Wydanie: MWM 06/2013

Tropem Lutosławskiego

Z wizytą w Drozdowie
Article_more
Tłumaczył, że nie ma tu po co przyjeżdżać, bo dom, w którym się wychowywał, nie istnieje, nikogo z rodziny tutaj nie ma, natomiast bał się wspomnień. Mówił, że taka wizyta mogłaby go emocjonalnie rozregulować, a nie może sobie na to pozwolić, bo to uniemożliwi mu pracę. Wspominał Drozdowo, ale czuło się, że dla niego jest to zamknięty rozdział. Witold Lutosławski mawiał, że jest warszawianinem z przypadku. Po latach jednak nie chciał być też drozdowianinem z wyboru.

Wszyscy podróżujący śladami Witolda Lutosławskiego w Drozdowie odwiedzają nie tylko Muzeum Przyrody, lecz także kościół, w którym kompozytor został ochrzczony, i cmentarz, gdzie znajduje się grobowiec rodzinny Lutosławskich. Nekropolia leży na wzgórzu, wystarczy się obrócić w stronę rzeki, by zrozumieć, że warto tu przyjechać także dla tego widoku.

– W zasięgu wzroku mamy trzy krainy geograficzne – mówi Stanisława Chyl – stoimy na krawędzi Wysoczyzny Kolneńskiej, to przed nami, płaskie i niskie, to Dolina Dolnej Narwi, a za rzeką, za doliną, jest już Międzyrzecze Łomżyńskie. Kilkanaście kilometrów stąd rozpoczyna się Kotlina Biebrzańska.

Niespełna siedmiuset mieszkańców liczy położona nad Narwią wieś Drozdowo. Dojazd samochodem z centrum Łomży zajmuje dziesięć minut, pod warunkiem, że po przekroczeniu Narwi w Piątnicy skręci się w pierwszą przecznicę w prawo. Droga wiedzie wzdłuż rzeki, jest wąska i miejscami z trudem mijają się na niej dwa samochody. Podróżujących śladami Romana Dmowskiego czy rodziny Lutosławskich dziwi drogowskaz prowadzący do Muzeum Przyrody. Szybko okazuje się jednak, że to właściwy adres.

Dom, w którym 2 stycznia 1939 roku zmarł lider Narodowej Demokracji, należał wówczas do Mieczysława i Marii Niklewiczów. Maria Niklewiczowa była bratanicą ojca Witolda Lutosławskiego – wielkiego filozofa Wincentego. W Drozdowie mieszkała aż do śmierci. Później jedyna[JM1]  nieruchomość, która pozostała po rodzie Lutosławskich (Dolny Dwór) przeszła w ręce władz Polski Ludowej.

Historia rodziny w nadnarwiańskiej miejscowości sięga drugiej połowy XVIII wieku. Rozgałęzione i skomplikowane drzewo genealogiczne warto wydrukować przed wyjazdem. Powtarzające się w rodzinie w kolejnych pokoleniach imiona: Józef, Wincenty, Franciszek i Maria będą dużym wyzwaniem dla naszej pamięci, rozleniwionej i krótkotrwałej, bo przecież wszystko można sprawdzić w Internecie.

 

Łoś, niedźwiedź i cenzor, który nie dojechał

W 1984 roku do Drozdowa przyjeżdża Andrzej Chyl. Ma zostać dyrektorem powstającego w dworze Lutosławskich Muzeum Przyrody, choć plany dotyczące dworu były rozmaite – miał być domem pracy twórczej, szkołą plastyczną, siedzibą orkiestry. Wraz z żoną, Stanisławą, szybko odkrywają, że miejsce, w którym się znajdują, ma w sobie nie tylko duży potencjał przyrodniczy. Prace nad przygotowaniem ekspozycji przebiegają dwutorowo. Muzealnicy gromadzą przyrodnicze eksponaty, które do dziś można zobaczyć w muzeum. Są tam wypchane ptaki zasiedlające dolinę Narwi i Biebrzy, wielki łoś, a nawet niedźwiedź brunatny. Z drugiej strony historia miejsca, w którym zmarł Roman Dmowski i mieszkała rodzina Lutosławskich, wymagała osobnej ekspozycji.

– To, że był tu Dmowski, że byli Lutosławscy, przekazywano nam szeptem, drogą nieoficjalną. To były inne czasy, o tych ludziach nie można było mówić – wspomina Stanisława Chyl. – Małżonek wcześniej pracował w muzeum w Mławie, z wykształcenia był biologiem, ale z zamiłowania historykiem. Kiedy dowiedzieliśmy się, że to miejsce jest związane z tak ważnymi postaciami, mąż zdecydował, że oprócz części przyrodniczej musi być co najmniej jedno pomieszczenie poświęcone Lutosławskim z zaakcentowaniem pobytu Romana Dmowskiego.

Pierwsza część ekspozycji zostaje udostępniona publiczności w 1986 roku, jest nią salon, w którym do dziś można oglądać pamiątki po rodzinie Lutosławskich.

– W tamtym czasie obowiązywała jeszcze cenzura. Musieliśmy zgłosić wystawę cenzorowi, a na niej była między innymi maska pośmiertna Dmowskiego. Byliśmy pełni niepokoju, czy wystawa nie zostanie zablokowana. Nie wiem, co się wydarzyło, ale cenzor nie dojechał. Może zignorował otwarcie, może miał inne zajęcia… Nie wiem. Ponieważ była wyznaczona data uroczystości otwarcia, to zgodnie z planem zainaugurowaliśmy działalność muzeum. Przyjechał wojewoda, inni urzędnicy, zaakceptowali i nikt nam niczego nie zarzucał.





Aleja grabowa i piwnice lodowe

 

Poza Dolnym Dworem, gdzie dziś mieści się muzeum, i aleją grabową po rodzinie Lutosławskich zostało niewiele śladów. Dom, w którym kilka pierwszych lat życia spędził kompozytor, nie istnieje. Na jego miejscu stoi nowy dom. Dzięki uprzejmości właścicieli możemy wejść na teren posesji. Pani Stanisława Chyl pokazuje ukryte wśród drzew piwnice, w których Lutosławscy przechowywali zapasy. Nieduże ziemianki przetrwały dwie wojny. Po browarze założonym przez Franciszka w 1862 roku do dziś pozostały tylko piwnice lodowe. Gdy rzeka zamarzała, wykuwano wielkie bryły lodu, które aż do lata leżały nienaruszone w piwnicach. Piwo musiało być przechowywane w odpowiednich warunkach. Nerwowe były dla rodziny Lutosławskich łagodne zimy, wszyscy czekali, aż Narew będzie skuta lodem.

– Wiele budynków we wsi jest zbudowanych z cegły browarnej, choć jeszcze w czasie wojny trwała produkcja piwa. Niemcy, gdy odchodzili, zaminowali cały teren, wysadzili browar, a mieszkańcy potem wykorzystali cegły do budowy domów.

Historia rodziny Lutosławskich w Drozdowie rozpoczyna się już w latach 70. XVIII wieku, ale czasy świetności to koniec następnego stulecia. Głównym autorem tego sukcesu był Franciszek Dionizy (1830–1891), dziadek Witolda. To on założył browar i ufundował kościół, w którym w czerwcu 1913 roku został ochrzczony Witold. Franciszek Dionizy był świetnie wykształcony i odważny. Legenda głosi, że nikt nie chciał się podjąć umieszczenia krzyża na szczycie kościelnej wieży. Jedynym odważnym okazał się Franciszek Dionizy.

– To jego dzieci wniosły najwięcej w naszą kulturę narodową – podkreśla pani Stanisława Chyl. – Byli to filozof Wincenty Lutosławski, znany w kręgach filozoficznych na całym świecie i Stanisław, który zarządzał majątkiem po śmierci ojca – synowie z pierwszego małżeństwa z Marią ze Szczygielskich. Po jej śmierci Franciszek ożenił się z jej rodzoną siostrą, Pauliną, i miał jeszcze troje dzieci.

Marian był inżynierem, studiował w Rydze i Darmstadcie. Zajmował się elektrycznością, zainstalował pierwszą w Polsce elektrownię napędzaną silnikiem spalinowym, wprowadzał prądy trójfazowe, później zajął się budownictwem i jemu zawdzięczamy rozwój żelbetnictwa. Młodszym bratem Mariana był Jan, doktor rolnictwa po studiach w Rydze, Lipsku i Halle, jeździł na międzynarodowe kongresy, redagował gazetę rolniczą.

Kolejnym synem Franciszka był ksiądz Kazimierz. Zanim wstąpił do seminarium, skończył medycynę. Zajmował się także organizacjami społecznymi, jemu zawdzięczamy rozwój ruchu harcerskiego na naszych ziemiach. – Tu, w Drozdowie jest górka zwana harcerką. Każdy mieszkaniec zna to miejsce, nazwa funkcjonuje do dzisiaj – mówi pani Stanisława.

Wszyscy byli kształceni wszechstronnie i wielowątkowo, zaczynali edukację na wschodzie, w Rydze, potem uczyli się w innych europejskich ośrodkach. Wszyscy synowie Franciszka Lutosławskiego także pobierali lekcje muzyki. Pierwszy fortepian w Drozdowie pojawił się wraz z babką Witolda.

Ojciec Witolda był najmłodszym z synów. Józef był świetnie wykształcony, przyjechał do Drozdowa po studiach w 1908 roku i zajął się prowadzeniem gospodarstwa. Pięć lat później urodził się Witold. Szczęśliwy okres w życiu rodziny przerwała I wojna światowa.

W 1915 roku rodzina została zmuszona wyjechać do Moskwy. Tam zginął ojciec kompozytora, Józef, i jego stryj Marian. Po powrocie z Moskwy Maria Lutosławska przez jakiś czas mieszkała w Drozdowie z trzema synami. Później przeniosła się do Warszawy.

– Majątek ostatecznie upadł przed II wojną światową – mówi pani Stanisława. – Część należąca do Stanisława Lutosławskiego, stryja Witolda, a brata filozofa Wincentego, została zlicytowana w latach 30., wtedy browar został sprzedany. Część przemysłowa, do której prawa miało najwięcej spadkobierców, przestała istnieć po wojnie, wiem, że wtedy do Drozdowa przyjeżdżał pan Witold, żeby doglądać formalności.

 

Dziewczęca sukienka i kajak

 

– Mieszkałam w tym budynku, gdzie dziś jest Muzeum Przyrody, przez szesnaście lat, pamiętam takie zimy, kiedy temperatura wewnątrz spadała do 6 stopni. Od 1984 roku wszystko tu organizowaliśmy, najpierw mieliśmy tu być przez trzy miesiące. Pracowałam do 1998 roku na różnych stanowiskach – od referenta aż do kustosza. Po śmierci męża zostałam dyrektorem – opowiada Stanisława Chyl. Pochodzi z Olsztyna, w dzieciństwie i młodości wraz z rodzicami często się przeprowadzała, jest absolwentką Wychowania Muzycznego i od lat zajmuje się pedagogiką muzyczną. Dokumentowaniem historii rodziny Lutosławskich zajmuje się już ponad ćwierć wieku.

Kiedy umawiamy się na spotkanie w Drozdowie, w styczniu 2013 roku, pani Stanisława przyjeżdża z kilkoma segregatorami zdjęć, kopii dokumentów, rodzinnych pamiątek. – Zostało ich naprawdę niewiele, ale gdy tu przyjechaliśmy, rodzina żyła wciąż w pamięci mieszkańców Drozdowa. Rozmawiałam między innymi z panią Zofią Bandachową, która była bardzo bliską osobą dla Witolda. Gdy miała czternaście, piętnaście lat opiekowała się kilkuletnim wówczas chłopcem, opowiadała mu bajki, a nawet uszyła mu krótkie spodenki.

Na jednym ze zdjęć w segregatorze pani Stanisławy widzimy ośmioletniego Witolda w letnich spodniach na szelkach. Być może uszytych właśnie przez panią Zofię.

 

Oglądamy też fotografie małego Witusia, którego matka ubierała w dziewczęce stroje. To nie przypadek. Jego starsza siostra Anielka zmarła we wczesnym dzieciństwie. Wielką tęsknotę za córką Maria Lutosławska przelała na najmłodszego syna.

Witold, choć spędził pierwsze lata życia w Drozdowie, urodził się w Warszawie. Jego matka, Maria z Olszewskich, była lekarzem. Zanim poślubiła Józefa Lutosławskiego, studiowała medycynę w Zurychu, Berlinie i Krakowie. Postanowiła, że najmłodszego syna, Witolda, urodzi w szpitalu w Warszawie.

– Trzy tygodnie przed porodem wyruszyła do Warszawy karetą Stasiów na gumach – opowiada pani Stanisława. – Babka Witolda, Paulina Lutosławska, nie popierała tego pomysłu. Trafiłam na informacje, że podróż do Warszawy trwała wówczas około siedmiu godzin. Witold Lutosławski mawiał, że jest warszawianinem z przypadku.

Po latach jednak nie chciał być też drozdowianinem z wyboru. – Zdecydowanie odmawiał przyjazdu tutaj – kontynuuje pani Stanisława – choć wielokrotnie osobiście i telefonicznie go zapraszaliśmy, jeszcze za życia mojego męża, a także później. Tłumaczył, że nie ma tu po co przyjeżdżać, bo dom, w którym się wychowywał, nie istnieje, nikogo z rodziny tutaj nie ma, natomiast bał się wspomnień. Mówił, że taka wizyta mogłaby go emocjonalnie rozregulować, a nie może sobie na to pozwolić, bo to uniemożliwi mu pracę. Zawsze podkreślał, że ma mało czasu, a bardzo wiele do zrobienia. Wspominał Drozdowo, ale czuło się, że dla niego jest to zamknięty rozdział, przeszłość, do której nie chciał wracać.

Opowiadał mi o swoim ostatnim pobycie w tej okolicy. Płynął kajakiem Narwią. Na wysokości Drozdowa zatrzymał się, wyszedł na brzeg, popatrzył od strony łąki na Drozdowo, wsiadł do kajaka i popłynął dalej.

 

 

Agata Kwiecińska (Polskie Radio)

Współpraca: Barbara Schabowska (Polskie Radio)