Wydanie: MWM 04/2013

Nie wydaję rozkazów

Wywiad z Jackiem Kaspszykiem
Article_more
fot. Łukasz Rajchert
Co uważam za moralność w zawodzie muzyka? Przekonanie, że muszę być zawsze dobrze przygotowany. Ja nikomu nigdy w życiu nie kazałem ćwiczyć. Sugerowałem, że praca nad techniką musi być – bez tego nie da się koncertować – ale moja metoda nigdy nie była kapralska, bo w sztuce przywódca to nie jest dowódca. Przywódca odkrywa pewną drogę i albo zainteresuje ludzi, albo oni nie pójdą tym tropem.

Joanna Michalska: Który koncert poleca maestro w swoim pierwszym sezonie w Filharmonii Narodowej?
Jacek Kaspszyk
: Sezon nie będzie do końca mój, bo koncerty trzeba planować z dwuletnim wyprzedzeniem. Nie mogę już zaproszonego artysty „wyciąć”, bo mam inny pomysł. Ale repertuar to jest trzeciorzędna sprawa. I najgorsze jest zapowiadanie, czego się dokona.

Czyli mogę wykreślić pytanie: co chciałby pan osiągnąć w Filharmonii Narodowej?
To, co każdy artysta z każdą orkiestrą. Wszystko, co najlepsze.

Dlaczego repertuar jest kwestią trzeciorzędną?
Musimy się nauczyć, że nie program czyni instytucji ciekawą, tylko wykonanie. Nie jest dobra ta opera, która robi trzydzieści premier rocznie, ale trzy, a codzienny poziom jest najwyższy z możliwych. Dla mnie sprawdzianem było siedem lat w Operze Narodowej – mało premier, ale każde przedstawienie miało być jak premiera. Średnia frekwencja na spektaklach wynosiła sto dwadzieścia procent.

W Polsce pokutuje myślenie, że musimy zadziwiać świat. Codziennie mamy obowiązek wymyślać sztukę, której jeszcze nigdy nigdzie na świecie nie było. I tu jesteśmy w błędzie, bo świat oczekuje od nas rzetelności i „wejścia do tego samego klubu”.

Czym Filharmonia Narodowa powinna różnić się od innych filharmonii?
Ta nazwa to prestiż, który wymaga bardzo wysokiego poziomu od orkiestry. Co nie oznacza, że w tym samym czasie nie możemy mieć pięciu innych zespołów w „ekstraklasie”. Będąc we Wrocławiu, nigdy nie czułem się artystą drugiej kategorii. Londyn ma pięć znakomitych orkiestr, a założono kolejną dobrą w Birmingham, które zresztą nie jest wcale ładnym miastem. A Wrocław ma kolosalne możliwości – jest bliżej Europy niż Warszawa i jest piękny.

Niedawna wielka dyskusja na temat Filharmonii Narodowej pokazuje, że ludzie oczekują od tej instytucji więcej niż tylko orkiestry na wysokim poziomie.
To taki polski sposób myślenia – przekonanie, że musimy być wyjątkowi. Może postawimy fontannę, wystrzelimy rakietę albo przyjdzie kot i zagra na perkusji? Przyciągajmy jakością. Czy wykonujemy Sto lat, czy symfonię Mahlera lub Brucknera, grajmy na najwyższym poziomie – wtedy warto przychodzić na koncerty.




Czytał maestro ostatnie recenzje orkiestry Filharmonii Narodowej? Nie są entuzjastyczne.
Nie czytałem. Ale gdy zaczynałem pracę w filharmonii we Wrocławiu, też nie miałem najlepszego zdania o kondycji tutejszej orkiestry, mam na myśli zwłaszcza kwestie towarzysko-moralne. Co uważam za moralność w zawodzie muzyka? Przekonanie, że muszę być zawsze dobrze przygotowany. Ja nikomu nigdy w życiu nie kazałem ćwiczyć. Sugerowałem, że praca nad techniką musi być – bez tego nie da się koncertować – ale moja metoda nigdy nie była kapralska, bo w sztuce przywódca to nie jest dowódca. Przywódca odkrywa pewną drogę i albo zainteresuje ludzi, albo oni nie pójdą tym tropem. Ani we Wrocławiu, ani w Teatrze Wielkim nie musiałem wydawać rozkazów, żeby robić próby w sekcjach. Muzycy wiedzą, że gdy warsztatowo będą bez zarzutu, wtedy mamy czas na prawdziwy artyzm.

Cieszy mnie, kiedy ludzie po próbach, koncertach nie uciekają do domu, gdy artyści lubią z sobą być, rozmawiać o tym, jak grali. Orkiestra musi się lubić, bo wtedy ma przyjemność z robienia czegoś razem. Zarządzanie, nakazywanie to jest strata czasu i życia.

Podejście maestra zakłada, że ludzie są dojrzali i odpowiedzialni.
Ja wierzę w ludzi. Jestem optymistą, ale dobrze wiem, na czym mój optymizm polega. Jestem przekonany, że drugi człowiek jest tak samo jak ja osobą myślącą i przy użyciu prawdziwych i kompetentnych argumentów możemy się porozumieć bez przepychanek i udowadniania, kto jest ważniejszy. Szacunek, który bez słów płynie do drugiej osoby, zobowiązuje ją do odpłacenia tym samym. Jeśli ja traktuję kogoś jak partnera, a on mnie chce oszukać, to on będzie się źle czuć. Może być mi przez chwilę przykro, że ten człowiek mnie zawiódł. W orkiestrze mamy tylko jedno wyjście: dobrze się ze sobą czuć i nie forsować, nie udowadniać sobie czegoś za wszelką cenę.

Tuż przed naszą rozmową pracował maestro indywidualnie z solistą przed najbliższym koncertem. A więc wspólnie ustalali panowie interpretację utworu?
W każdej orkiestrze są wybitni muzycy i warto wykorzystać ich propozycje. To chyba jest też najciekawsze w sztuce. Trzeba pamiętać, że orkiestra nie jest zbiorem instrumentów – składa się z artystów, a artysta jest indywidualnością. Więc granie w zespole nie może być tępieniem indywidualności. Musi być szukaniem wspólnego mianownika. Orkiestra jest wtedy przekonująca, gdy każdy z muzyków uzna przyjętą interpretację za swoją, za logiczną. Reżyser w teatrze też najpierw tłumaczy aktorom koncepcję inscenizacji.

Dostrzega maestro różnice w pracy z muzykami w różnych krajach?
Wszystkie orkiestry są bardzo podobne do siebie, ponieważ są wielonarodowościowe. Może jeszcze w Gewandhaus albo Staatskapelle Dresden większość instrumentalistów jest Niemcami, ale już Filharmonicy Berlińscy to bodaj najbardziej międzynarodowa orkiestra w Europie. Tradycja w zespołach takich jak Filharmonicy Wiedeńscy czy Concertgebouw przechodzi nie z Holendra na Holendra, tylko ze skrzypka na skrzypka.

Nie ma maestro wrażenia, że instytucja filharmonii się wyczerpała?
W takiej formie, w jakiej my ją postrzegamy, już się bardzo dawno temu wyczerpała. My, Polacy wszystko musimy zawsze tak skomplikować, żeby już nie było wyjścia. Odkąd pamiętam, muzykolodzy, dziennikarze mówili, że do słuchania klasyki trzeba się przygotować. Ja twierdzę, że należy być ciekawym i otwartym. To wystarczy, by absorbować każdą sztukę. Gdy idę na wystawę, nie muszę wiedzieć, jaką techniką obrazy są namalowane, mogę odbierać je emocjonalnie – coś robi albo nie robi na mnie wrażenia. Potem mogę się zafascynować malarstwem na tyle, żeby zacząć o nim czytać.

Jeśli ktoś mi powie: „Muzyka nie jest taka prosta, trzeba znać konstrukcję utworu”, będę się bał skompromitować. I myślę sobie: pójdę do filharmonii, może powinno mi się podobać, ale mi się nie podoba. Albo odwrotnie – ja będę zachwycony, a inni powiedzą: „No co ty mówisz? To gniot.” Więc mam zapłacić, poświęcić wieczór i jeszcze się skompromitować? To lepiej nie pójść. A zewsząd mówią, że skoro brakuje mi przygotowania z teorii, historii muzyki, to w ogóle nie mam po co wchodzić na salę koncertową.

Jak z tego zapętlenia wybrnąć?
Powinno się otwierać filharmonie dla dzieci. Nie zgadzam się, jakoby były w stanie przyswoić sobie tylko najprostszą muzykę. Przez to, że nie są hipokrytami, można im grać naprawdę wszystko, łącznie z najbardziej skomplikowanymi kompozycjami XXI wieku, a one z zainteresowaniem słuchają. W Londynie po próbach generalnych robi się godzinny koncert dla dzieci. Wykonywałem tak Obrazki z wystawy – aktor opowiadał o utworze, my graliśmy odnośne fragmenty, a na koniec całość. Dzieci były zachwycone. Cztery i pół tysiąca cieszących się malców – taki widok przywodzi na myśl raczej aquapark niż Royal Albert Hall. My myślimy, że dzieci są naiwne, a one są szczere.

Czyli na początek odbiór muzyki w kategoriach ładne–nieładne jest wystarczający?
Oczywiście, bo ludzie nie wiedzą dlaczego, ale czują, czy coś jest porządnie zrobione, czy artysta traktuje ich poważnie; czy interpretacja jest trafiona, czy koncert ma aurę. Jeśli muzycy są charyzmatyczni, emocje przechodzą na publiczność. I słuchacze wiedzą, że przeżyli coś specjalnego, choć nie potrafią tego wytłumaczyć. Natomiast jeśli ktoś oszukuje publiczność, odbiorcy też nie umieją wyjaśnić, po czym to rozpoznają, ale wyczują, że coś jest nieszczere, byle jak przygotowane.

Zaintrygowało mnie sformułowanie: „My, Polacy, wszystko musimy zawsze tak skomplikować, żeby już nie było wyjścia”. Poda maestro inne przykłady? Mogą być pozamuzyczne.
Zrobiliśmy wielki problem z przyznawania praw mniejszościom. Polska jest jednym z niewielu krajów monokulturowych – mieszkające tu garstki ludzi innych narodowości traktuje się jak gości. W Wielkiej Brytanii komuś, kto ma paszport, nikt nie powie: „Ale pan się tu nie urodził”. Albo: „Nie jest pan anglikaninem ani nawet protestantem”. To jest kraj dla wszystkich. My jeszcze tak o Polsce nie myślimy. Teraz, przyjechawszy na próby do Wrocławia, co dzień widzę w telewizji dyskusje o związkach partnerskich i nie rozumiem, o co chodzi, gdy słyszę, że zagrażają małżeństwu. Co czyjś związek ma do mojego małżeństwa i vice versa?

Powinniśmy też skończyć wreszcie z nauczaniem dzieci, że nasz kraj jest zawsze ofiarą i że trzeba walczyć i umierać. Walczyć nie ma z kim, umierać jest stosunkowo łatwo, trudniej jest żyć. Bohaterstwem jest płacenie podatków i nieczekanie od święta do święta, tylko cieszenie się każdym dniem. Dzisiaj jest wtorek, nic się specjalnego nie wydarza, ale potraktujmy ten dzień jako ważny. Ile czasu tracimy, wpadając w hibernację – najpierw czekamy na Boże Narodzenie, potem na wiosnę, później na wakacje. Kraj w lecie zamiera na dwa miesiące. Polak zapytany, co robi w wakacje, mówi, że odpoczywa. Czyli, na przykład, chodzi do teatru? A skąd! Odpoczywa. Ludzie uważają za relaks nierobienie niczego. Instytucje kultury są w lecie zamknięte, festiwali mamy śladową liczbę, a ja sam właśnie wtedy jestem najbardziej zajęty, bo w Europie jest mnóstwo letnich wydarzeń muzycznych – ludzie na urlopach wreszcie mają czas chodzić na koncerty, wystawy, spektakle.

Maestro posiadł sztukę cieszenia się każdym dniem?
Oczywiście. I niczego nie demonizuję. Nie mam pretensji, że ktoś inny może sobie jechać na wycieczkę rowerową, a ja muszę siedzieć i uczyć się partytury. Ja tak chcę. Często jestem pytany, czy nie męczy mnie życie w podróży, w hotelach. Naturalnie, że trochę męczy, ale to jest część mojego zawodu, tego, co pragnę robić. Nie mogę z jednej strony chcieć dyrygować danym koncertem, a z drugiej nie chcieć mieszkać w hotelu.

W Wielkiej Brytanii odzwyczaił się pan od polskiej skłonności do narzekania?
Smuci mnie, gdy w moim kraju słyszę od wielu osób, że nie czytają gazet i nie chcą mieć nic wspólnego z polityką. Przecież widzowie mogą odrzucić przekaz medialny w rodzaju: kto co ukradł, kogo trzeba zamknąć, kto kogo opluł. Anglicy świetnie potrafią wymusić na mediach utrzymywanie poziomu. Tymczasem Polacy mówią: „Niech ktoś to zrobi, niech ktoś pomyśli za mnie, weźmie odpowiedzialność”.

Porozmawiajmy o polskiej muzyce. Maestro występował na całym świecie, czy nasi kompozytorzy są znani za granicą?
Zwalczmy już kompleks, że nikt nie wie o Polsce, bo to nieprawda. My coś codziennie promujemy. Nie zdajemy sobie sprawy, że polscy kompozytorzy są obecni w koncertach abonamentowych na całym świecie. Niestety, mamy chęci, których nikt nie zaspokoi – jeśli będzie dwadzieścia wykonań, powiemy: dlaczego nie trzydzieści? Doceńmy powszechną znajomość Lutosławskiego, Góreckiego, Pendereckiego, Kilara.

Najgorsze, co można zrobić dla rodzimej kultury, to organizować „dni sztuki polskiej”. Getta nikogo nie interesują. Kogo zaciekawi czterdzieści polskich koncertów? Interesujący jest polski kompozytor grany w serii z innymi powiązanymi twórcami w programie zwykłego koncertu.

W maju zadyryguje maestro we Wrocławskiej Filharmonii Polskim Requiem Krzysztofa Pendereckiego. Woli pan Pendereckiego awangardowego czy neoromantycznego?
XX wiek, szczególnie późne lata 60. i 70., wykorzystały już wszystko w muzyce: używanie instrumentów smyczkowych jako dętych, teatr muzyczny. Dla mnie współczesne nie znaczy awangardowe. Współczesne jest to, co odpowiada mojej estetyce dzisiaj. Wszystko mi jedno, jakim językiem muzycznym jest napisany utwór, jeśli robi na mnie wrażenie.

Penderecki w każdym języku czuje się swobodnie. Był największym artystą awangardy, co on ma jeszcze udowadniać? Chce teraz tak pisać? Wspaniale! Wybitnych ludzi nie ma dużo na świecie, więc cieszmy się, że go mamy.

Co w muzyce Pendereckiego odpowiada pana estetyce?
Gdyby dało się to zdefiniować, mielibyśmy samych genialnych kompozytorów.

Chciałabym jednak namówić maestra na wypowiedź skierowaną do publiczności: dlaczego warto przyjść na koncert 24 maja?
Takie zabiegi marketingowe są bardzo sztuczne. Warto po prostu zainteresować się muzyką, która w odróżnieniu od innych sztuk daje nieograniczoną wolność wyobraźni. Zostawia o wiele więcej swobody odbiorcy niż teatr lub film. A na koncerty do Filharmonii Wrocławskiej warto chodzić, bo tutejsza orkiestra symfoniczna stała się jedną z najlepszych w Europie.

Rozmawiała Joanna Michalska

 

Jacek Kaspszyk – jeden z najwybitniejszych polskich dyrygentów. Prowadził wiele z należących do najważniejszych orkiestr Europy, Azji i Ameryki, w tym Bayerischer Rundfunk Sinfonieorchester, RSO Berlin, Orchestre Nationale de France, Wiener Symphoniker. Występował wielu renomowanych teatrach operowych: Deutsche Oper am Rhein w Düsseldorfie, Opera Comique w Paryżu, Opera de Lyon, Opera de Bordeaux, Opera w Sztokholmie, English National Opera, Opera w Zurychu, Teatro Colon w Buenos Aires. Pełnił funkcję dyrektora artystycznego Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, był również głównym dyrygentem i doradcą muzycznym Nord Nederlands Orkest, ponadto przez wiele lat kierował Teatrem Wielkim–Operą Narodową w Warszawie. Od 2006 roku jest dyrektorem artystycznym Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Wrocławskiej. Ostatnio otrzymał prestiżowy Medal Elgar Society. Od sezonu artystycznego 2013–2014 będzie pełnił funkcję dyrektora artystycznego Filharmonii Narodowej.