Wydanie: MWM 10/2012

Purytanin. Mizantrop. Introwertyk. Klerk. „Fob”.

Glenn Gould 1932–1982
Sir Yehudi Menuhin: „Jeszcze wiele miłości musi się nałożyć na wiele czasu, żeby należycie został doceniony geniusz Glenna Goulda”. Czy trzydzieści lat, które 4 października mija od jego śmierci, to wiele czasu wypełnionego miłością?
 

Wielu znanych muzyków parało się działalnością artystyczną, z którą nie byli powszechnie utożsamiani. Pianista Józef Hofmann z zamiłowaniem oddawał się też komponowaniu (opatentował także kilkadziesiąt wynalazków, z żadną ze sztuk pięknych bynajmniej nie związanych – na przykład zderzak i wycieraczkę samochodową, spinacz do papieru), podobnie jak inny geniusz fortepianu – Ignacy Friedman. Ignacy Jan Paderewski czy Sergiusz Rachmaninow to przykłady oczywiste. Dyrygenci Bruno Walter czy Dimitri Mitropoulos byli także znakomitymi pianistami. Wielki Grek zastąpił niedysponowaną solistkę w III Koncercie fortepianowym Prokofiewa, którym dyrygował, nauczywszy się w siedemnaście godzin partii fortepianu. Inny genialny dyrygent, Fritz Reiner, w budapesztańskim konserwatorium na swoim dyplomie z fortepianu (w klasie Béli Bartóka!) grał dwie sonaty: bagatela! – op. 111 Beethovena i h-moll Liszta. Kilkunastoletni Arturo Benedetti Michelangeli poza klasą fortepianu ukończył także konserwatoryjny kurs w klasach kompozycji, dyrygentury i skrzypiec. Po czym przez pięć lat studiował medycynę. Wielki polski pianista Andrzej Czajkowski, który w wieku piętnastu lat został laureatem Grand Prix Konserwatorium Paryskiego (sto lat od niego starszy Henryk Wieniawski był laureatem tej samej nagrody w wieku lat jedenastu), zostawił po sobie szereg wybitnych, wręcz wstrząsających partytur, które dały świadectwo najwyższej próby maestrii kompozytorskiej.

 

W tym niezwykłym gronie miejsce specjalne zajmuje kanadyjski pianista Glenn Gould. Czy jedynie pianista? Owszem, w 1944 roku niespełna dwunastoletni Gould kończy Królewskie Konserwatorium w Toronto. Ale już rok później zdaje egzaminy dyplomowe w klasach teorii i organów. Przez pierwsze młodzieńcze lata występuje także jako organista (wykonuje dzieła Bacha, Dupuisa, Mendelssohna, Mozarta, MacDowella). Z instrumentem tym na dobre nie rozstaje się nigdy. Głęboko tkwi on w muzycznej mentalności Goulda. Muzyk sam przyznaje, że kiedy słucha orkiestrowych utworów Richarda Straussa, jego nogi mimowolnie biegają po wyimaginowanej nożnej klawiaturze tropem Straussowskich wiolonczel i kontrabasów. Zimą 1962 roku na płytach CBS nagrywa na organach część kontrapunktów Bachowskiej Kunst der Fuge… Podobnie jest z klawesynem. Nie potrafi się oprzeć czystości jego brzmienia. Rejestruje na taśmie filmowej kilka preludiów i fug Bacha, a dla CBS – cztery suity Haendla. Dyryguje dziełami Mozarta, Mahlera, Schuberta, Wagnera, Bacha, Beethovena. Jego śmierć (dziewięć dni po pięćdziesiątych urodzinach) przerywa planowaną podróż w głąb partytur, których udźwiękawianie ma mu zastąpić nieobecność klawiatury.

 

Gould jest także pisarzem muzycznym, autorem wielu audycji radiowych i telewizyjnych, filozofem, błyskotliwym causeurem, kpiarzem, prowokatorem. Ale przede wszystkim – mistykiem i humanistą. „Celem sztuki nie jest spowodowanie chwilowego wydzielania się adrenaliny, ale stopniowe budowanie, na przestrzeni całego życia, stanu oczarowania i wewnętrznego spokoju. […] Sztuka znajduje swe usprawiedliwienie w wewnętrznym spalaniu, które rozżarza serce człowieka, a nie w swych publicznych, powierzchownych, zewnętrznych manifestacjach”.

 

Jako wykonawca Gould był zaprzeczeniem sztuki pretensjonalnie publicystycznej – ciepło i serdecznie szeptał do ucha każdego nas, nie krzyczał na tłum żądny jarmarcznej atrakcji tam, gdzie prowadzi się rozmowy istotne. Był zaprzeczeniem gadatliwości estradowych poskramiaczy ciszy, bez której przecież nie urodzi się żaden treściwy dźwięk. Zaprzeczeniem zrakowaciałego akademizmu, który od dziesięcioleci toczy muzyczny świat i czyni ze sztuki wyjałowioną z ekspresji atrapę nauki, przekazywaną bezimiennym przez bezimiennych. Był zaprzeczeniem udokumentowanego „dowodami” doktrynerstwa, któremu obce jest poszukiwanie nieodkrytego, nieznanego, nieprzeczuwalnego – przeznaczenie wszelkiej sztuki. Był zaprzeczeniem świadczenia szczególnie powszechnego rodzaju usług schlebiania powszednim gustom; proponował pomysły śmiałe, trudne, prowokacyjne, kategoryczne, a nawet pozornie straceńcze, które po latach zaskakująco często okazywały się światłem prowadzącym nas, ślepych, ku ziemi obiecanej. Obok Marylin Monroe, Jamesa Deana, Andy’ego Warhola czy Elvisa Presleya (u nas Zbyszka Cybulskiego) był ikoną drugiej połowy XX stulecia. Postacią, która w demokratycznej dobie wyzwalania się z oków mieszczańskich stereotypów fascynowała zniewalającą osobowością. Był muzycznym demiurgiem, który w soczewce swego geniuszu zdołał skupić średniowieczne proportio et claritas, renesansową uciechę eksploracji ziemi dziewiczej, ekstatyczne zapamiętanie ukaranego za swą zuchwałość Ikara, romantyczną radość improwizacji, niosącej energię czystej niewymuszonej ekspresji wadzącej się z zastygłymi matrycami norm, atawistyczne lęki ery atomowej, introwertyczne zanurzenie w bezkresie własnego mikrokosmosu i równie odważne wyzwanie tych spośród sukcesorów tradycji, którzy pod pozorem służenia jej zawsze będą pragnęli ukryć grzech sprzeniewierzenia się trudowi niesienia krzyża współczesnego człowieka. Był człowiekiem głębokiej, żarliwej wiary, który nigdy nie rościł sobie pretensji do udzielania prostych odpowiedzi, ale zawsze sugerował nam szukanie rozwiązań na miarę złożoności tego świata. Należał do tych „błogosławionych, którzy wątpią”. Ale i tych, którym organicznie obce jest ostateczne zwątpienie. Był osobliwością, której formą kontaktu z otaczającym światem był dźwięk pod jego najprzeróżniejszymi, często przez niego prowokowanymi postaciami. Był, bo Gould go nie szukał i w rezultacie poszukiwań znalazł. On mu został dany. „Był szaleńcem zdrowszym od większości ludzi”, jak pięknie skreślił jego portret Stefan Rieger, autor rewelacyjnej, nominowanej w 1998 roku do Nagrody Literackiej Nike książki Glenn Gould, czyli sztuka fugi.

 

A jaki był jako kompozytor? Sam uważał, że napisał dziesiątki utworów, by kiedy indziej z rozbrajającą szczerością wyznać, że żadna z jego kompozycji ma nie więcej niż jedną stronę. Można podejrzewać, że Glenn Gould miał duszę i potencjał wielkiego dramaturga, któremu wizje niezwykle intrygujących fabuł spędzały sen z powiek. Natomiast jego działania determinowała wilcza natura, ciągnąca go do lasu pełnego najbardziej fantazyjnych postaci z sennego, bo nie-jawnego świata, już stworzonego sprawczą mocą innych twórców. Tych wielkich – z przeszłości – i tych Gouldowi współczesnych, stylistycznie lub dosłownie (bo nie unikał grania muzyki kompozytorów także i od niego młodszych). Fascynowała go dodekafonia, czemu dał wyraz w drobiazgach fortepianowych i Sonacie fagotowej. Madrygały i Fuga odsyłają nas do dźwiękowego świata baroku (w Fudze zauważamy nawet błyszczący Bachowską łuską fragment II Koncertu brandenburskiego). Jedyny Kwartet smyczkowy, jedyne opus 1, zdaje się bardziej osobistą wypowiedzią Glenna Goulda. Mimo iż cały zanurzony w młodym Schönbergu, to już nie fascynacja, ale korny hołd złożony mistrzowi, którego twórczość była dla kanadyjskiego muzyka niemal obiektem kultu. Wszak to nikt inny, jak Yehudi Menuhin, miał powiedzieć, że o twórczości wielkiego wiedeńczyka Gould zdaje się wiedzieć wszystko. Poza tym ów kwartet jest w tonacji f-moll, która według słów samego autora najlepiej oddaje jego osobowość: „[…] coś pomiędzy zawiłością a stałością, między prawością a zmysłowością, między szarością a barwnością… słowem: coś pośredniego”.

 

Purytanin. Mizantrop. Introwertyk. Klerk. „Fob”. W tym roku, 25 września skończyłby osiemdziesiąt lat. Po jego śmierci znaleziono papiery, w których czterdziestopięcioletni Glenn Gould określał się jako indywiduum społecznie nie do przyjęcia, maksymalnie ekstatyczny poszukiwacz towarzystwa nocnego motyla w celu nieustannego krążenia wokół świecy. Sir Yehudi Menuhin: „Jeszcze wiele miłości musi się nałożyć na wiele czasu, żeby należycie został doceniony geniusz Glenna Goulda”. Czy trzydzieści lat, które 4 października mija od jego śmierci, to wiele czasu wypełnionego miłością? Czy należyte docenienie takiej osobliwości może wyjść poza krąg naturalnych adresatów Gouldowskiego przesłania o łączeniu się w samotności, która jest łaską? Jak szeroki jest ten krąg? I ilu z nas łaska ta nie omija? („Samotności! Jakaś ty przeludniona” – Stanisław Jerzy Lec). Jak często nie jest ona darem, a ciąży brzemieniem i piętnem autodestrukcji po ślepej i jednokierunkowej drodze? Czy Gombrowiczowskiemu pojedynczemu człowiekowi należy się, w dobie iluminacji paroksyzmów kultury dekapitującego się golema masy, docenienie czy zatracenie? A bożek Sieci? Czy czas nam daje, czy zabiera: nas – nam samym; duchowość – krzewi, czy wyjaławia; „rozżarza nasze serca”, czy daje łatwą okazję do „publicznych manifestacji”; mami eskapizmem ludycznego dialogu adrenalin, czy chroni przed traumą samospalającego się monologu? Jak jakość zachowa wartość w tej radośnie reprodukującej się ilości? Jak pożądliwa wszechwyprzedaż wpłynie na nasz stan posiadania pryncypiów, potrzebę rozmów istotnych, refleksji? Wreszcie: co z Gouldowską łaską samotności, łaską wykorzystania okazji do nieprzegapienia samego siebie w coraz dotkliwiej otaczającym nas szumie tłumu? Czy to jedynie głos wołającego na ludzkiej puszczy i błyskającego latarnią Diogenesa? A może molekuła wiary, wiary o atomowej mocy sprawczej? Gould wierzył, że kiedyś wszyscy będziemy artystami, a nasze życie będzie sztuką. Chciałoby się rzec za Lecem: „Człowiek w historii ludzkości”.