Wydanie: MWM 05/2013

Italo jazz

Article_more
Z siłą wizerunku nie da się wygrać. W początkach swojej kariery zdolny pianista Romano Mussolini, syn Benita Mussoliniego, z niechęcią używał prawdziwego nazwiska i występował na scenie najczęściej jako Romano Full. Mimo to każdy wiedział, kim jest ów grający w stylu Oscara Petersona muzyk, a z czasem sam Romano przekonał się, że zainteresowanie nazwiskiem niesławnego ojca może obrócić na swoją korzyść. Do późnej śmierci pianista cieszył się więc umiarkowaną (i nie w pełni przez siebie wypracowaną) sławą, co można uznać za swoisty chichot historii – Benito Mussolini jazzu nie lubił i go tępił.

Czy to wina groteskowego dyktatora i jego antyamerykańskiej polityki kulturalnej, że włoski jazz doczekał się wybitnych postaci dopiero trzydzieści lat po wojnie? Chyba jednak nie, bo dzięki włoskiemu il miracolo economico lat 50. gospodarka kraju rozkwitała szybciej, niż się tego spodziewano, a wraz z nią – kultura i jazz. Wykorzystując niezwykłą popularność gatunku, prężny przemysł nagraniowy (m.in. włoski odpowiednik serii Polish Jazz – cykl Jazz in Italy wydawany przez oficynę Cetra) produkował dziesiątki nagrań – niestety, najczęściej bardzo przeciętnych.

 

Jeśli w tej zamierzchłej historii włoskiego jazzu tkwią jednak jakieś ukryte perły, to nie znają ich nawet sami Włosi. Jedyna chyba rozpoznawalna na całym świecie ikona włoskiego jazzu, trębacz Enrico Rava twierdzi, że zaczynając pod koniec lat 50., był muzyczną sierotą i aż do końca lat 60. poziom lokalnej sceny był bardzo słaby. Zamiast terminować u któregoś z włoskich mistrzów (jak u nas Stańko z Namysłowskim w zespole Komedy), młody Enrico nosił trąbkę za Chetem Bakerem. Kiedy jednak przełom jakościowy wreszcie nastąpił, dziwnym trafem pozycja Włoch w europejskiej hierarchii wcale nie uległa zmianie.




Dlaczego do jazzowych legend przeszły wizyty Milesa Davisa w Paryżu czy przeprowadzka Dextera Gordona do Kopenhagi, a nie podróże amerykańskich jazzmanów do Włoch? A przecież przyjeżdżali tu równie chętnie, koncertowali, nagrywali i – niekiedy – zostawali na dłużej. Nawet dziś we Włoszech mieszkają takie sławy jak Miroslav Vitous, Ralph Towner, Trilok Gurtu czy Steve Grossman. Rzym jednak nigdy nie stał się jazzową stolicą Europy; jeśli kiedykolwiek był blisko osiągnięcia tego statusu, to przez krótką chwilę w latach 60., kiedy mieszkali tam Steve Lacy i Gato Barbieri, tworzący z ludźmi pokroju Bernardo Bertolucciego barwną bohemę artystyczną.

 

Niestety tego, co najmocniej kształtuje ludzką pamięć w przypadku muzyki – czyli nagrań – nie zostało po tym złotym okresie wiele. Wytwórnia Horo, która w latach 70. wydawała znakomite koncerty i studyjne nagrania Johnny’ego Griffina czy Gila Evansa, szybko przestała istnieć, a jej dorobek nie został poza wyjątkami wznowiony. Nie powtórzyła tym samym podwójnego sukcesu duńskiej SteepleChase, która swą pozycję zbudowała, publikując koncerty amerykańskich gwiazd z lokalnymi sekcjami w Café Montmartre, przy okazji budując image Kopenhagi jako miasta jazzu. Pewnie też z tego powodu legendarne dla Włochów kluby – Music Inn, Alexanderplatz czy Folk Studio – nie zdołały zapisać się na kartach historii jazzu europejskiego.

 

Jednak mimo pewnej tymczasowości wszelkich wydawniczych przedsięwzięć Włosi zbudowali być może najsilniejszą po niemieckiej fonografię jazzową – oprócz Horo z jej imponującym katalogiem istniała przecież Red Records (nazywana europejskim Blue Note), a przede wszystkim wybitne, bliźniacze oficyny Black Saint i Soul Note, dla których całe rzesze niedocenianych przez rodzime wydawnictwa Amerykanów dokonało swoich najlepszych nagrań (Henry Threadgill, George Russell czy David Murray). Prawdopodobnie poza ECM-em Manfreda Eichera nie istniały europejskie wytwórnie, które miałyby tak duży wpływ na światowy jazz, jak włoskie bliźniaczki z Mediolanu. Nieco później pojawił się również lekko awangardowy Splasc(h), nieco bardziej lokalne Via Veneto Jazz i Casa del Jazz, a wreszcie prężny Cam Jazz.

 

Do tego dodajmy kilkadziesiąt (to pokłosie zdecentralizowanego modelu włoskiej kultury i silnych regionalizmów) prężnych festiwali jazzowych, na czele z najsłynniejszym – Umbria Jazz w Perugii. Czy to nie wystarczy, by ocenić włoski jazz jako jeden z najsilniejszych w Europie?

 

Z siłą wizerunku nie da się jednak wygrać. Podobno Włosi nie mają do jazzu zacięcia, w szczególności do awangardy (która miała być domeną Niemców i Anglików). Jednak to Giorgio Gaslini nagrał utwór będący prawdopodobnie pierwszym w historii (udanym!) połączeniem serializmu i jazzu (Tempo e Relazione z 1957 roku). W latach 60. i 70. działała z kolei pod wodzą kompozytora Franco Evangelisti Gruppo di Improvvisazione Nuova Consonanza (w której składzie pojawiali się m.in. Frederic Rzewski i Ennio Morricone). Doniosłość eksperymentów tego zespołu w poszukiwaniu niejazzowych sposobów improwizowania uznawał sam współtwórca swobodnej improwizacji, Evan Parker. Italian Instabile Orchestra może i jest jak włoski rząd niestabilna personalnie, ale jako całość trwa dzielnie od dwudziestu trzech lat – długo, jak na z gruntu awangardową formację.

 

Podobno charakterystyczną cechą włoskiego jazzu jest też wdzięk, radość i zabawa. Łatwo w to uwierzyć, chłodny przegląd sugeruje jednak, że choć być może włoski jazz jest odrobinę raźniejszy, lżejszy i ma w sobie ciut więcej poczucia humoru od niemieckiego czy skandynawskiego, to na pewno nie może konkurować z absurdalnym humorem muzycznym z Wielkiej Brytanii ani z wygłupami Holendrów w stylu Hana Benninka.

 

Ot, zdarzają się mniej lub bardziej bezpośrednie nawiązania do commedia dell’arte u Gianluigiego Trovesiego (Dance for a Fat Arlecchino) czy w scenicznej swobodzie Pino Minafry. Może gwałtowność zwrotów akcji i dezynwolturę w zestawianiu dość odległych od siebie estetyk (utwory Stinga połączone z piosenkami Red Hot Chili Peppers, przechodzące w standard jazzowy i zakończone swobodną improwizacją) w muzyce najbardziej niedocenionego tria fortepianowego ostatnich kilkunastu lat, grupy Doctor 3, można uznać za zabawne. Czy jednak agresywnie brzmiące zespoły Tiziano Tononiego czy improwizacyjny minimalizm Andrei Centazzo też promieniują radosnym włoskim słońcem?

 

I jeżeli któryś ze stereotypów dotyczących włoskiego jazzu jest prawdziwy, to ten mówiący o miłości Włochów do rodzimej piosenki i pieśni. Płyty z włoskimi szlagierami nagrywają bowiem właściwie wszyscy, a repertuar waha się od popularnych piosenek w stylu Guarda che luna (Paolo Fresu), przez operę (duet Danilo Rea i Flavio Boltro oraz słynny projekt Enrico Ravy LOpera Va’) po kompozycje filmowe Nino Roty czy Ennio Morricone (znakomity Enrico Pieranunzi). I jeśli nie zawsze są to albumy wybitne, to przynajmniej inne (a może nawet bardziej szczere i autentyczne?) od kolejnych zestawów amerykańskich standardów.

 

Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że cały ów bagaż stereotypów związanych z tym, co „włoskie”, raczej jazzowi z Italii szkodzi, niż pomaga. Nawet tak znakomity trębacz jak Paolo Fresu jest w pewnym sensie niedoceniany przez swój wizerunek wypielęgnowanego sardyńskiego dandysa. A z „włoskich historii” Cheta Bakera, o którym wiadomo, że kochał Włochy i często tu bywał, świat wcale nie zapamiętał żadnego wielkiego koncertu, ani jednej z kilku niezłych płyt, które tu nagrał, tylko roczną odsiadkę wyroku za posiadanie narkotyków we włoskim więzieniu w Lukce.

 

Tomasz Gregorczyk