Wydanie: MWM 06/2013

Nie wierzę w „gust statystyczny”

Wywiad z Andrzejem Kosendiakiem
Article_more
Łukasz Rajchert
Jeśli Narodowe Forum Muzyki będzie puste, podam się do dymisji. Oznaczałoby to, że wszystko zostało zrobione po nic. Doskonalimy zespoły, sprowadzamy świetnych dyrygentów, nagrywamy płyty po to, żeby ludzie czerpali radość z kontaktu z muzyką. Z żadnych innych powodów.
Joanna Michalska: W czerwcu we Wrocławiu odbywa się Kongres International Society for the Performing Arts, którego gospodarzem jest Filharmonia Wrocławska. Czy to nie jest po prostu kilkudniowa konferencja, jakich wiele? Dlaczego warto, aby instytucje kultury brały udział w tym wydarzeniu? Andrzej Kosendiak: Znam osobiście wielu dyrektorów najważniejszych sal koncertowych na świecie, mogę wziąć telefon i zadzwonić do Birmingham czy do Toronto i spytać o radę kolegę, który tam pracuje. Podpatruję, jak zdobywają publiczność, jak układają sezon. Wiele z tych znajomości nawiązałem właśnie na poprzednich kongresach ISP-y. Do Wrocławia przyjadą szefowie instytucji kulturalnych, producenci, artyści, dziennikarze – w sumie kilkuset delegatów. Warto być „w rodzinie” osób, które mają ogromny wpływ na kształt życia artystycznego na świecie Sezon artystyczny dobiega końca, pora na pierwsze podsumowania. Próbowałam zgadnąć, z którego zespołu działającego przy Filharmonii Wrocławskiej jest pan w tym roku najbardziej zadowolony. Ostatnio dużo i dobrze pisze się o Orkiestrze Barokowej. Jestem zadowolony z pracy ze wszystkimi naszymi zespołami. To ciekawa historia, bo na początku miałem zająć się wyłącznie Festiwalem Wratislavia Cantans, w ogóle nie myślałem że będę dyrektorem filharmonii. Decyzja władz miasta o budowie wielkiej sali koncertowej stała się katalizatorem rozwoju życia muzycznego. W tym kontekście przyjąłem funkcję dyrektora Filharmonii Wrocławskiej. Niespodziewanie, właśnie te obowiązki okazały się niezwykle ciekawe. To praca przynosząca ciągłe wyzwania, która polega na wcielaniu nowych pomysłów, powoływaniu zespołów, wspólnym działaniu z szefami artystycznymi, muzykami, menedżerami. Współpracuję ze specjalistami od marketingu, finansów, logistyki. Wiedziałem, że bardzo dobre recenzje Orkiestry Barokowej muszą przyjść. Nawet jeśli jeszcze dwa lata temu mówiono: „W Polsce nie ma porządnego ansamblu instrumentów dawnych, rodzime zespoły nie są w stanie dobrze zagrać Bachowskiej Pasji, jesteśmy jeszcze daleko od całej Europy”. Pierwszy wyrwał się w świat Chór Filharmonii – miał mentora w osobie Paula McCreesha. Orkiestra Symfoniczna fantastycznie rozwinęła się pod kierunkiem Jacka Kaspszyka. Odmłodzone Leopoldinum prezentuje bardzo wysoki poziom, a Lutosławski Quartet po sukcesach w Polsce podbija świat. Rozumiem, że dyrektorowi po prostu nie wypada wyróżnić któregoś z zespołów. Nie pamiętam, żebym w ostatnich latach wstydził się za któryś z naszych zespołów. Chadzam na koncerty – nie powiem, że podoba mi się absolutnie wszystko – ale słuchanie muzyki w wykonaniu zespołów wrocławskiej Filharmonii jest nie tylko przyjemnością, lecz coraz częściej niezwykłym przeżyciem. Teraz chciałbym dać Chórowi Chłopięcemu impuls do dalszego rozwoju. Ma już znakomite umiejętności, teraz potrzebny mistrzowski szlif. Cieszę się też na właśnie rozpoczętą współpracę z nowym dyrektorem Orkiestry Symfonicznej – Benjaminem Shwartzem, chcę go szybko wdrożyć w obowiązki. Miało być podsumowanie sezonu, a pan mówi, co jeszcze należałoby zrobić. Jeśli ktoś jest ze wszystkiego zadowolony, niech idzie na emeryturę. W sztuce jest jedna jedyna droga – tylko w górę, coraz wyżej. Jeśli powiemy sobie: „nie próbujmy osiągnąć więcej, nie pracujmy zbyt szybko, bo sobie narobimy kłopotów, zmęczymy się” – taka postawa natychmiast się zemści.
Pozostając przy podsumowaniach sezonu – jak wytłumaczyć, że przyjeżdżają genialny Benjamin Shwartz i Miki Kobayashi, zdobywczyni drugiego miejsca w Konkursie Wieniawskiego, i trzy dni przed koncertem nie wiadomo, czy sala będzie pełna? Ale w dniu koncertu sala się zapełniła! Mogło chodzić o Mahlera – graliśmy sporo tego kompozytora, a nasza filharmonia nie jest duża i Mahler przysparza nam kłopotów akustycznych. Czekamy na Narodowe Forum Muzyki, w którym rozmiary sali koncertowej nie będą w żaden sposób ograniczać repertuaru. Publiczność jest trochę nieufna wobec młodych gwiazd, obserwuję to także na Festiwalu Wratislavia Cantans. Wielokrotnie przez nas zapraszana Rachel Podger jeszcze parę lat temu nie była sławna. Podobnie Sol Gabetta. Wiem, że nie brakuje młodych ludzi o olbrzymim talencie, niech melomani poznają wschodzące gwiazdy, przychodząc do nas. Kto był na koncercie dyrygowanym przez Shwartza, pewnie już nie ominie żadnego programu z tym dyrygentem. A okazji nie zabraknie. W Narodowym Forum Muzyki będzie tysiąc osiemset miejsc w głównej sali. Czy Wrocław nie jest za małym miastem, żeby co tydzień tyle osób przyszło na koncert? Publiczność będzie, bo prezentujemy dobrą sztukę. Zapełnienie Forum to najważniejsze zadanie i sens pracy wszystkich nas w Filharmonii. Jeśli NFM będzie puste, podam się do dymisji. Oznaczałoby to, że wszystko zostało zrobione po nic. Doskonalimy zespoły, sprowadzamy świetnych dyrygentów, nagrywamy płyty po to, żeby ludzie czerpali radość z kontaktu z muzyką. Z żadnych innych powodów. W ostatnim czasie odbyłem kilkadziesiąt spotkań z burmistrzami Dolnego Śląska, z szefami centrów kultury. Dla mnie jest równie ważne przybycie na koncert recenzenta z Nowego Jorku, jak przyjazd kilkunastu osób z Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Środzie Śląskiej. Nawet jeśli słyszymy oklaski pomiędzy częściami utworów, nie oburzajmy się – wiem, że ludzie przychodzący do Filharmonii po raz pierwszy są zafascynowani tym, co się tu dzieje. Grupy osób przyjeżdżające do nas spoza Wrocławia mają później okazję do rozmowy o muzyce, wspólnie przeżywają kontakt ze sztuką. I mamy efekty. Spośród koncertów symfonicznych w bieżącym sezonie jedynie dwa nie sprzedały się przed dniem koncertu. Regułą jest wyczerpanie biletów na dwa, trzy tygodnie przed terminem. Sporo osób kupuje wejściówki i siedzi na schodach. Znam wiele miast podobnej wielkości jak Wrocław, w których z powodzeniem funkcjonują obiekty rozmiarów Narodowego Forum. Jednym z wydarzeń tego sezonu było ukazanie się płyty z muzyką Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego wykonywaną pod pańską batutą. To kompozytor znany w kręgach zespołów muzyki sakralnej, muzyki dawnej. Szersza publiczność usłyszała kompozycje Gorczyckiego dopiero dzięki tej płycie. Cała twórczość Gorczyckiego była w jakimś sensie użytkowa, pisał dla potrzeb działających wówczas kapel. To naturalne, że w dalszym ciągu pozostaje w kręgu zainteresowań zespołów muzyki religijnej. Ale wcale nie jest źle ze znajomością Gorczyckiego w Polsce – odbywa się festiwal jego imienia, są nagrania. Dlaczego wybrał pan tego kompozytora? Nie ma wątpliwości, że Gorczycki miał wielki talent i warto propagować jego wybitne dzieła. Mimo że jest to muzyka użytkowa, ma wielkie walory artystyczne. Chociaż wiele z jego utworów jest utrzymanych w dawnym stylu polifonicznym, zachwyca niezwykle kunsztowna forma i warstwa brzmieniowa. A znajomość nowych technik kompozytorskich pokazał chociażby w Completorium, Laetatus sum czy Illuxit sol, które znalazły się na krążku. Czy będzie kolejna taka niespodzianka płytowa? Dobrze nam się pracowało w składzie, w którym nagraliśmy Gorczyckiego, dlatego zaplanowaliśmy na październik sesję nagraniową muzyki Bartłomieja Pękiela. Jesteśmy bardzo podekscytowani, myślę, że to będzie przygoda, jak w przypadku Gorczyckiego. Takie muzykowanie pan najbardziej lubi? Małe zespoły, zaprzyjaźnieni artyści czy jednak wielkie składy, oratoria? W graniu ważna jest przyjaźń nie w znaczeniu relacji towarzyskich, ale we wspólnym rozumieniu muzyki. To daje dużą szansę, że przygotowany razem utwór będzie wykonany przekonująco. Nie jest dla mnie istotne, z jak dużym składem muzyków pracuję, ważne, żeby te osoby miały wspólny cel, umiejętności i entuzjazm. Oczywiście wspaniale jest, jeśli lubimy się także poza salą prób. Nagrywanie płyt, koncertowanie jest oderwaniem się od spraw menedżerskich? Mam wrażenie, że pan lubi być dyrektorem. Owszem, lubię. To praca naprawdę fascynująca. Ale trudno mi sobie wyobrazić moje funkcjonowanie jako menedżera bez uprawiania muzyki. Gdzieś w środku czuję się cały czas muzykiem. Trzeba jednak podkreślić, że w jednym i w drugim przypadku to działania w przestrzeni społecznej. Zawsze pociągała mnie praca z ludźmi. Dlatego realizowanie tak różnych projektów daje ogromną satysfakcję. Pozornie różnych. To poczucie misji? Misji? Nie! Jest po prostu bardzo dużo do zrobienia. Tyle ważnych spraw, ciekawych idei, które dziś w tych warunkach – albo jutro w nieco innych – warto realizować. Bardzo mnie denerwuje, jeśli ludzie skupiają się na tym, czego nie można zrobić. Wolę dostrzegać szanse. Każdy niezależnie od zawodu, stanowiska może wokół siebie bardzo dużo zdziałać i nie rozumiem ludzi, którzy nie chcą. Może się boją, może nie widzą możliwości? Trzeba mieć trochę wyobraźni, żeby odnajdywać cele. I odwagę, żeby je realizować. Nie możemy pozostać na etapie: „jak dobrze byłoby, gdyby…”. Jeśli ktoś nie chce naprawiać otaczającej rzeczywistości, ale przychodzi na osiem godzin i „robi swoje”, też postępuje „w porządku”. Rzeczywistości nie trzeba naprawiać. Jestem także jak najdalszy od mówienia komuś, jak ma żyć. Natomiast widzę, że są ludzie bardziej spełnieni i ci wiecznie niezadowoleni. Pan jest spełniony? Jeszcze mam mnóstwo pomysłów. Tak dużo można jeszcze zrobić. A zadowolony na co dzień? Tak. Chyba mam dużo szczęścia. Żyję w ciekawych czasach – pamiętam powojenny Wrocław, 1000-lecie Chrztu Polski, rok 1968, 70, czasy Solidarności i stanu wojennego, odzyskaną wolność. Uczestniczyłem w tych wydarzeniach, spotkałem wielu wspaniałych ludzi. Przeszkadza mi głupota i często spotykana „bezinteresowna zawiść”. To bardzo destrukcyjne, gdy ludzie zazdroszczą, że komuś dobrze się wiedzie… Chociaż, gdy słyszę wykonanie muzyki, które mnie zachwyca, też się złoszczę, że to nie ja wymyśliłem… Ale z szacunkiem się złoszczę. Bardzo denerwuję się, gdy ktoś psuje muzykę – skupia się na pokazaniu siebie zamiast dzieła, nie rozumie utworu, który wykonuje, albo gra „mniej więcej”. Kompozycja to ład, myśl, forma. Bałagan, wszelkie „mniej więcej” są zaprzeczeniem muzyki. Chyba że przypadek i chaos są elementami formotwórczymi, ale wtedy stają się porządkiem. Bardzo wiele osób kończy szkoły muzyczne i dalej nie wie, czym jest muzyka. Na pewno nie jest bałaganem! „Tak dużo można jeszcze zrobić” – więc wyobraźmy sobie nieograniczone możliwości finansowe – jakie projekty pan realizuje? Nie jest tak, że nasze możliwości zależą tylko od pieniędzy, których dziś nie ma, ale możliwe, że będą jutro. Organizowanie funduszy też jest ważnym procesem. Trzeba budować grono przyjaciół, którzy mogą pomóc. Samemu nic się nie zrobi. Myślę, że każde przedsięwzięcie zależy przede wszystkim od ludzi. Dostatecznie jesteśmy ograniczeni przez czas, który upływa, więc już nie mnóżmy innych ograniczeń. Mówi pan, jakby wszystkie pomysły były wykonalne, a przecież tak nie jest. W każdym projekcie wiele elementów musi pojawić się w tym samym czasie: artysta, który wykona dany program, wspomniane finanse, są też kwestie logistyczne. Czasem trzeba odłożyć pomysł na później, aż wszystkie potrzebne elementy „spotkają się”. Oczywiście nigdy same się nie spotykają i na tym polega praca menedżera – osoby, która próbuje sterować okolicznościami, żeby idee wcielać w życie. Bywa, że nigdy nie będzie warunków, żeby coś zrealizować – i co z tego? Przecież nie istnieje limit pomysłów, limit dobrych programów koncertowych albo jeden „jedynie słuszny” sposób prowadzenia filharmonii. Trzeba umieć modyfikować zamierzenia. W trakcie tej rozmowy przyszło mi do głowy, że pan musiał być przewodniczącym klasy, dobrze zgaduję? Zawsze mnie „wypychali” na takie funkcje. Nie pamiętam, czy akurat przewodniczącym klasy, bo szkoły bardzo nie lubiłem. Zbuntowany byłem. Nie akceptowałem rzeczywistości lat 60. i 70., wszelkie rygory, w tym szkoła, wydawały mi się kajdanami. W liceum byliśmy bardzo zżytą klasą, ale zżytą pozalekcyjnie. Przyznam się, że trochę wagarowaliśmy. Ale zawsze gdzieś działałem. Trzeba było zarabiać, więc miałem zespół i graliśmy na studniówkach, weselach, potem byłem instruktorem w domu kultury, występowaliśmy na zabawach. Pracowałem jako organista, pamiętam granie Ave Maria na ślubach i pogrzebach. Prowadziłem zespolik kościelny, dla którego pisałem aranżacje, komponowałem. Zawsze miałem potrzebę skupiać wokół siebie ludzi, a oni widocznie chcieli za mną współdziałać. Na studiach byłem szefem Akademickiego Związku Sportowego, a później w NZS-ie zająłem się działalnością polityczną i też zostałem przewodniczącym, a także przywódcą strajku. Co się grało na studniówkach? Beatlesów! Był pan też związany z różnymi chórami, śpiew to chyba pana ulubiona forma muzyki? Głos ludzki to fantastyczny, a zarazem najbardziej osobisty instrument, który najmocniej gra na emocjach. Pan sam śpiewa? Kiedyś basem w chórach. Lubię śpiewać. Pamięta pan szczególnie jakiś występ? Śpiewanie przy ognisku. Pasjonuję się żeglarstwem, mając szesnaście lat, zrobiłem patent sternika, potem instruktora. To był sposób na tanie i ciekawe wakacje – wszyscy potrzebowali instruktora. Wieczorem, na biwaku mogłem śpiewać parę godzin i grać na gitarze. Dalej pan żegluje? Rodzina podziela tę pasję? Tak, jeśli jest czas, spędzamy wakacje na wodzie. Dawniej na Mazurach, ostatnio częściej na morzu. Teraz moim planem jest rejs z Wysp Kanaryjskich wzdłuż wybrzeży Afryki do Europy. Ale muszę mieć na to trzy tygodnie. A nie mam. Pływałem już trochę po oceanie i stanowczo chciałbym więcej. A po wakacjach szykuje się „Podróż do Włoch” – takie jest hasło tegorocznego Festiwalu Wratislavia Cantans. Z radością czekam na pierwszą edycję festiwalu przygotowaną przez Giovanniego Antoniniego. Program jest dość oczywisty. Wiadomo, że przez stulecia Włochy przodowały jako kraj „eksportujący” sztukę, zaś artyści z innych regionów jeździli do Italii, żeby zobaczyć słynne włoskie światło, słońce i po prostu uczyć się. W całej Europie kluczowe dla kultury stanowiska powierzano Włochom. Można się było spodziewać, że pierwszy festiwal pod kierunkiem Włocha będzie skupiony wokół jego ojczyzny. Nazwiska zaproszonych przez maestra Antoniniego wykonawców gwarantują wysoki poziom. Na który z koncertów Wratislavii najbardziej pan czeka? Festiwal od sezonu różni się tym, że ten pierwszy jest w całości spektaklem. Złożoną z etapów jedną całością. Oczywiście trudno jest przyjść na wszystkie koncerty Wratislavii, ale chciałbym, żeby osoby, które przyjdą na kilka wydarzeń, odkryły to, co próbujemy im przekazać. Nigdy nie odpowiadam na pytanie, który z koncertów polecam. Gdyby był jakiś mniej ważny, nie znalazłby się w programie. Najgorsze, co może zrobić szef festiwalu, to sporządzić wykaz znanych zespołów, które są w trasie koncertowej, i zaprosić je. Albo zaangażować kogoś po to, żeby się zrewanżował podobnym zaproszeniem lub dobrze o nas powiedział. Wratislavia Cantans jest inaczej budowana i dlatego ten festiwal ma siłę. Giovanni Sollima grający na wiolonczeli utwory Nirvany i zespół ludowy Le Mystère des Voix Bulgares to nie są występy „pod publiczkę”? Pytanie, po co się coś takiego prezentuje. Jeśli jest jakiś inny cel poza artystycznym, wtedy zaczynam się zastanawiać nad intencjami dobierającego repertuar. Idea Festiwalu Wratislavia Cantans jest bardzo pojemna, wszystko, co dzieje się wokół głosu ludzkiego, mieści się w programie, z tym, że muszą to być kompozycje wysokich lotów i znakomicie wykonane. Sam ciekaw jestem tych nietypowych koncertów. Co przesądziło o wyborze Giovanniego Antoniniego na dyrektora artystycznego festiwalu? Cały jego dorobek, postawa artystyczna, to, jak wykonuje muzykę, czym się interesuje, jego dokonania fonograficzne. Mogę cenić artystów za wiedzę, technikę, ale musi być element emocjonalny. Antonini jest erudytą, ma potrzebne kompetencje, by programować festiwal, a z drugiej strony jego koncerty są bardzo ekspresywne. Paul McCreesh – choć w zupełnie inny sposób – też cały czas grał na emocjach. Taka muzyka jest mi bliska. Do realizacji wszelkich zadań powołuję osoby, które mają wiedzę, opanowały technikę dyrygencką czy wykonawczą i wiem też, że odczuwają muzykę podobnie jak ja. Chcę mieć pewność, że na koncercie będę się czuł dobrze. Pod czyj gust mam budować instytucję, jeśli nie pod swój? Przecież nie wejdę w skórę kogoś innego. Mam się kierować jakimś gustem statystycznym? Nie wyobrażam sobie współpracy z osobą, z którą mielibyśmy rozbieżne wizje artystyczne. Rozumiem, że w spojrzeniu na muzykę jest pan zgodny z Benjaminem Shwartzem, nowym dyrektorem Orkiestry Symfonicznej? Byłem zachwycony koncertem, którym Shwartz dyrygował w marcu we Wrocławiu. I Symfonia Mahlera została zagrana wielobarwnie i subtelnie, oczywiście były fragmenty mocne, potężne, pojawiło się masywne brzmienie, ale obok tego wiele finezji, a czasem dystansu. To nie był pierwszy raz, kiedy słyszałem Benjamina – pojechałem do Weimaru zobaczyć dyrygowaną przez niego operę Berlioza Béatrice et Bénédict. Opera to skomplikowana „machina”, ale widać było, że maestro Shwartz potrafi zapanować nad dużym aparatem wykonawczym. Wiele osób dziwi się, że wybór padł na tak młodego człowieka. Przede wszystkim szukanie kopii Jacka Kaspszyka nie miałoby sensu. Uważam też, że nie znaleźlibyśmy wśród polskich dyrygentów kogoś, kto po takim poprzedniku mógłby jeszcze dać orkiestrze impuls do rozwoju. Chciałem więc znaleźć artystę młodego pokolenia, stojącego u progu kariery, aby mógł związać swoją drogę zawodową z wrocławską orkiestrą i z Narodowym Forum Muzyki. Przeanalizowałem dotychczasowe dokonania wielu młodych dyrygentów – Benjamin Shwartz współpracował z wielkimi osobowościami świata muzyki w Stanach Zjednoczonych i w Europie, a jego mentorem jest Esa-Pekka Salonen. Niedawny koncert we Wrocławiu był testem przed podjęciem decyzji? Raczej kropką nad „i”. Wybór dyrektora artystycznego nie może być spontaniczny. Tydzień prób z orkiestrą był niezwykle ważny – miał pokazać, jak się ułożą relacje maestra z zespołem i jaki efekt ta współpraca przyniesie na koncercie. Wielu muzyków mówiło mi, że świetnie im się pracowało ze Shwartzem, że koncert został dobrze przygotowany. Oczywiście podstawowym kryterium selekcji kandydatów była świetna technika dyrygencka. Ale dyrektor orkiestry to więcej niż dyrygent. Taka osoba musi mieć predyspozycje do bycia szefem, musi inspirować muzyków. A decydującą rolę przy wyborze prowadzącego zespół odgrywają kwestie artystyczne. Jestem przekonany, że Benjamin Shwartz włoży w pracę z orkiestrą dużo czasu i pasji, zwiąże swój los z naszymi muzykami i z Narodowym Forum Muzyki. Możemy sobie wyobrazić, że ktoś kieruje instytucją kulturalną za pomocą maili, esemesów, telekonferencji, ale w rzeczywistości z zespołem artystycznym trzeba się związać na dobre i na złe. Należy się bez reszty zaangażować. Nie da się być dyrektorem na pół etatu. Rozmawiała Joanna Michalska Andrzej Kosendiak – dyrygent, pedagog i animator życia kulturalnego; od 2005 roku dyrektor Filharmonii Wrocławskiej i Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans. Obowiązki menedżerskie łączy z czynnym uprawianiem dyrygentury, nagrywa płyty – jego najnowsze wydawnictwo z utworami Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego zostało nominowane do Fryderyka 2013. Jest założycielem kilku zespołów muzycznych, pomysłodawcą festiwali. Koordynuje projekt budowy Narodowego Forum Muzyki.