Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 06/2013

Michel-Ange Poisson „Orfeusz albo radości i zgryzoty"

Mały przewodnik po operach zapomnianych i nieistniejących
Michel-Ange Poisson Orfeusz albo radości i zgryzoty tragédie en musique w trzech aktach z prologiem libretto: autor nieznany premiera: Versailles, 1689

Streszczenie:

            Prolog

            Dwadzieścia cztery Godziny narzekają, że każde wydarzenie, które przynoszą światu, przyćmiewa blaskiem Król Słońce (chór: Le rayon qui grille la pupille…Promień wrażony w źrenicę oka...), a nawet ich śpiew mniej jest ceniony od królewskiego pogwizdywania. Ich ojciec, Czas, stwierdza, że radość często spotyka się w jednej chwili ze zgryzotą (aria: Comme miel et poivre, comme rose et cadavre… Jak miód z pieprzem, róża z wieprzem...) i obiecuje im opowiedzieć starą historię o innym śpiewaku, którego wyczyny pobił Ludwik XIV.

 

            Akt I

            Scenę wesela Orfeusza i Eurydyki otwiera chór nimf (Donnez-nous des sorbets, des gâteaux, promptement…Dajcież sorbety, chyżo nieście torty...) i przekomarzający się z nim chór satyrów (À main hirsue, tirons du miel des ruches…Miodu dobyć z barci łapą kosmatą...). W chwili, gdy Eurydyka, spłoszona przez satyra, biegnie przez łąkę, by zaraz wpaść w gniazdo węży, następuje entrée Zefirów, zajmujące całą resztę aktu. Po obszernej suicie tańców (Air gracieux, dwa tamburyny, gawot, passacaglia, chaconne, air vif) Zefiry chórem sławią armię Króla Słońce, oblegającą Mannheim w trakcie walk z Ligą Augsburską, i zapewniają władcę o swojej pomocy (Apportons, de bon gré, des boulets de canon…Nieśmy ochotnie armatnie kule...). Następnie Plotka, Zawiść i Bezbożność w tercecie (En nous étouffant avec notre propre bile… – Żółcią własną się krztusząc...) życzą królowi przegranej, ale zostają wygnane przez Szczęście i Francję, wieszczące dobrobyt Europy pod królewskim berłem (Plus doux que les cerises confites…Słodsze nad kandyzowane czereśnie...).




Akt II

            Orfeusz, zstąpiwszy w zaświaty, lamentuje nad utratą zielonych łąk i pól Francji (lament: Où toute fleur tourne ses pétales… Gdzie każdy kwiatek płateczki obraca...), czym wzrusza do łez Charona. Przewieziony na drugą stonę Lety, staje przed parą władców: Hadesem i Prozerpiną (Je regarde la voie pour éviter l’abîme…Patrząc pod stopy, by w otchłań nie wdepnąć...), ale w tym momencie następuje entrée Duchów Zawiści (chór: Déchirez les serpents enchevêtrés et féroces…Szarpaj kołtun z dzikich węży...). Po kilku tańcach charakterystycznych (Taniec magów frygijskich, Taniec furii wulkanicznych, Taniec cieni, niosących marcepany, Taniec cierpień piekielnych) następuje scena walki najpiękniejszych kobiet zaświatów o serce Ludwika XIV oraz najdzielniejszych wojowników o jego sławę niezwyciężonego wodza. Z „wielkiej maszyny” zstępuje do podziemi Francja, która (w arii: Je verse de la mélasse sur ceux qui se brouillent... Leję melasę na zwaśnione strony...) obwieszcza, że Król Słońce należy do całej ziemi, bez wyjątku.

 

            Akt III

            Eurydyka, prowadzona przez Orfeusza do wyjścia z zaświatów, śpiewa smutną pieśń pastereczki (Je verse de la mélasse sur ceux qui se brouillent... Niestrzyżona owco miła...), budząc spazmy tęsknoty (Las... Las... – Biada... Biada...) w idącym przed nią ukochanym. Kiedy Orfeusz już-już ma się odwrócić (Je me tordrai la nuque plutôt que de tourner le cou… Ô nuque maudite!Prędzej kark skręcę, niż obrócę szyję...Przeklęty karku!), następuje entrée Radosnych Poddanych Króla Słońce: wiązanka stylizowanych tańców ludowych z różnych regionów Francji, spór z czterema miastami niemieckimi (Notre armée, comme un couteau dans du beurre…Armia nasza jak nóż w masło...), strącenie Furii Wojennych do Tartaru przez Geniusza Militarnego (aria: Allez! À bas! À bas! Rach! Ciach! Ciach!) oraz pożegnalna suita tańców dworskich.

 

 

            Niektórzy badacze, ze względu na groteskowo niespójną treść oraz obecność rozbudowanych entrées, uważają to zaginione dzieło za ogniwo pośrednie między tragédies en musique a późniejszymi opéra-ballets (poprzedzające o blisko dekadę L'Europe galante André Campry z 1697 roku), które jednak zostało wyśmiane ze względu na zbyt nowatorską formę. Wedle innych jego komizm jest przygodny i wynika z poślednich umiejętności autorów: kompozytora Poissona i anonimowego librecisty.

            Orfeusza albo radości i zgryzoty znamy dziś – podobnie jak autora muzyki – niemal wyłącznie z korespondencji słynnej pani de Sévigné, która w listach do córki, pani de Grignan, starała się zabawiać ją wszelkimi paryskimi sensacjami, dykteryjkami i plotkami. Wprawdzie pod koniec życia była mniej wylewna niż w wcześniej, ale na fali ekscytacji przedstawieniem Fedry Racine'a (1688) zainteresowała się teatrem, zaś Orfeusz... Poissona był jedną z najsłynniejszych klap teatralnych epoki. Wzmianki o tym znajdziemy w wielu pamiętnikach, są one jednak z reguły bardzo pobieżne, a często ograniczają się wręcz do przytoczenia złośliwej opinii hrabiny de La Fayette („Po wycierpieniu licznych zgryzot oczekiwałam na radości. Na próżno”). Tymczasem w listach pani de Sévigné oprócz obszernego opisu wystawienia oraz skrótowego, acz nakreślonego pewną ręką portretu kompozytora, znalazł się i oryginalny program, z którego znamy dziś incipity poszczególnych arii.

            Poisson, jeśli wierzyć bogini francuskiej epistolografii, przyszedł na świat jako Michelangelo Poggioni i rósł w środowisku włoskich imigrantów pracujących na dworze Ludwika XIV. Ojciec jego był cukiernikiem, mistrzem produkcji marcepanów, a z zamiłowania – skrzypkiem, toteż wychowywał syna w legendzie słynnego krajana, Jean-Baptiste'a Lully'ego, który wywodząc się z podobnej klasy społecznej, został jednym z najsłynniejszych kompozytorów epoki i zaufanym monarchy. Lully wprawdzie wypadł z łask królewskich z powodu swych homoseksualnych skłonności (przy czym „skłonności” to subtelny eufemizm), ale w Wersalu rządził przecież ten sam Król Słońce, a młody Poggioni marzył, by zostać jego nadwornym kapelmistrzem. Wspierał go w tym ambitny ojciec, z jednej strony łożąc znaczne sumy na muzyczne kształcenie syna, z drugiej – używając wpływów na dworze dzięki wsparciu całej grupy włoskich wytwórców słodyczy; zwłaszcza Cantalamessy (sorbety), Picciniego (kandyzowane owoce) i Sycylijczyka Bianchiego (cassaty). Librecista, również cukiernik (specjalność: lukrecja), był niegdyś – co wiemy z listu pani de Sévigné – zakonnikiem. Znanym z surowych sądów moralnych i głębokiego zgorzknienia, nie zażywał u dworu wielkiej sławy, ale Poggioniego seniora nie było stać na wytrawniejsze pióro. Historia nie przechowała, niestety, jego nazwiska.

            Opera o Orfeuszu była gotowa już od pewnego czasu, kiedy latem 1689 roku pojawiła się szansa na jej wystawienie: Tetyda i Peleus autorstwa ucznia Lully'ego, Pascala Collasse, nie została dostarczona na czas ze względu na ciężką chorobę kompozytora. Dzięki wstawiennictwu Cantalamessy król zgodził się dać szansę młodemu Poggioniemu-Poisson, co już na wstępie wywołało żarciki o spisku włoskich cukierników.

            Librecista gorączkowo przerobił niektóre partie mitu na komentarze do bieżącej sytuacji politycznej, ale przedstawienie i tak, jak wiadomo, zrobiło klapę. Czy to z powodu nieoczekiwanej formy, zbyt ochoczo mieszającej porządek mityczny z publicystycznym, czy za sprawą nieudolnych dekoracji (dramatyczne przewrócenie ścian zaświatów przez wbiegające furie), czy w związku z nasyconym kwestiami cukierniczymi komizmem libretta, przedstawienie doprowadziło część dworu do takich spazmów, że przerwano je w połowie jednej z arii, bojąc się o życie księżnej de Lauzun, która zakrztusiła się kandyzowaną wiśnią. Różnią się natomiast relacje dotyczące reakcji samego króla, który według jednego pamiętnikarza po wyjściu z przedstawienia miał pogwizdywać sobie melodie na własną cześć, wedle innego – uznał operę za kpinę i posłał Poissona do szpitala dla psychicznie chorych w Charenton.

            Wydaje się jednak, że nieszczęsny kompozytor trafił tam za sprawą troskliwej rodziny po tym, jak usiłował rzucić się pod karetę i skrócić męki niedocenionego twórcy. W Charenton żył jeszcze przez wiele lat, by w końcu umrzeć jako dziewięćdziesięciolatek w połowie XVIII wieku (dokładna data nieznana); jeszcze diuk de Saint-Simon pisał w pamiętnikach (wpis z 1748 roku), że w podzięce za jałmużnę przysłano mu z przytułku jabłka owinięte w papier nutowy: „był to rękopis niejakiego Poissiniego [sic!], szalonego Włocha, który ułożył tam niemal dwieście oper i oratoriów do całkowicie niezbornych librett”. Nie znamy, niestety, ani jednego tytułu późniejszych dzieł Poissona, ani też żadnego ich fragmentu.

 

Autor pragnie podziękować Szymonowi Żuchowskiemu za przekład incipitów.