Wydanie: MWM 05/2013

Ahmet i koty

Article_more
Taksówka zaledwie kilka minut pędzi autostradą wiodącą wzdłuż wysadzanego palmami nabrzeża, by niespodziewanie zostawić za sobą Morze Egejskie i zniknąć wśród wąskich uliczek Izmiru. To jedyny sposób, by uniknąć korków. Turecka metropolia, wyrosła na fundamentach starożytnej Smyrny, tętni życiem przez całą dobę, wszędzie jest głośno, gwarno i widno od kolorowych szyldów i reklam. Budynki, które zręcznie mijamy, są niewątpliwie dowodem na niemałą, chwilami brawurową fantazję architektów i murarzy. Ktoś nadmiernie przywiązany do europejskich norm mógłby je uznać za modelowe przykłady samowoli budowlanej. W końcu taksówka zatrzymuje się przed sklepem rybnym. Na ladzie wyścielonej lodem w równych rzędach leżą świeże owoce morza. Przed ladą, na grubym kraciastym kocu półsiedzą senne, spasione koty. Taksówkarz instruuje, żeby koty minąć, iść w lewo, po schodkach do góry – bo to najkrótsza droga do Ahmet Adnan Saygun Sanat Merkezi, czyli Centrum Sztuki im. Ahmeta Adnana Sayguna w Izmirze.

Bryła budynku Centrum zdecydowanie odcina się od otoczenia. Wśród orientalnego przepychu zaskakuje geometryczną prostotą i czystością formy. Zdaje się być dziełem architekta, który postanowił powrócić do najbardziej podstawowych figur i brył, koła i kwadratu, sześcianu i walca. Po schodach wspinam się na przestronny taras, będący istotnym przystankiem na drodze do sali koncertowej. Okala go wysoki mur. Z boku po lewej stronie ustawiono pomnik – oto potężny maestro Saygun, unoszący obie ręce w kapłańskim geście dyrygenta. Jak utrzymują zaprzyjaźnieni stambulscy muzykolodzy, to największy kompozytor turecki dwudziestego wieku.

 

Ahmet Adnan Saygun urodził się w Izmirze w 1907 roku. Gdy dorastał, ojciec podarował mu fortepian, jednocześnie zachęcając go, by pomyślał o zdobyciu zawodu bardziej intratnego i pewnego niż profesja muzyka. Przyszły kompozytor tylko częściowo uległ namowom ojca, pracował bowiem jako nauczyciel i tłumacz artykułów z dziedziny muzyki.




W 1928 roku zdobył stypendium rządowe, które umożliwiło mu podjęcie studiów w Konserwatorium Paryskim. W stolicy Francji Saygun zgłębia europejskie tradycje muzyczne, co – już po powrocie do Turcji – pozwoli mu sprostać wymaganiom westernizującego kraj Mustafy Kemala Atatürka. Właśnie na jego zamówienie pisze w 1934 roku swoją pierwszą operę zatytułowaną Özsoy, której wykonanie ma uświetnić oficjalną wizytę szacha Persji w Turcji. Kilka lat później, w 1939 roku, Saygun zostaje mianowany inspektorem halkevleri, czyli programu krzewienia oświaty i kultury we wciąż pełnym różnic cywilizacyjnych państwie tureckim. Do jego obowiązków należy między innymi podróżowanie po całym kraju, dzięki czemu kompozytor – będący jednocześnie zapalonym etnomuzykologiem – może prowadzić zakrojone na szeroką skalę badania terenowe nad ludowymi tradycjami muzycznymi poszczególnych regionów. Zdobytą w ten sposób wiedzę Saygun wykorzystuje potem w swoich kompozycjach, łącząc rodzimy folklor z europejskim idiomem neoklasycznym. Umiera w 1991 roku w wieku osiemdziesięciu czterech lat. Muzykolodzy zaliczają go do tureckiej „grupy pięciu”, nazywanej też na Bosforem „turecką potężną gromadką”. Obok Sayguna należą do niej Ulvi Cemal Erkin, Cemal Reşit Rey, Hasan Ferit Alnar oraz Necil Kazım Akses. Ich dzieła regularnie wykonuje się w przepięknej sali zbudowanego niedawno izmirskiego Centrum Sztuki.

 

Wszystko wciąż pachnie tu świeżością. Na niższym poziomie znajduje się sala kameralna, obok której przewidziano miejsce na wystawy. Górne piętro niemal w całości zajmuje duża sala koncertowa na 1225 miejsc. Jej wnętrze wyłożono przyciętymi starannie w drobne prostokąty kawałkami ciemnego drewna, które zapewniają wspaniałą akustykę, ta przyciąga zaś najwybitniejszych artystów z całego świata, z Filharmonikami Nowojorskimi włącznie. Ja miałem okazję słuchać w tej sali występu polskich jazzmanów – tria Marcina Wasilewskiego.

 

Po koncercie zatrzymałem się jeszcze raz przed strzegącym wejścia pomnikiem Ahmeta Adnana Sayguna. Wokół jego nóg harcowały koty, już po poobiedniej drzemce. Najodważniejszy z nich, rudy z białą kitą, bezskutecznie usiłował wskoczyć na rękę dyrygującego kompozytora. Z oddali dochodziły zaś dźwięki tradycyjnej egejskiej melodii w wersji dyskotekowej. To mój taksówkarz przy otwartych oknach relaksował się przed kolejnym kursem.

 

Aleksander Laskowski