Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 05/2013

Pierre Soulacroix Hop-Frog lub Żabi skoczek – opera jednoaktowa

Mały przewodnik po operach zapomnianych i nieistniejących
Article_more
Pierre Soulacroix Hop-Frog lub Żabi skoczek – opera jednoaktowa libretto własne według opowiadania Edgara Allana Poe premiera: Paryż, 1904

Antoine Grenier (179 cm), krytyk muzyczny pisujący na przełomie XIX i XX wieku w „Le Figaro”, mawiał ponoć, że „tylko jedna osoba we francuskim środowisku artystycznym nie przerasta Pierre'a Soulacroix: Henri de Toulouse-Lautrec”. Złośliwy żart ze wzrostu kompozytora i malarza bywa powtarzany po dziś dzień, jest jednak nieprawdziwy: w istocie Soulacroix (147 cm) był już wówczas niższy od Toulouse-Lautreca (154 cm), i to aż o siedem centymetrów.

 

Pierre Soulacroix urodził się w rodzinie rejenta w miasteczku Beauval (departament Somme) i od dziecka był niskiego wzrostu, co nauczył się jednak przyjmować z uśmiechem; liczne są anegdoty o jego żartach na ten temat. Ujmował współczesnych poczuciem humoru, ogromną miłością do muzyki i delikatnością serca. Nazywano go pieszczotliwie „Paryskim Skowronkiem” i „Wróbelkiem”, zanim to drugie miano przylgnęło do Édith Piaf (która, ciekawym zbiegiem okoliczności, była dokładnie tego samego wzrostu, co on – 147 cm). To właśnie z miłości do muzyki porzucił ojcowską kancelarię i rozpoczął studia u Claude’a Debussy’ego (wzrost nieznany): w muzycznym impresjonizmie znalazł odpowiednik swojej wewnętrznej delikatności. Nie przyniosły mu sławy ani dwa cykle fortepianowych preludiów, w których pozostawał zdecydowanie pod wpływem nauczyciela – dziś z tych zbiorów znane są tylko Ważki w Ogrodzie Luksemburskim i Promyki słońca na twym policzku – ani cykl miniatur orkiestrowych Zmysły (Muśnięcie nocyWonności śwituFeeria południaŚwiergoty podwieczorkuPosmaki zmierzchu). Ważniejsze dzienniki zrecenzowały wyłącznie koncert jego pieśni Arabeski cieni i cienie arabesek, a i to bez przesadnych zachwytów. Soulacroix zabrał się zatem do pisania opery, oparłszy libretto na opowiadaniu Poego (172 cm) – za poradą Debussy’ego zresztą, który już wówczas, po sukcesie Peleasa i Melizandy rozważał napisanie dużej formy muzycznej na podstawie Zagłady domu Usherów lub Diabła w dzwonnicy.




Trudno powiedzieć, czy wybór Żabiego skoku, nowelki o zemście karła, podyktowany był autoironicznym poczuciem humoru kompozytora czy motywacjami mroczniejszymi – potrzebą symbolicznego odwetu na niechętnych krytykach. Tak czy owak, wrodzona dobroduszność i delikatność Soulacroix i tym razem dała mu się we znaki. Krytycy wykpili subtelność muzyki ułożonej do dramatycznego, pełnego przemocy libretta, co przyprawiło kompozytora o poważne załamanie psychiczne i popchnęło do nieudanej próby samobójczej. „Wróbelek”, który mieszkał w apartamencie (4,5 m wysokości) odziedziczonym po ciotce (167 cm), postanowił się powiesić, ale nie mógł dosięgnąć nie tylko haka w suficie, lecz także dolnych ramion żyrandola; po pufie i klęczniku (również odziedziczonym po ciotce) wspiął się na stół, na którym ustawił niciak, na niciaku – gerydon, i dopiero wszedłszy na tę konstrukcję, usiłował zawiązać sznur na żyrandolu. Jednak cała ta operacja skończyła się dość tragicznie – Soulacroix zleciał z piramidy, łamiąc obie nogi.

 

Został odnaleziony i odratowany przez służącą, ale w złamane nogi wdała się gangrena. Lekarze stwierdzili, że konieczna jest amputacja, i tak oto Pierre Soulacroix w wieku lat dwudziestu dziewięciu mierzył 107 cm. Zniechęcony światem muzycznym, zwrócił się ku zawodowi ojca, z czasem przejął po nim kancelarię i odniósł liczne sukcesy zawodowe. Zmarł w 1937 roku, do śmierci nie utraciwszy ani na chwilę tytułu „najniższego rejenta Francji”.

 

Streszczenie:

Po krótkiej uwerturze (zorkiestrowane preludium fortepianowe Miraże i błyski) następuje długi wstęp: narrator, stary, siwobrody, skurczony karzeł, opowiada o królu-miłośniku żartów i jego siedmiu otyłych ministrach (niespieszna melorecytacja: Nigdy nie znałem nikogo, kto by miał większy zapał... – Je n'ai jamais connu personne qui eût plus d'entrain...); kiedy dochodzi do kwestii błaznów, na scenie pojawia się drobna staruszka, która odtąd śpiewa z nim w duecie (...byli to nieszczęśliwcy w pstrokatych szatkach, strojni kołpakiem z brzękadłami... – ...c'étaient des malheureux, bariolés, ornés de bonnets à sonnettes...) do wtóru drobnych „błazeńskich dzwoneczków”. Warto dodać, że kolejny fragment, wyjaśniający pochodzenie „żabiego” przydomku karła (...Hop-Frog mógł się jeno poruszać w zakresie czegoś, co można nazwać marszem z przerywnikami... – ...Hop-Frog ne pouvait se mouvoir qu'avec une sorte d'allure interjectionnelle...) został zainspirowany, jak się przyjmuje, Samuelem Goldenbergiem i Szmulem z Obrazków z wystawy Musorgskiego.

 

Hop-Frog i jego ukochana, tancerka Tripeta, których przywieziono niegdyś na dwór jako niewolników z dzikich krain (charakterystyczny fragment melorecytacji, oparty na motywach orientalnych), zostają wezwani przez pijanego króla i jego siedmiu ministrów. Mają im wymyślić przebrania na bal maskowy (nastrojowa barkarola: Nadeszła noc na zabawę przeznaczona... – La nuit marquée par la fête était arrivée...). Tyran każe błaznowi, wbrew jego woli, pić wino (senny kwartet: Nuże, pij! Wino rozżarzy twój geniusz... Allons, bois!—le vin allumera ton génie... ) i popędza go, by spieszył się z pomysłem. Gdy Tripeta usiłuje go powstrzymać przed upijaniem Hop-Froga, król ją odpycha i bryzga jej w twarz winem. Tu Soulacroix mistrzowsko odmalowuje fakturą muzyczną zgrzyt zębów błazna, po którym następują dwadzieścia cztery takty ciszy. Błazen ma pomysł (kawatina: Przyszedł mi do głowy figiel przedziwny... – Il m'est revenu à l'esprit un merveilleux divertissement...): proponuje, by król i jego ministrowie przebrali się za osiem skutych ze sobą orangutanów i tak przestraszyli damy i kawalerów (oktet z towarzyszeniem harfy: Kajdany mają na celu wzmożenie rozgardiaszu... – Les chaînes ont pour but d'augmenter le désordre...).

 

Do olbrzymiej sali balowej, pełnej gości, wchodzą przebrani za orangutany król i jego ministrowie: wytarzani w smole i pierzu, skuci kajdanami, budząc okrzyki przerażenia (onomatopeiczny chór Ach! Och! Ech! – Ah! Oh! Eh!), Hop-Frog zaś błyskawicznie przytracza ich do żyrandola, który zaraz potem wraz z całą grupą mknie pod sufit. Wywołuje to rozbawienie dworzan, a karzeł obiecuje, że zaraz rozpozna, co to za jedni ukryli się w przebraniu orangutanów (oparta na dysonansach aria „ze zgrzytem”: Mnie ich jeno powierzcie! – Gardez-les moi!). Porywa pochodnię i wyjaśniwszy przyczyny swojej zemsty, czyli skrzywdzenie Tripety, po kolei podpala osiem swoich ofiar. Następnie z małpią zręcznością wspina się po łańcuchu i, podobnie jak Tripeta, znika na zawsze, bo – jak dodają narratorzy, w których poznajemy tamtą parę – odtąd nigdy już więcej ich nie widziano.

 

Autor dziękuje Charles'owi Baudelaire'owi i Bolesławowi Leśmianowi za przekład incipitów.