Wydanie: MWM 06/2013

Popatrz do góry, ktoś ci przysłał wiadomość

"Wrocław tkwi w szczegółach"
Na wszystko brakuje ci czasu, ulice przemierzasz biegiem, ze wzrokiem wbitym w trotuar, o tajemnicach i skarbach czytasz co najwyżej w sensacyjnych książkach. Zwolnij trochę, podnieś głowę do góry, a nie pożałujesz. Przynajmniej we Wrocławiu. Spotkasz rzymskich legionistów, frywolne boginie, bajeczne pawie…

Zobaczysz, jak rodzi się syn wrocławskiego patrycjusza i jak anioły okazują sobie namiętne uczucia. Przekonasz się, że starożytni Egipcjanie używali telefonów, kobiety w czasach królowej Wiktorii nie nosiły gorsetów, a krasnoludki są anarchistami i nie znają uczucia wstydu.

 

To materialne ślady po ludziach, których nikt już nie wspomina, i po mieście, które przeszło do historii. Pocztówki z przeszłości, które możemy odczytać, jeśli poświęcimy im trochę czasu. Wiadomości, które czasem nadawcę sławią, czasem kompromitują, ale zawsze przykuwają uwagę.

 

Album Wrocław tkwi w szczegółach zbiera te pocztówki z przeszłości. I te, na których zapisano informacje o tym, co dla mieszkańców Wrocławia było ważne, i o tym, co było tematem żartów, a nawet o tym, co stało się zadrą w biografii miasta. Przeczytajcie.

 

Wrocław tkwi w szczegółach, tekst Beata Maciejewska, zdjęcia Stanisław Klimek (Via Nova 2013)

 

 

Śpiewać nie każdy może

Dyrygent ma anielskie skrzydła, a skrzypek z trębaczem niewątpliwie grają bosko. Tym bardziej, że słuchaczkami są powabne, długonogie boginki. Niebiańska orkiestra od 1903 roku koncertuje na kamienicy przy ul. Gajowej 36. Artystów zaprosił na fasadę cieśla Franz Köhler, pierwszy właściciel secesyjnej czynszówki. Nic w tym dziwnego, bo Wrocław od wieków był miastem muzykalnym. Mieszkańcy uwielbiali grać i śpiewać, choć ta rozrywka bywała niebezpieczna.





Już w 1512 roku Rada Miejska Wrocławia zakazała śpiewania pieśni nieprzyzwoitych oraz takich, które mogły godzić w dobre imię księcia śląskiego lub zawierać jakieś szydercze aluzje do wyższych stanów Śląska. Widać zakaz był mało skuteczny, skoro w 1564 i 1572 roku ogłoszono z ambon kolejne proklamacje w tej sprawie. Z kolei kancelaria zamkowa w Książu wydała w 1713 roku zarządzenie o karaniu grzywną lub czternastoma dniami aresztu wykonawców „łobuzerskich pieśni”.

 

I tu jest problem, co kto uważa za nieprzyzwoite czy szkodliwe. Pruscy cenzorzy z jakiegoś powodu dopatrywali się na przykład kryptopolitycznych treści w polskiej piosence „Wesoły ja parobeczek, zalecam się do dzieweczek” i dopiero poznański sąd uznał, że za miłość karać nie wolno. Ciekawe, co by powiedzieli sędziowie na pieśń z ok. 1414 roku, zapisaną w Codexie Mikołaja z Koźla, obecnie w posiadaniu wrocławskiej Biblioteki Uniwersyteckiej. To jedna z najstarszych pieśni żakowskich w języku polskim, bardzo przyjemnie nieobyczajna. Opowiada o pannie, co nie chciała dać... koniowi owsa. Był taki czas, że żadna nacja nie chciała się przyznać do tych sprośności – czescy badacze zaklinali się, że to dzieło Polaków, a Polacy twierdzili, że piosenka jest czeska. Ostatecznie nie zna granic ni kordonów pieśni zew.

 

W tej sytuacji może lepiej pozostawić muzykowanie profesjonalistom. Wiedzą, co i kiedy śpiewać, a także jak się bronić przed władzą próbującą kontrolować artystów. A ta kontrola bywała (i wciąż bywa) nieprzyjemna. Wrocławscy rajcy interesowali się nawet, czym członkowie bractw muzycznych, istniejących od 1530 roku, pokrzepiają nadwątlone sztuką ciała. Oczywiście, w trosce o ich zdrowie, bo podobno sami umiaru nie byli skłonni zachowywać. Wiadomo, że na towarzyskich wieczorach olejowo-piwnych obficie raczyli się napojem, który miał regenerować zdarte gardła. Składał się on z piwa, oliwy z oliwek, gałki muszkatołowej, imbiru, pieprzu i soli.

 

Nie żałujmy jednak podopiecznym świętej Cecylii tych krótkich chwil zabawy. Mieli ciężkie życie. W 1578 roku powstała lista muzyków miejskich Wrocławia, na której figurowało dziewięciu trębaczy, dwóch harfistów, trzech lutnistów, dwóch organistów, muzycy grający na kotłach oraz na takich instrumentach dętych, jak cynki, dulciany i szałamaje. Nie mieli prawa grać na weselach, więc kiedy chcieli dodatkowo zarobić, musieli prosić Radę Miejską o pozwolenie.

 

A urzędnik artysty nie zrozumie.

 

W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku muzycy z wrocławskiej orkiestry symfonicznej zwrócili się do Wojewódzkiej Rady Narodowej z prośbą o dodatkowe etaty, żeby orkiestrę było lepiej słychać. Odpowiedź brzmiała: „Mocniej dmuchajcie, to głośniej wyjdzie, bez etatów”.

 

Fragment książki Wrocław tkwi w szczegółach