Autor: Michał Nowak
Wydanie: MWM 05/2013

Sceptyk pełen nadziei

Rozmwowa z Adamem Nowakiem
Article_more
Kiedyś słuchałem piosenkarzy, którzy zamartwiali się swoim życiem. To było dla mnie wówczas pociągające, bo myślę, że im człowiek ma mniej lat, tym wolniejszych utworów słucha. Potem zauważa, że czas szybko biegnie, więc grać również trzeba trochę szybciej, z większą witalnością. Któregoś dnia odkryłem więc, że kocham muzykę, która niesie siłę życiową.

Michał Nowak: Chciałbym porozmawiać jak Nowak z Nowakiem. Ale co to znaczy: „być Nowakiem”?
Adam Nowak
: To jest nazwisko maskujące. W samej Polsce jest nas około 230 tysięcy. Właściciele innych popularnych nazwisk tworzą grupy liczące mniej niż 100 tysięcy, więc w ogóle nie ma czego porównywać. „Nowak” brzmi tak lekko, że ktokolwiek mnie przedstawia, to natychmiast wpada w dobry nastrój. Czuję się z tym nazwiskiem anonimowy, co bardzo mi odpowiada. Można się za nim ukryć, co jest podobne do sytuacji górali z Hanką. Dzwoni telefon, ktoś podnosi słuchawkę i słyszy: „Cześć, mówi Hanka. Jest u Ciebie Hanka? Bo Hanka mówiła, że może być Hanka u Hanki”.

Ja często przewrotnie opowiadam o swoim nazwisku jako o utajonym szlachectwie. Pospolitość można by przecież uznać za swoiste zobowiązanie.
Jesteśmy wyróżnieni przez pospolitość. W czasach studenckich moja żona występowała w zespole Żeński Tercet Wyzwolony – Wkrótce Będą Nas Miliony. Tworzyły go trzy dziewczyny, które śpiewały różne śmieszne piosenki. I jak się mnie ktoś pyta, jak się czuję z nazwiskiem „Nowak”, to najczęściej odpowiadam, że wkrótce będą nas miliony.

Co może okazać się prawdą. Ale mamy rozmawiać o piosence. Czy śpiewanie wynika u pana z potrzeby?
Dwadzieścia trzy lata temu odpowiedziałbym na to pytanie zupełnie inaczej niż dzisiaj. Mnogość występów, wielość okazji, które nakazują korzystać z głosu, powodują, że jak najczęściej chciałoby się milczeć. Jednak podczas koncertu, w czasie prób, gdy zaczynam odczuwać, że dana piosenka wychodzi z każdej komórki mojego ciała, to bezwzględnie świat przestaje istnieć. Dawniej bardziej chciałem śpiewać, lubiłem śpiewać, choć kompletnie tego nie umiałem. Teraz nie umiem mniej i zaczynam odczuwać, że prawie każda dobrze skonstruowana piosenka jest jakąś opowieścią. Jeżeli pokornie przyjmie się, że człowiek jest nosicielem tej opowieści, to wystarczy użyczyć jej swojej barwy głosu. Nic więcej nie trzeba robić.

Wykonawca jest tylko instrumentem?
Nie, bo to by znaczyło, że odcina się od tego, co śpiewa. Chodzi mi raczej o stan, o którym kiedyś śpiewała Mercedes Sosa. Stan, w którym pieśń płynie przeze mnie. Żeby tak się stało, potrzeba otwartego serca, otwartej duszy i pełnej pokory w stosunku do tego, co się opowiada.

Piosenkarz jest zatem filtrem.
O ile musi coś odfiltrować, bo niektóre piosenki wystarczy tylko zaśpiewać. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że barwa głosu wynika ze sposobu życia, emocji, stosunku do własnego głosu. Człowiek, który nie umie śpiewać, zmuszony do śpiewania staje się bardziej nagi niż ktoś pozbawiony ubrania. W głosie wszystko słychać. Barwa piosenkarza naturszczyka (nie mówię tu o głosach kształconych) dopełnia opowieść, niesie ją, ale przede wszystkim powinna dopasować się do treści piosenki, do jej linii melodycznej, aranżacji. Dzięki temu każda piosenka może zabrzmieć inaczej. Od tysięcy lat mamy do dyspozycji dwanaście dźwięków wzbogaconych o ćwierćtony. Nie można wymyślić niczego innego. Jedyne, co odróżnia wykonawców, niezależnie od tego, czy mówimy o piosenkarzach, skrzypkach czy pianistach, jest ich indywidualna barwa. Ta wynika zaś z tego, kim jest dany artysta, czy w ogóle wie, kim jest, jak żyje, co chce opowiedzieć… Kryje się za nią całe jego życie.

 

 

 

 

 

W wypadku muzyki klasycznej wydaje mi się to bardziej skomplikowane. To nie jest tylko kwestia barwy. Pianista nie tylko gra określonym dźwiękiem, lecz także interpretuje, nadaje znaczenie wykonywanej muzyce.
O to mi właśnie chodzi. Barwa nadaje znaczenie. Jeżeli posadzimy dwóch pianistów przy tym samym fortepianie i każdy z nich zagra tę samą kompozycję, to będą to dwa różne utwory. To samo jest z piosenką, z tym, że głos jest najbardziej chimerycznym instrumentem. Jeśli człowiek się upije, nie dośpi, to po dwóch, trzech wieczorach koncertowania głos odmówi posłuszeństwa. Dla mnie barwa wynika z wnętrza, nie tylko ze strun głosowych. Jest to chyba nawet łatwiej dostrzegalne w wypadku głosów nieszkolonych, które na każdym koncercie brzmią inaczej.

Mówił pan o nagości osoby nieumiejącej śpiewać. Wydaje mi się, że można by to doświadczenie nagości rozszerzyć, że śpiewanie z zasady jest czynnością intymną. No, chyba że stworzy się maskę mnie-śpiewającego. A zatem: zawodowy piosenkarz obnaża się czy się nie obnaża?
Jeżeli mamy do czynienia z osobą, która chce śpiewać, którą ten głos niesie i która akceptuje swoje umiejętności wokalne (niezależnie od ich jakości), to śpiewanie może stać się dla niej zupełnie naturalną czynnością. Taką, jak picie kawy, oranie, zmywanie naczyń czy pasienie krów. Nie przypadkiem mówię tu o czynnościach codziennych, zwyczajnych, ponieważ dawniej krzątanina i śpiewanie stanowiły jedność. Śpiew towarzyszył niemal każdej powszedniej czynności. Ludzie nie zastanawiali się nad tym, czy jeśli zaśpiewają, to będzie dobrze, czy źle. Po prostu się śpiewało. Dzisiaj, żeby zaśpiewać, trzeba spełnić pewne warunki. Ruch „Śpiewać każdy może” nie miał złych intencji. W tym festyniarskim programie (nie myślę tylko o telewizji, lecz także o występach w domach kultury i w klubach studenckich) na estradzie spotykali się amatorzy z wykształconymi muzykami. Jeśli wygrywał amator, to dlatego, że był prawdziwszy, że jego opowieść była autentyczna. Warunkiem takiej naturalności jest jednak chęć śpiewania. Porównałbym to do sytuacji aktora, który rozbiera się w niezbędnych dla sztuki scenach. Podzielam pogląd, że wówczas jego nagie ciało jest kostiumem. Podobnie jest z głosem. Akceptuję swój głos tak, jak aktor akceptuje swoją nagość. Niezależnie od tego, czy głos albo ciało są piękne, czy nie. Dlatego osoba zmuszana do śpiewania zawsze jest zawstydzona. Mało tego. Im częściej ta sytuacja będzie się powtarzać, w tym większe wpadnie ona kompleksy. Mądrzy nauczyciele pozwalają śpiewać bez wystawiania ocen. Tymczasem my wszyscy nieustająco się oceniamy.

Nawet jeśli zgodzimy się, że śpiew był dawniej czymś naturalnym, to jednak wciąż był on niezwykłym rodzajem mowy. Czymś uroczystym, odświętnym, trudnym do porównania ze zwykłymi wypowiedziami.
Bezwzględnie. Istniały okoliczności, w których należało śpiewać. Praca w polu, pogrzeb, wesele. Okoliczność sugerowała potrzebę uświęcenia jej śpiewem. Mało tego – śpiew integrował. Wszyscy znali przecież te same pieśni i wiadomo było, że jak jeden podejmie, to reszta go wspomoże.

Jak to się ma do piosenki wykonywanej na scenie, na estradzie czy w innych – czasem dość niezwykłych – miejscach? Czy piosenka jest w stanie unieść wszystkie tematy? Czy może zmierzyć się na przykład ze śmiercią, ze złem?
Dobre pytanie, bo przecież od tysięcy lat ze złem mierzą się filozofowie. I im bardziej próbują je zdefiniować, tym bardziej się ono wymyka. Istnieje jednak to usiłowanie. Myślę, że piosenka nie uniesie ani miłości, ani wiary, ani nadziei, ani zła, ani dobra. Jednak należy usiłować. Te fragmenty, w których poeci, kompozytorzy, piosenkarze i inni ludzie (również spoza świata sztuki) próbują zdefiniować na przykład zło, w jakimś sensie łączą się ze sobą. Dzięki takim działaniom kolejne pokolenia mogą łatwiej zrozumieć niebezpieczeństwa związane ze złem. Przypomina to sytuację naukowca, który nie jest w stanie odkryć całej prawdy w swojej dziedzinie. Jeżeli jest uczciwy w tym, co robi, to jego usiłowania muszą doprowadzić go do pokory. Nie jest w stanie dowiedzieć się wszystkiego, ale dowie się trochę. Jeżeli poskładamy te „trochę”, gromadzone przez ludzi od tysięcy lat, to znajdziemy się w naszym stanie wiedzy. To nie jest zła wiedza. Problem w tym, jak ją wykorzystujemy.

Ponieważ wszystko w świecie podlega rozmaitym wpływom, to chcąc odkryć wszystko w jednej – nawet bardzo wąskiej – dziedzinie, trzeba by opisać wszystko w ogóle. Wracając do piosenki. Czy jest ona takim „trochę”? Poprzestaje na małym, wyzbywając się ambicji?
Piosenka jest sztuką mniejszą. Obarczona treściami, które dźwigają wielkie formy muzyczne, traci swój powab. Zbanalizowanej – brakuje z kolei uroku. Piosenka jest takim cudownym języczkiem u wagi między sztuką większą a banałem. Skłania do poszukiwania proporcji. Bardzo trudno jest zawrzeć ciekawą historię w utworze, który trwa trzy minuty. Nie chcę wchodzić w statystykę, ale uwaga słuchaczy, jeżeli chodzi o piosenkę, kończy się najczęściej właśnie po trzech minutach. Dowodzi tego historia muzyki rozrywkowej. Problem polega na tym, jak w tym wszystkim zawrzeć ważną treść, dramaturgię, bo właściwie piosenka jest takim bardzo przewidywalnym narzędziem porozumiewania się. Dwie-trzy zwrotki i refren, jeden-dwa refreny, bez refrenu, same refreny – forma z jednej strony jest ograniczona, z drugiej – daje dużo możliwości. Poszukiwania formalne mogą jednak zapędzić w formalizm. Jeżeli zaś o formę się nie dba, to naturalizm wykonawczy może odstraszyć słuchaczy. Mimo że piosenka jest sztuką mniejszą, czasem wiele może. Pięknym przykładem jest Polska miłość Wojciecha Młynarskiego. Stanisław Dygat powiedział o niej autorowi, że potrzebowałby całej książki, żeby opisać to, co Młynarski zmieścił w trzech zwrotkach! Piosenka o inklinacjach poetyckich potrafi wydrapać dziurę w ludzkim sercu.

Nie brakuje panu w piosence czasu i przestrzeni? Bo gdyby porównać ją do opery, to rzuca się w oczy skrótowość, natychmiastowość. W operze stany emocjonalne, rozterki, dylematy rozciągają się w czasie. Można je analizować z wielu stron, można dać się przez nie unieść. W piosence porywa raczej tempo.
To zależy. Są utwory, które trwają osiem minut i żałujemy, że się skończyły. A wcale nie mają tempa, które nas zwala z nóg. Moim ulubionym przykładem dobrze skonstruowanej piosenki jest Jezu jak się cieszę Lecha Janerki. Ma idealne proporcje. Szereg zmian udało się tu zmieścić w utworze trwającym nieco ponad dwie minuty. Jak się usłyszy atrakcyjną piosenkę, to chciałoby się, żeby trwała ona cały czas. Ponieważ trwa tylko trzy minuty, to szybko do niej wracamy. Raz, drugi, dziesiąty, setny i zostaje nam w głowie tzw. evergreen.

Którego po 151. słuchaniu mamy już dość.
Wszystko się nudzi.

Ale to znudzenie nie jest nieodwołalne. Trzeba po prostu odpocząć od danej piosenki.
Tak. Są piosenki bardzo intensywne, które mocno na nas oddziałują. Myślę, że należy je dozować. Nie wolno piosenki, która jest o czymś ważnym, która dotyka istotnych problemów, słuchać przy praniu czy sprzątaniu. Do gęstszej sztuki trzeba być wypoczętym, mieć czas i wolny umysł. To dzisiaj spory problem. Obecnie powstaje bardzo dużo ważnych, ciekawych rzeczy, ale odbiorca nie ma na nie czasu. Przepadają przez to ważne zdarzenia kulturalne.

Inna sprawa, że można czuć się przytłoczonym wielością propozycji.
Być może jako społeczeństwo nie jesteśmy do tego mentalnie przygotowani, bo przez czterdzieści pięć lat mieliśmy sporo czasu. Z tym poczuciem byliśmy wychowywani. Mnóstwo osób podkreśla, że w PRL-u mieliśmy czas na spotykanie się, na rozmowę. Dzisiaj nie ma na to szans, o ile nie zrezygnuje się z dążenia do posiadania kolejnych dóbr materialnych. To kwestia wyboru. Myślę, że te dwie postawy można w jakiś sposób pogodzić, trzeba tylko zadać sobie pytanie: „Jak chcę żyć? Jakie są moje wzorce?”. Czy chcę być szefem korporacji, co wymaga przejścia przez kolejne szczeble kariery, czy dyrygentem, który zresztą też nie ma zbyt wiele czasu. Sam nie mam go w nadmiarze, tym bardziej że staram się godzić role rodzica, wykonawcy, twórcy piosenek i szereg innych. Tyle tylko, że sam się na to zdecydowałem. Gdyby ktoś kazał mi to robić, nigdy bym tego nie zniósł. To jest mój wybór, tak chciałem żyć. W związku z tym tak organizuję sobie czas, żeby móc pokazać synowi teatr telewizji, żeby go nim zaciekawić, a jednocześnie zainteresować się tym, co on ogląda. Niezwykle ważne jest poszukiwanie wspólnej drogi, znajdowanie czasu na rozmowę o tym, co dla każdego z nas istotne, analizowanie, dlaczego podoba nam się właśnie to, a nie co innego.

To, o czym pan mówi, dotyczy relacji z bliskimi osobami. Wracając jednak do słuchaczy intensywnych piosenek. Idealny ich przedstawiciel musiałby zgodnie z pańskimi słowami nie tylko posiadać pewną wiedzę, lecz przede wszystkim gotowość do maksymalnego zaangażowania w to, co niesie ze sobą piosenka.
Dlatego jestem wdzięczny słuchaczom, którzy wykazują taką gotowość. Nawet jeżeli śpiewam piosenkę, która nie jest dla nich wygodna, nie wprawia w dobry nastrój. Wiem jednak, że muszę ich zaciekawić. Chcę ich zaciekawić, ale nie na siłę. Uważam, że widz ma prawo do wszelkich reakcji: od ziewania do tańczenia. Jak publiczność sobie radzi z tym między sobą, to jest już inna sprawa. Wszystko w jakiś cudowny sposób spaja to, że gramy. Nie wiem dokładnie, na czym to polega, bo nigdy nie interesowały mnie techniki manipulacji, dzięki którym można by w taki, a nie inny sposób zagospodarować ludziom czas i przestrzeń, wzmóc ich zainteresowanie. W pewnym sensie ideałem jest występ czysto komercyjny. Ludzie kupują bilety, bo wiedzą, że chcą posłuchać konkretnego artysty. To jest ich autonomiczna decyzja, świadcząca o zaciekawieniu. Mimo że znają piosenki, wybierają się na koncert czasem po raz setny (znamy takie przypadki z naszej działalności). Przychodzą do nas po koncercie i mówią, że każdy występ jest inny. Myślę, że ważne jest, żeby dokonywać zmian. Czasem występuję z koleżankami albo z kolegami z branży i słyszę, że od dwudziestu pięciu lat grają utwór dokładnie w ten sam sposób, w tej samej tonacji. Mimo że męski głos z wiekiem się obniża. Ta dramatyczna chęć zatrzymania czasu w tonacji jest smutna.

Dotknął pan w ten sposób egzystencjalnego wymiaru działalności koncertowej. Piosenkarz obserwuje w swoim głosie przemijanie.
Jak najbardziej. Jeśli kiedyś śpiewało się piosenkę w tonacji wyższej, sięgając szczytów swoich możliwości, a dziś już się to nie udaje, trzeba przenieść się do tonacji niższej. Nie ma w tym niczego złego. W sztuce wszystko wolno. Nie ma w niej ograniczeń. Ograniczenia są w życiu. Trudność polega na wyraźnym oddzieleniu tych dwóch światów. Bardzo cenię tych, którzy to potrafią. Często są to niezwykli ludzie. Poświęcają się najuczciwiej – całym ciałem, sercem i umysłem – temu, co według nich ma poszerzyć rozumienie sztuki. Wgłębiają się w ludzkie życie, by ukazać je jeszcze bardziej dojmująco. Jeżeli jednak chce się normalnie, harmonijne funkcjonować, to trzeba mieć świadomość tego, że wszystko wolno w sztuce, a w życiu nie.

To wgłębianie się całym ciałem, sercem i umysłem nie może pozostać bez wpływu na życie twórcy, mimo tego rozdzielenia, o którym pan mówił.
Oczywiście, te dwie sfery się przenikają. Jednak po moich doświadczeniach i życiowych, i w sferze sztuki mniejszej, czyli piosenki, uważam, że nie wolno nikomu czegokolwiek zakazywać w dziedzinie sztuki. Świetnym przykładem są tu dzieci. Same nigdy się nie skrzywdzą. Szkodę mogą im wyrządzić jedynie okoliczności, w jakich się znajdą, bo są to okoliczności dorosłych. Jeżeli jednak zorganizujemy dziecku przestrzeń w taki sposób, żeby nie mogło się skrzywdzić, to nie cofnie się ono w sztuce przed niczym. Jeżeli coś maluje, to łącznie z samym sobą. To jest ten radykalizm, często niedostrzegany przez dorosłych. Dorosły chce jeszcze głębiej, jeszcze dosadniej, żeby bardziej bolało. W ten sposób ludzie przekraczają granice. Jeśli jest im to potrzebne, to jest to ich wybór. Natomiast jeżeli próbują zrzucić z siebie odpowiedzialność za krzywdzenie odbiorców, to ja się sprzeciwiam. A skoro mowa o odbiorcach, to są oni na wagę złota. Bo ani nie jestem wirtuozem instrumentu, ani nie jestem kształconym piosenkarzem. Jestem samoukiem, który nauczył się pisać słowa piosenek. A spotkała mnie nagroda w postaci zainteresowania publiczności.

Nie rozmawialiśmy jeszcze o muzyce w piosenkach. Jaką rolę ona spełnia – czy jest takim wabikiem kuszącym do zainteresowania tekstem?
To zależy od tego kto, co i w jaki sposób chce opowiedzieć. Ludzie, którzy jednocześnie komponują, piszą teksty i śpiewają (nie jest ich zbyt wielu), doświadczają, że w różnych okresach życia co innego w tym trójkącie bierze górę. Czasem z łatwością przychodzi pisanie tekstów. Czasami człowiek odczuwa w sobie taką ilość siły życiowej, że śpiewa z niezwykłą lekkością. Niekiedy zaś to komponowanie jest najciekawszą częścią konstruowania piosenki. Rzadko się zdarza, żeby wszystkie trzy elementy zagrały naraz. To prawdziwy cud. Zdarzyło mi się kilka takich piosenek, ale nie potrafię powiedzieć, z czego to wynika. Nie kojarzę tego ani z weną, choć wenę uwielbiam, ani z taką cykliczną, uporczywą pracą, którą również lubię. Myślę, że jeżeli chcemy opowiedzieć ludziom historię, jesteśmy uczciwi w tym co i w jaki sposób robimy, a także umiemy opowiadać, to dostaniemy takie piosenki. One się pojawią, bo służą jakiemuś dobru. Muzyka jest drogą do piękna. Poezja również. To nie są pomniki. Są piękne, ponieważ nie można ich uchwycić. Można wydrukować tekst, ale nie można wydrukować przeżycia. Można wielokrotnie powtórzyć kompozycję, ale i tak będziemy mieli do czynienia z czymś, co nie istnieje. Nawet jeżeli słuchamy muzyka grającego „na żywo”. Wzruszamy się, przeżywamy to, co gra, ale cały czas nie możemy tego dotknąć. Dzieje się coś niezwykle tajemniczego i ta tajemnica jest piękna. Ile milionów ludzi Wojciech Młynarski rozśmieszył swoimi piosenkami? Ile milionów potrafiła z niezwykłą lekkością uratować od dramatu Agnieszka Osiecka? Ona miała wyjątkowy dar socjologicznego patrzenia na ludzkie schematy i ubierania tego w prostą formę poetycką.

Może po prostu najlepsze piosenki dotykają spraw fundamentalnych? Czegoś, co dotyczy wszystkich ludzi?
Czegoś pierwotnego w nas?

Niekoniecznie.
To by oznaczało, że wykonując utwór, w jakiś przedziwny sposób powinniśmy się cofać, wędrować w czasie. Bo jeżeli piosenka ma oddziaływać na to, co jest w człowieku pierwotne, to znaczy, że musimy podróżować w czasie.

Myślę raczej o podróży w głąb. O docieraniu do fundamentów, które stoją za ludzkimi decyzjami.
Zastanawiam się, czy jest to aż tak głębokie. Bardzo lubię opowieści typu: „Podczas naszego pierwszego pocałunku usłyszeliśmy taką a taką piosenkę w radiu. Ta piosenka towarzyszy nam już od trzydziestu lat”. Wolę tego typu myślenie, bo jest w tym jakaś wspólnota. Coś, co nie istnieje, towarzyszy ludziom od trzydziestu lat!

Kłopot jednak w tym, że prawdopodobnie nie ma to nic wspólnego z sensem tej piosenki.
Zgadza się. Treść piosenki nie musi być związana z przeżyciem. Pytanie, czy piosenka, która wynikła z wewnętrznego przymusu, z potrzeby opisania kłopotu, z niezgody na coś, będzie miała wpływ na zdarzenia, czy będzie je tylko uzupełniała? Piosenki nie mają być odpowiedzialne za ludzkie losy. W przeciwnym wypadku można by oskarżyć twórcę o to, że spowodował samobójstwo kogoś, kto postanowił się zabić w trakcie słuchania jakiegoś utworu.

Kiedy mówię o oddziaływaniu piosenki, nie mam na myśli tego, że pod jej wpływem słuchacz kopiuje decyzję autora czy upodabnia swoją wizję świata do jego. Odbiorca zadaje sobie raczej pewne pytania, zastanawia się, dlaczego działa w ten, a nie inny sposób. Na tym zasadzałaby się cała moc piosenki.
Ludzie, którzy słuchają piosenek, mówią, że może to tak działać. Są dwa utwory, które zajmują szczególną pozycję w naszym życiu estradowym, które oddziałują inaczej niż nasze pozostałe piosenki. Jest to po pierwsze Trudno nie wierzyć w nic, piosenka, którą napisałem w odpowiednim czasie, ale zaśpiewałem za wcześnie. Powinienem ją wykonać dopiero za dwadzieścia lat, o ile bym dożył. Bo jest to bilans czterdziestolatka, którego nie zrobiłem. W ogóle nie zauważyłem, że minęło czterdzieści lat mojego życia. Żartobliwie mówiąc, zrobiłem medyczny bilans czterdziestolatka w wieku lat pięćdziesięciu. Nie wiem, czy Trudno nie wierzyć w nic zmienia ludzkie losy, ale spowodowało jakąś refleksję.

O tym właśnie mówię. Dobra piosenka nie popycha do zmiany, tylko stawia pytanie lub pytania.
Drugim takim utworem jest piosenka Już. Nie wiem skąd, ale wiedziałem, że któregoś dnia będę musiał napisać piosenkę zawierającą coś absolutnie intymnego. Przyszła do mnie ta piosenka po śmierci mojego taty, ale nie od razu. Zdałem sobie sprawę, że jest to okoliczność, w której nie mogę niczego nie napisać. Potrzebowałem dwóch lat, żeby znaleźć próbę języka, pozwalającego opowiedzieć o tym, co w tej sytuacji było dla mnie najprawdziwsze. Nie umiem opisać umierania najbliższej osoby. Nie mam takiego daru. Być może są poeci albo inni artyści, którzy to potrafią. Nie umiem również opowiedzieć o swoich uczuciach związanych z tym odchodzeniem, bo nie umiem opisać swojego żalu. Zastanawiałem się więc, jak opisać zdarzenie, którego opisać nie umiem, a które opisać muszę. Język tego opisu musiał zachować intymność, nie zdradzić tajemnic ostatniego spotkania, a jednocześnie stanowić wartość dla innych. Pomocne okazały się audycje w radiowej Dwójce, zawierające opowieści różnych ludzi na temat tego, do czego dawniej służyła piosenka. Dzięki tym audycjom zrozumiałem, że muzycy ludowi nie boją się śpiewać o najważniejszych rzeczach. Zdałem sobie sprawę, że tylko język zakorzeniony w kulturze ludowej uniesie moją opowieść. W poezji nie znalazłem takiego języka. Są wprawdzie Treny Kochanowskiego, ale to nie ta relacja! Już po napisaniu piosenki uświadomiłem sobie, że zmieściłem się w ramach czasowych ostatnich chwil, które trwały od wieczora do rana. Wszystko opisało się samo w momencie, gdy przestałem pisać piosenkę, a zająłem się próbą ujęcia ostatniego spotkania. Kiedy skończyłem, odczułem ulgę. Opisałem moje odczucia, zawierając również w wielkim skrócie życiorys. Zaczynam przecież od „Już nie powiesz »dobrych snów«”. Tych słów nie mówi dorosły mężczyzna do swojego ojca, bo ojciec dorosłego mężczyzny nie wchodzi do jego pokoju przed snem, życząc mu dobrej nocy. To się robi tylko w stosunku do dziecka. Piosenka zawiera więc tajemniczą chronologię, która ułożyła się sama.

W czym tkwi ta siła języka kultury ludowej? W obiektywizacji doświadczenia?
Inspiracja płynąca z kultury ludowej polegała na tym, że mogę się odważyć opisać swoje doświadczenie. Musiałem tylko odnaleźć w sobie najprawdziwsze uczucia, które towarzyszyły mi i nadal towarzyszą w związku z odejściem taty. W przeciwieństwie do bohaterów filmu 33 sceny z życia Małgorzaty Szumowskiej wiedziałem, co mam zrobić. Nie było żadnego problemu w tym, żeby zrobić wigilię w szpitalu. Słowa Jeśli spotkasz tych / Których znałeś idź odnoszą się do sytuacji, w których ludzie znajdujący się blisko śmierci widzą krewnych – tych, którzy są po drugiej stronie. Nie mogąc odczuć tego, co mój tata, który opowiadał, że widział tych ludzi, że rozmawiał z nimi, musiałem użyć słowa „jeśli”. Ta piosenka jest skonstruowana z banalnych słów, ale po latach myślę, że raczej byłem świadkiem jej zapisu niż twórcą. Nie uważam się przy tym za narzędzie, przez które coś przenika i nie uwalniam się od odpowiedzialności, bo to jest moja historia.

Rozumiem, że w tym wypadku najpierw powstał tekst, a dopiero potem muzyka.
Tak.

A przecież muzyka zmienia sens, nie zostawia tekstu takiego, jakim był bez niej.
Bezwzględnie. Chociaż… zaraz… przypomniałem sobie, że pierwsza była kompozycja. Tekst dostosowywałem do wymogów linii melodycznej. Do dziś zresztą szukam nowej aranżacji dla tej piosenki. Chciałbym znaleźć coś jeszcze bliższego tekstowi. Obecna aranżacja jest atrakcyjna dla słuchacza. Opiera się na napięciu między opowieścią o śmierci a stylizacją na muzykę reggae, która jest afirmacją życia. Można to oczywiście pogodzić, ponieważ wierzę, że śmierć może być początkiem nowego życia. Również w tym sensie, że wszyscy podlegamy wymianie. Każdy musi umrzeć, żeby mógł narodzić się ktoś inny. Od tego nie ma ucieczki. Wracając do pytania – muzyka w oczywisty sposób wpływa na sens piosenki. Ale nie rozmawialiśmy jeszcze o tym, z czego piosenka się składa. Moim zdaniem z linii melodycznej, tekstu, rytmu i aranżacji. Śpiewający aktorzy wierzą, że również z interpretacji. Stawiam jednak głowę, że im ważniejsza interpretacja dramatyczno-aktorska, tym bardziej traci na tym piosenka.

To naprowadza mnie na ostatnie pytanie. Mówił pan o wymienności ludzi, ale czy na pewno śpiewak jest do zastąpienia? Jeśli tak, to najważniejsza byłaby estrada – jeden na nią wchodzi, drugi ją opuszcza. A może jednak po śpiewaku pozostaje „szara naga jama”?
Oczywiście, że pozostaje. Świadczą o tym nagrane głosy. Ta możliwość, którą dysponujemy od ponad stu lat, opiera się nie tylko na sentymencie. Dokumentuje również, że na świecie żył taki, a nie inny, i że miał w sobie coś, co przetrwało. Słuchałem kiedyś w Dwójce audycji, w której najpierw przedstawiono arię w wykonaniu Pavarottiego, a potem kandydatów do zajęcia jego miejsca. Żaden nie wytrzymał porównania. Chodzi o podstawowe różnice: w sile głosu, intonacji, łatwości śpiewania itd. Jeszcze przez jakiś czas nie będzie takiego koloru i takiej siły głosu, jaką miał Pavarotti. Wiem, jak brzmią inne tenory, ale on brzmiał najlepiej, a ja chcę słuchać najlepszego. W Pavarottim była radość życia wynikająca ze śpiewania i radość śpiewania wynikająca z życia.

Wyobrażam sobie, że Pavarotti musi być panu szczególnie bliski, bo pańskie piosenki również wyrastają z afirmacji życia.
Ja jestem sceptykiem pełnym nadziei. Kiedyś słuchałem piosenkarzy, którzy zamartwiali się swoim życiem. To było dla mnie wówczas pociągające, bo myślę, że im człowiek ma mniej lat, tym wolniejszych utworów słucha. Potem zauważa, że czas szybko biegnie, więc grać również trzeba trochę szybciej, z większą witalnością. Któregoś dnia odkryłem więc, że kocham muzykę, która niesie siłę życiową. Nie mam na myśli muzyki głośnej, tylko taką, która powoduje, że ludzie coś dostają. Ponieważ ja to dostałem, to mam obowiązek przekazania tego dalej. Nie wiem, czy potrafię kogoś nauczyć śpiewać, ale wiem, że mogę mu podarować siłę życiową. I tyle. Na tym kończy się moja rola.

 

Rozmawiał Michał Nowak (Program 2 Polskiego Radia)

Adam Nowak – lider, twórca większości tekstów, gitarzysta i wokalista zespołu Raz, Dwa, Trzy. Absolwent technikum gastronomicznego, były kelner i sprzedawca dżinsów. Mąż, ojciec czworga dzieci.