Autor: Anna Skulska
Wydanie: MWM 05/2013

Mistrz mnie onieśmielał

Rok Lutosławskiego
Article_more
Zapamiętałam jego reakcję na pierwszą moją bachowską płytę. Są na niej między innymi II Suita angielska, Fantazja chromatyczna, Koncert włoski i na końcu, jakby na bis, transkrypcje. Zostawiłam ją Witoldowi. Zadzwonił do mnie (przechowuję do dziś nagranie z poczty głosowej), podziękował za płytę. Powiedział, że bardzo mu się podoba, ale radziłby, żeby nie łączyć oryginalnych kompozycji Bacha z transkrypcjami. W jego mniemaniu nie były to najlepsze kompozycje.

Anna Skulska: W jaki sposób w pani pamięci zapisało się pierwsze spotkanie z Witoldem Lutosławskim? 

Ewa Pobłocka: Dokładnie nie pamiętam, na pewno widywałam kompozytora na koncertach w Filharmonii Narodowej, ale pierwsze osobiste spotkanie nastąpiło wtedy, kiedy nauczyłam się jego Koncertu fortepianowego i poszłam do domu państwa Lutosławskich, aby przedstawić nagranie mojego pierwszego wykonania.

 

Wcześniej wzięła pani do ręki partyturę. Jakie refleksje towarzyszyły jej pierwszemu czytaniu?

Od początku byłam tym utworem zafascynowana, a usłyszałam go po raz pierwszy w Filharmonii Narodowej podczas próby przed występem Krystiana Zimermana. Poprosiłam go, aby udostępnił mi nuty. Chciałam od razu zobaczyć, jak to jest zapisane. Od pierwszego kontaktu z dziełem czułam, że muszę ten koncert zagrać, i wiedziałam, co chciałabym przez tę muzykę przekazać. Krystian był tak miły, że zrobił mi odbitkę, więc od razu zaczęłam pracę nad utworem. Przeglądając nuty, zwróciłam uwagę przede wszystkim na fantastyczną, spójną, nie budzącą żadnych wątpliwości formę utworu, a potem na nieskończone możliwości artykulacyjne, wydobycia przeróżnych dźwięków z fortepianu, rozmaitych barw i to mnie w pracy nad tym koncertem fascynowało. Bardzo długo trwało przygotowanie koncertu do prezentacji na estradzie. W nutach zapisałam datę, kiedy usiadłam do niego po raz pierwszy, a moje prawykonanie nastąpiło równo półtora roku później. Podziwiałam więc Krystiana, że był w stanie nauczyć się tego koncertu do wykonania w Salzburgu w trzy miesiące, to niebywałe!

 

Wielu dyrygentów zwraca uwagę na bardzo precyzyjne zapisy metronomiczne w partyturach Lutosławskiego. Jak pani sobie z nimi radziła?

Miałam szczęście, że to Jerzy Maksymiuk przygotowywał mnie do naszego wspólnego wykonania koncertu w Gdańsku. Działo się to dwadzieścia trzy lata temu. Maestro był wtedy szefem BBC Scottish Symphony Orchestra, ale bardzo często do mnie dzwonił. Brałam do ręki partyturę, a on mówił mi, w jaki sposób mam liczyć, jak rozdzielać bardzo długie figuracje, jak je grać z orkiestrą, kiedy nie ma żadnych podziałów. Podpowiadał, jak policzyć wartości, a potem uczył tego samego muzyków w orkiestrze. I dlatego od początku utrzymywaliśmy ten sam puls; na pierwszej próbie zagraliśmy koncert od pierwszej do ostatniej nuty bez żadnej pomyłki. Bardzo świadomie uczyłam się tego utworu.

 

Czy to znaczy, że na początku ważna była „logistyka”, ułożenie wszystkich elementów, a emocje przyszły później?

Nie potrafię bez emocji podchodzić do utworu, do muzyki, zwłaszcza do tej, która w jakiś sposób mi się podoba. Oczywiście mnóstwo czasu poświęciłam studiowaniu partytury bez instrumentu, żeby wiedzieć, ile na przykład jest wariacji w chacconie, które instrumenty i kiedy muszą wzajemnie dostosować artykulację lub zagrać całkowicie różnie.




Czy czuje się, że ten koncert pisał pianista?

Zdecydowanie tak. Dla wykonawcy jest to bardzo wygodnie napisana muzyka, dlatego pod tym względem nie było żadnych problemów.

 

Powróćmy do pani pierwszego wykonania.

Dzięki Jerzemu Maksymiukowi, który z wielkim zaangażowaniem pracował ze mną nad tym dziełem, czułam się pewnie i cieszyłam się, że to pierwsze wykonanie będzie w moim rodzinnym mieście Gdańsku. Przyszli profesorowie tamtejszej uczelni muzycznej, których nigdy wcześniej nie widziałam na koncertach; nie tylko pianiści, lecz także teoretycy. Nastrój był podniosły, czuło się wielkie zainteresowanie ze strony gdańskich muzyków. Zresztą na początku tego roku, z okazji stulecia urodzin Lutosławskiego, wykonałam jego koncert również w Gdańsku, ale tym razem pod batutą Kazimierza Korda.

 

Co powiedział Witold Lutosławski po wysłuchaniu nagrania z tego wieczoru?

Lutosławski wymagał, aby muzyk precyzyjnie realizował wszystko, co zapisane jest w nutach. Wówczas w moim egzemplarzu partytury dokonał pewnych poprawek, skorygował błędy wydawcy, no i posłuchał nagrania. Zwrócił mi uwagę na jedno miejsce, którego interpretację wymyśliliśmy sobie z Jerzym Maksymiukiem: takie „ożywiające” crescendo. Witold Lutosławski powiedział: „pani Ewo, to bardzo piękne, ale ja tego nie napisałem”. Dało mi to bardzo dużo do myślenia. Ale zdarzało się też, że kompozytor akceptował moje pomysły, które wprowadziłam, na przykład w drugiej części koncertu. Jednak nie były one sprzeczne z tym, co on zapisał w partyturze. Po raz pierwszy z kompozytorem wystąpiłam w Filharmonii Śląskiej w Katowicach. Pamiętam, że powiedziałam do niego tuż przed wyjściem na estradę: „marzę tylko o tym, żeby ci nie zepsuć koncertu”. Miałam na myśli wyobrażenie Lutosławskiego o tym utworze. Bo przecież kompozytor w rozmowach mówił, że to, co jest w partyturach, to tylko ślad tego, co sobie wyobrażał. Pamiętam też, że po tym pierwszym występie otrzymałam bukiet pięknych pomarańczowych strelicji z elegancką wizytówką; Witold pamiętał, że dzień wcześniej miałam urodziny.

 

Jakie robił uwagi podczas prób?

Lutosławski przerywał grę w konkretnych miejscach z konkretnego powodu, na przykład zwracał uwagę, żeby kontrabasy i wiolonczele zagrały inną artykulacją, albo proponował perkusistom, żeby użyli innych pałek; egzekwował oznaczenia dynamiczne i wymagał precyzji rytmicznej. Był przy tym bardzo konkretny, ale miły. Uwagi robił w sposób kulturalny, nie chciał nikogo dotknąć, ale jednocześnie domagał się zdecydowanie wykonania wszystkiego, co zapisał w nutach. Efektem naszej współpracy było nagranie dokonane z Wielką Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach. Zrobiliśmy to w trzy dni. Niestety ostatnio przyszło mi nagrać ten utwór w trzy godziny!

 

Czy były zaskoczenia, nieprzewidziane sytuacje?

Z jednego z występów zapamiętałam pewien moment z drugiej części Koncertu fortepianowego. Muzyka zamiera i przechodzi w arioso, byłam tak zajęta przewracaniem kartek, że nie zagrałam kilku szesnastek. Lutosławski co prawda dał mi znak, ale był to tylko delikatny uśmiech.

 

Wszyscy mówią o jego elegancji, zdystansowaniu, spokoju. Jak pani go odbierała?

Jeśli chodzi o rozmowy, to zwykle Witold Lutosławski mówił, a ja słuchałam, bo szkoda było uronić chociaż jedno słowo. Pamiętam atmosferę domu państwa Lutosławskich, gdzie było niewiele sprzętów, ale każdy mebel miał swoje specjalne miejsce i każdy był przedmiotem użytkowym. Zapamiętałam jeden z obrazów, do którego powracam jeszcze dziś (reprodukcja tego, jak i innych obrazów z domu kompozytora, jest w katalogu wystawy, która była pokazywana w Kordegardzie po śmierci Lutosławskiego). To obraz Stajudy pod tytułem Strefa. Na zielono-niebieskim tle, jakby przeźroczystym, są zarysowane drzewa. Za każdym razem, kiedy patrzę na ten obraz, utwierdzam się w przekonaniu, że słyszę (widzę) muzykę Lutosławskiego jako błękitną. Ale to nie znaczy, że jest zimna. Dotyczy to nie tylko Koncertu fortepianowego, ale muzyki Lutosławskiego w ogóle. Znam ją zresztą dość dobrze, bo przecież zanim zaczęłam grać koncert, to już jako dziecko słuchałam jego pieśni, leżąc pod fortepianem, w czasie prób mojej mamy. Poznałam wtedy na przykład pieśni do słów Tuwima. Potem, gdy byłam starsza, kiedy przyjeżdżałam do Warszawy na koncerty, na Warszawską Jesień, poznawałam kolejne jego utwory: Gry weneckie, Livre pour orchestre, a potem symfonie. Oprócz III i IV Symfonii najlepiej zapamiętałam wykonanie Chantefleurs et chantefables, zwłaszcza że miałam okazję rozmawiać z Lutosławskim na temat tej kompozycji. Zdziwiły mnie wówczas jego słowa, że tę muzykę nosił w sobie latami i latami szukał do niej tekstów. Na ogół jest przecież odwrotnie. Pamiętam również wrażenia po wysłuchaniu Trois poèmes d'Henri Michaux w Filharmonii Narodowej. Po wykonaniu tej muzyki, kiedy ktoś próbował coś do mnie powiedzieć, zareagowałam bardzo niegrzecznie, ponieważ byłam cały czas w świecie tych wspaniałych dźwięków, tak mi się ten utwór spodobał. Podziwiałam jego nieprawdopodobny spokój i harmonię. Kiedy zaś słucham IV Symfonii – chociaż wiem, że jest atonalna – brzmiała dla mnie tak, jakby była napisana w tonacji c-moll. To dzieło przejmujące.

 

Jak zapamiętała pani wspólne wyjazdy na koncerty?

Pamiętam cztery koncerty we Florencji. Kiedy przyszłam na pierwszą próbę, okazało się, że jest odwołana, ponieważ orkiestra zastrajkowała (powodem była zbyt niska temperatura w sali koncertowej, a to był grudzień).Wtedy wspólnie z Lutosławskim spacerowaliśmy po Florencji, zaglądaliśmy do małych restauracyjek na obiady i rozmawialiśmy. W czasie jednego z obiadów okazało się, że najważniejszy dla Witolda jest deser, zresztą skrupulatnie wybierany. Były to bezy z kremem mascarpone, a do tego pyszna kawa. Pamiętam, że wtedy agent Witolda Lutosławskiego bez porozumienia ze mną zamówił hotel blisko Galerii Uffizi. Kiedy weszłam do holu, zobaczyłam marmury, złocenia, potem niezwykle elegancki pokój. Przezornie zapytałam o cenę i następnego dnia przeniosłam się do innego hotelu. Ale przechowuję niezwykle elegancką, ozdobiona herbami papeterię. Jeździliśmy też razem do Stuttgartu. Pamiętam, że kiedy państwo Lutosławscy siadali w samolocie, zakładali bawełniane rękawiczki, po czym sięgali po prasę. Dziwili się, że ja się boję lotów i powtarzali, że o wiele więcej jest wypadków na ziemi niż w powietrzu.

 

O czym rozmawialiście?

O literaturze, matematyce, logice, na temat pianistów francuskich, na przykład Roberta Casadesus, którego Lutosławski bardzo cenił, a ja do dziś nie mogę zrozumieć dlaczego. Jego interpretacje nie trafiają mi do przekonania. Ale powtarzam, byłam onieśmielona i po prostu słuchałam tego, co kompozytor ma do powiedzenia. Zapamiętałam jego reakcję na pierwszą moją bachowską płytę. Są na niej między innymi II Suita angielska, Fantazja chromatyczna, Koncert włoski i na końcu, jakby na bis, transkrypcje. Zostawiłam ją Witoldowi. Zadzwonił do mnie (przechowuję do dziś nagranie z poczty głosowej), podziękował za płytę. Powiedział, że bardzo mu się podoba, ale radziłby, żeby nie łączyć oryginalnych kompozycji Bacha z transkrypcjami. W jego mniemaniu nie były to najlepsze kompozycje.

 

Oprócz Koncertu fortepianowego gra pani Sonatę fortepianową Lutosławskiego. Czy ten utwór stanowi wyzwanie dla pianisty?

Najwięcej problemów stwarza trzecia część, ponieważ jej forma przypomina nieco „rozlane” nokturny Faurégo. Bardzo ciekawa jest druga część, która zawiera dwa wątki. Jednym z nich jest recytatyw barokowy, a drugim – motyw impresjonistyczny. To jakby dwie różne postaci tej samej opery. Pracuję teraz nad tym dziełem, ponieważ będę miała kilka recitali, których program ułożyłam wokół sonaty. Będzie Bach, Chopin, Ravel, potem sonata Lutosławskiego, a w drugiej części Partita Szymańskiego, zaś na zakończenie jeszcze jeden utwór Bacha.

 

Pierwsza pani prezentacja Koncertu fortepianowego odbyła się pod batutą Jerzego Maksymiuka. Niedawno zakończyła pani nagranie tego dzieła, również pod jego dyrekcją. Minęło dwadzieścia parę lat. Jak zmienił się ten utwór w pani wykonaniu?

Zmienił się już wówczas, gdy przestałam go grać z kompozytorem. Potem, po odejściu Lutosławskiego, poszłam swoją drogą. Stosuję trochę inną artykulację, bardziej zróżnicowaną, bogatszą. Cały czas zastanawiam się nad formą ostatniej części. Szalenie cenię współpracę z Kazimierzem Kordem, ponieważ udaje mu się fantastycznie rozplanować tempo tej części i stworzyć zawsze wspaniałą kulminację. Gdy występuję z tym mistrzem batuty, zawsze czuję spokój, inspirację i mobilizację. Nie zdarzyło mi się, by po wykonaniu koncertu nie było gorącej owacji. Publiczność fantastycznie reaguje w każdej sali, czy to w małym miasteczku, czy w stołecznej filharmonii. Tak też było 24 lutego tego roku w Sankt Petersburgu, gdzie wykonałam Koncert fortepianowy Lutosławskiego z tamtejszą Akademicką Orkiestrą Symfoniczną pod batutą Felixa Korobova.

 

Rozmawiała Anna Skulska (Program 2 Polskiego Radia)

 

Ewa Pobłocka – pianistka i pedagog, profesor Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, laureatka I nagrody na Międzynarodowym Konkursie im. Giovanniego Battisty Viottiego w Vercelli (1977), Złotego Medalu na Międzynarodowym Festiwalu Młodych Laureatów w Bordeaux (1979) oraz V nagrody i nagrody Polskiego Radia za najlepsze wykonanie mazurków na X Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina (1980). Występowała m.in. w Herkules-Saal w Monachium, Musikhalle w Hamburgu, Auditorio Nacional w Madrycie, Barbican Centre i Wigmore Hall w Londynie, Musikverein w Wiedniu, Lincoln Centre w Nowym Jorku, Glenn Gould Studio w Toronto. Koncertowała m.in. z Orkiestrą Filharmonii Narodowej, London Symphony Orchestra, English Chamber Orchestra, Orchestra del Maggio Musicale Fiorentino, Sinfonią Varsovią. Wydała kilkadziesiąt płyt.