Wydanie: MWM 06/2013

Saksofon szeryfa

Wszystko zaczęło się od jednego zdania w moim poprzednim felietonie, a dokładnie od uwagi w nawiasie: „Jazz kojarzy się niemal wyłącznie z prezydentami demokratami. (Czego słuchają republikanie? Country & western?)”. Odpowiedź redaktora Matwiejczuka była błyskawiczna: „Poproszę o tekst o związkach jazzu i country w ramach zadośćuczynienia za to haniebne deprecjonowanie muzyki country”. Niech więc będzie. Warto przed wakacjami wyrównać rachunki – jak western, to western!

Czy jazz jest wyłącznie muzyką czarnych społeczności z miast Środkowego Wschodu i wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych? A muzyka country kojarzy się jedynie z południową i zachodnią częścią USA oraz białymi prowincjuszami o spalonych słońcem karkach? Nie. Od zawsze nie.

Jeśli pominiemy rzeczy oczywiste, czyli np. bluesowy pierwiastek łączący jazz i country, oraz prehistorię w rodzaju wspólnych nagrań Jimmie’ego Rodgersa i Louisa Armstronga w 1930 roku, za pierwszy ważny dokument przenikania się dwóch światów można uznać album Way Out West Sonny’ego Rollinsa z 1957 roku. Całą koncepcję saksofonista wymyślił podobno sam – podczas pierwszej w życiu podróży na zachód wróciły wspomnienia z dzieciństwa, kiedy odskocznią od szarej codzienności Harlemu były westerny oglądane w kinie. Sonny Rollins z własnej inicjatywy ubrał się w strój kowboja i dał się sfotografować na pustyni Mohave. Tak powstała jedna z najbardziej znanych okładek w historii jazzu. A muzyka? Album otwiera w zasadzie pseudocountry, czyli utwór I’m an Old Cowhand napisany przez Johnny’ego Mercera do filmu Rhythm on the Range. Dalej mamy już coś bardziej autentycznego: Wagon Wheels, a także kompozycję tytułową, w której Sonny Rollins jawnie nawiązuje do westernowego klimatu.

Dziewięć lat później młody wibrafonista Gary Burton przeprowadził się na jakiś czas do Nashville na prośbę Bootsa Randolpha (saksofonisty znanego z płyt Elvisa i twórcy Yakety Sax głównego tematu Benny Hill Show). Rezultatem jest kolejny kamień milowy na drodze łączącej jazz i country: album Tennessee Firebird (1967) nagrany co prawda bez Bootsa, ale za to z udziałem innych sław z Nashville, choćby gitarzysty Cheta Atkinsa. Na liście utworów znajdziemy kompozycje Boba Dylana, Hanka Williamsa i Smokey Rogersa.




Bill Frisell odbył podobną muzyczną podróż w drugiej połowie lat 90. i dzięki temu następne pokolenie fanów jazzu dostało jasny sygnał, że muzyka country nie jest niczym wstydliwym. Po swoim wrocławskim koncercie Frisell opowiadał nam o sesjach nagraniowych do płyty Nashville, w których brali udział tamtejsi muzycy: „Praca z nimi różniła się od moich wcześniejszych doświadczeń. Przedtem pisałem po prostu partytury na wszystkie swoje albumy i dla wszystkich zespołów. To była dla mnie tradycyjna metoda pracy. Muzycy, z którymi nagrywałem Nashville, uczyli się tych kawałków ze słuchu, pokazując je fragmentami jeden drugiemu. Obserwowanie tego odmiennego sposobu komunikowania się za pomocą muzyki naprawdę otworzyło mi uszy na coś nowego. Nasza historia jest skomplikowana, ale wierzę głęboko, że kiedy ludzie zaczynają grać razem, wszystkie zaszłości i uwarunkowania znikają. Kolor skóry, kwestia pochodzenia… muzyka unieważnia granice”.

Nie można w tekście o związkach country (czy szerzej – americany) z jazzem pominąć doniosłej roli, jaką odegrał Béla Fleck i jego upór artystyczny. Nikt przez lata nie zdziałał dla tej ważnej fuzji tyle co on. Wydaje się jednak, że to właśnie album Nashville Frisella był kamykiem, który poruszył lawinę, nawet jeśli ta nie ruszyła natychmiast. W 1996 roku umiera znana tylko na lokalnej scenie Eva Cassidy, wkrótce potem sprzedaż jej albumów osiąga liczbę 4 milionów egzemplarzy, a kompilacja Songbird w 2001 roku znajduje się na pierwszym miejscu brytyjskiej listy przebojów. Rok później wychowana w Teksasie pianistka jazzowa Norah Jones debiutuje jako piosenkarka i zgarnia pięć nagród Grammy. W 2004 roku powraca z albumem jeszcze mocniej nasyconym wpływami country. Tytuł jest znaczący: Feels Like Home.

Bardzo ważny jest rok 2008, kiedy ukazuje się kilka płyt, które na trwałe scementowały jazz i country (a proces cementowania przebiegał po bardzo różnych stronach sceny): Blue Note wydaje bestsellerowy album Wyntona Marsalisa i Williego Nelsona Two Men with the Blues. Legendarny kontrabasista Charlie Haden (który wcześniej ledwie romansował z americaną na duetowej płycie Beyond the Missouri Sky z Patem Methenym) w 2008 roku dokonał prawdziwego country’owego coming out. Nagrał płytę Rambling Boy w towarzystwie swoich dzieci (znanych notabene z zespołu The Decemberists). Powraca na niej do przebojów z dzieciństwa, które śpiewał od trzeciego roku życia w rodzinnym zespole Haden Family. Od trzeciego do piętnastego roku życia. Dzień w dzień. Przed lekcjami. W radiowym studiu. Oto prawdziwe korzenie muzycznego rewolucjonisty i kontrabasisty kwartetu Ornette’a Colemana.


W tym samym roku ukazała się też płyta szczególnie bliska mojemu sercu, jedna z niewielu, do których powracam z wielką regularnością: Green Hanka Robertsa, na której swobodna improwizacja miesza się z rockowymi riffami, a gra Robertsa na wiolonczeli i jego przejmujący śpiew przesycone są ewidentnie bluegrassową wrażliwością. Tej bluegrassowości byłem pewien od razu, mimo że o szeroko pojętej muzyce country mam ledwo mgliste pojęcie. Jednak moja diagnoza chyba okazuje się trafna, skoro na kolejnej płycie Everything Is Alive Roberts połączył siły z Billem Frisellem.

Co dzieje się dziś w kwestii łączenia jazzu i country? Znakomicie rozwija się choćby kariera skrzypaczki, improwizatorki i piosenkarki Jenny Scheinman. Fuzja stała się faktem, a krytycy wymyślają kolejne terminy, próbując ją precyzyjnie opisać: newgrass, alt-country, country jazz itd. Echa tej aksamitnej rewolucji wychodzą poza granice Stanów, wpływy folkowe słychać na nagranej w Kanadzie płycie Coin Coin Matany Roberts, o której już pisałem na łamach „Muzyki w Mieście”, w Quebecu działa arcyciekawa formacja Rodéoscopique, a Brandon Seabrook, Otis Taylor i Joe Morris od lat konsekwentnie poszerzają pole zastosowania banjo w różnych muzycznych kontekstach.

Wszystko składa się w logiczną społeczno-muzyczną całość: skoro jazz stał się muzyką klasy średniej, a klasa średnia ucieka z metropolii do podmiejskich domków z ogródkiem… niech żyje country jazz!

I jak, Redaktorze, jesteśmy kwita?