem drugi Światowy Dzień Jazzu.