Wydanie: MWM 08/2013

Biała ściana z czerwoną plamą

Giovanni Sollima zagra dwukrotnie na tegorocznej Wratislavii Cantans
Article_more
Najczęściej na pytanie, dlaczego gram ten czy inny utwór, odpowiadam: bo mi się podoba.

Joanna Michalska: Podobno sycylijska rodzina Sollimów to muzycy z pokolenia na pokolenie?
Giovanni Sollima
: Od dwustu lat jesteśmy muzykami. Mój tata i dziadkowie to pianiści.

 

Dlaczego pan wybrał wiolonczelę?
Pierwszą znalazłem pod choinką, gdy miałem dziewięć lat. Byłem nią tak oczarowany, że uparłem się, aby natychmiast zacząć naukę gry. Bardzo się awanturowałem, na szczęście rodzice przyjaźnili się z profesorem wiolonczelistą, więc sprowadzili go w Boże Narodzenie i tuż przy choince odebrałem pierwszą lekcję.

Wiolonczela to instrument, który pokrywa osiemdziesiąt procent ciała muzyka. Trzeba ją objąć; przytulam się do niej, gdy gram. Część dźwięku rozchodzi się w przestrzeni, a część uderza w mój brzuch. To niesamowite uczucie. Wiolonczela jest też bardzo ciepła w trakcie gry. Ma swoje humory: płacze, śmieje się, krzyczy, może być nostalgiczna. Ekspresywna gra, na którą ten instrument pozwala, jest zgodna z moją osobowością.

 

Gra pan nie tylko na klasycznej wiolonczeli.
Grałem już na wiolonczelach elektrycznych, na violi da gamba, wiolonczeli wykutej z lodu, hinduskim sarangi. Moim podstawowym instrumentem jest szesnastowieczna wiolonczela Francesca Ruggieriego z Cremony. Gram na niej z miłością, choć jest trudna. Za to ma bardzo mocny dźwięk.

 

Jak się gra na instrumencie zrobionym z lodu?
Lodowa wiolonczela miała długie wibracje, zupełnie jak renesansowa. Instrument w trakcie koncertu podlegał ciągłej przemianie, bo się topił. To było bardzo ciekawe doświadczenie.

 

We wrześniu po raz pierwszy przyjedzie pan do Polski. Na koncercie finałowym festiwalu Wratislavia Cantans usłyszymy Folktales na wiolonczelę i orkiestrę pana autorstwa. O czym są tytułowe opowieści?
Inspiracją do napisania Folktales był tradycyjny śpiew sycylijski. Jak większość muzyki ludowej związany jest z rytuałami, inne utworyprzynależą do sfery sacrum, inne do profanum. Nie miałem jednak na myśli żadnej konkretnej pieśni, ale charakter sycylijskiego śpiewu. Lubię typowe dla tej wyspy piosenki rybaków. Melodie na Sycylii są silnie związane ze słowami, sam dialekt ma w sobie muzykę. A wiolonczela to niezwykle śpiewny instrument.

W Folktales zilustrowałem też dwa spośród wielu sycylijskich wulkanów. Przewodnikiem w mojej kompozycji jest pisarz Italo Calvino, który zbierał i zapisywał baśnie sycylijskie. Utwór jest zabawny i tragiczny jednocześnie. Publiczność rozpozna ironię, gdy gram incipit Koncertu wiolonczelowego c-moll Vivaldiego, a potem rozpoczynam własne wariacje na ten temat. To jest odwołanie do tytułu koncertu – „Korzenie”. Starałem się też oddać w muzyce ducha bliskiej Sycylijczykom greckiej tragedii. Do dziś mamy pięknie zachowane pozostałości teatrów z czasów kolonii helleńskich. Folktales są jak dziennik z podróży.

 

Po Sycylii?
Przeciwnie, jestem poza wyspą, ale mam ją cały czas w głowie. Widzę Sycylię z dystansu. Spotykam ludzi, którzy mnie inspirują. Napotkani rybacy przywodzą mi na myśl melodie piosenek poławiaczy z rodzinnych stron, sprawiają też, że zastanawiam się nad związkami człowieka z morzem, z naturą, choćby w postaci ryby. Komponując, odnajdywałem w pamięci osoby spotkane nawet parę miesięcy wcześniej, więc ich obraz był już przyswojony przez moje wnętrze. I jak zawsze inspirował mnie Leonardo da Vinci, którym fascynuję się od dziecka, bo jednocześnie interesował się człowiekiem oraz nauką i technologią.

 

Jednak Folktales nie mają fabuły?
Muzyka nigdy nie opowiada konkretnej historii, może ewentualnie robić to ścieżka dźwiękowa filmu. Folktales to gra nastrojów, świateł i cieni.

 

Określenie przywołuje na myśl Caravaggia, któremu zadedykował pan suitę. Jeden z utworów z tego cyklu usłyszymy na innym festiwalowym koncercie z udziałem pana i wrocławskich wiolonczelistów.
Zainspirowały mnie fragmenty nut z muzyką flamandzką namalowane na obrazach Caravaggia, odtworzone z maniakalną wręcz precyzją. Tak samo dokładnie malował instrumenty. Patrząc na te obrazy, słyszę melodię. Uwielbiam Caravaggia, bo w jego dziełach jest napięcie, jakiego szukam w muzyce. Dwanaście utworów, które skomponowałem na zamówienie Teatru Tańca w Turynie, jest inspirowanych nie tylko obrazami, lecz także życiem wielkiego malarza. To postać tragiczna tak jak Gesualdo da Venosa, którego muzykę również zagram na moim pierwszym koncercie w Polsce. Obaj artyści popełnili morderstwo, obaj musieli uciekać, byli bardzo nieszczęśliwi. Barok to była dośćmroczna epoka, a Caravaggio miał obsesję światła.

 

Carlo Gesualdo to okrutny morderca czy postać tragiczna?
Romantyczna wizja, wedle której muzyka Gesualda jest odbiciem jego życia, to według mnie pomyłka. Charakterystyczna chromatyka była „ostatnim krzykiem mody” w czasach da Venosy, stosowanie jej dawało kompozytorom wręcz hedonistyczną przyjemność. Gesualdo wypracował swój styl, zanim zabił żonę, nim był zmuszony do ucieczki.

 

Sztuka nie jest efektem doświadczeń życiowych artystów? Pan także jest twórcą, mówi pan z własnego doświadczenia?
Twórczość to zwykle odwrotność życia. Artysta opowiada o tym, czego nie ma, czego mu brakuje.

 

Gra pan piosenki Jimiego Hendrixa, Nirvany obok repertuaru klasycznego i własnych kompozycji. Czy nie zdarza się, że publiczność przychodzi na koncert zobaczyć „dziwne zjawisko” – muzyka o klasycznym wykształceniu, grającego rocka na filharmonicznym instrumencie?
Dzielę muzykę na dobrą i złą, i nie uznaję innych podziałów. Odrzucam uprzedzenia, interesuję się wszystkim. Niektóre utwory Nirvany mają niemal barokową strukturę. Linia basu, melodia pasują idealnie do Monteverdiego. Dzięki prymitywnemu nieskomplikowaniu są niezmiernie przejrzyste. Nirvana świetnie współgra z pozostałymi kompozycjami, które z innymi wiolonczelistami wykonam na festiwalu Wratislavia Cantans.

Najczęściej na pytanie, dlaczego gram ten czy inny utwór, odpowiadam: bo mi się podoba. Bo pasuje do pozostałych albo ciekawie z nimi kontrastuje; bo dodaje wartości poprzednim kompozycjom. Fascynują mnie podobieństwa i kontrasty między kompozycjami z bardzo odległych od siebie czasów. W muzyce najważniejsza jest linia dramaturgiczna. Publiczność zawsze rozumiała moje pomysły. Nirvana we Wrocławiu będzie jak biała ściana z czerwoną plamą.

Jest pan nazywany kompozytorem postminimalistycznym. Zgadza się pan z tą opinią?
Jestem wiolonczelistą, a nie kompozytorem. I nie akceptuję żadnych etykietek. Są zawsze ograniczające. Coraz rzadziej słyszę określenia minimalistyczny lub postminimalistyczny. Napisałem jeden czy dwa utwory o cechach minimalizmu, bo podobał mi się hipnotyzujący efekt powtarzania jednego motywu. Swój styl mogę określić tylko słowem „ciekawość”. Interesuję się wszystkim i dlatego moja muzyka ciągle się zmienia. Na przykład nie zajmuje mnie już elektronika w muzyce, nawet nie mam już elektrycznej wiolonczeli.

 

Czy to skromność nie pozwala panu nazywać się kompozytorem?
Nie komponuję w metodyczny sposób. Nigdy nie siadam do stołu, żeby pisać. Biorę instrument do ręki i gram – tak powstaje moja muzyka. Nowe utwory spisuję zwykle dopiero po kilku miesiącach.

 

Niczego pan nie zapomina przez ten czas?
Muzyka, którą raz zagram, staje się moim tatuażem. Komponuję emocjonalnie, instynktownie, jak dziecko, które rysuje dom. Najważniejsze są dla mnie emocje.

 

Pracuje pan w taki sam sposób, gdy utwór powstaje na zamówienie?
Zamówienia nie są dla mnie łatwe. Jeśli utwór do napisania jest już szczegółowo i rygorystycznie opisany – na przykład ktoś życzy sobie mieć konkretną liczbę określonych instrumentów – nie podpisuję kontraktu.

 

A czy lubi pan pisać muzykę dla wspomnianego teatru tańca?
Najbardziej podobała mi się współpraca z choreografem Robertem Zappalà z Katanii; dawaliśmy wspólne występy w całości improwizowane. Świetnie się przy tym bawiliśmy, chociaż to spore ryzyko łączyć dwa całkiem różne języki artystyczne – muzykę i taniec – bez żadnego przygotowania. Myślę, że ludziom brakuje improwizacji, która przecież stymuluje kreatywność. Przede wszystkim szkoły muzyczne powinny otworzyć się na improwizację, niestety całkowicie ją odrzuciły. Dla artysty umiejętność tworzenia w czasie rzeczywistym jest bardzo rozwijająca.

 

Czerpie pan między innymi z muzyki ludowej. Czy podróżuje pan w miejsca, gdzie można usłyszeć żywy folk, czy po prostu słucha pan nagrań?
Często jadę dokądś posłuchać miejscowej muzyki. Byłem w Ameryce Południowej, w północnej Afryce – jest tam fantastyczna, bogata tradycja muzyczna. Za miesiąc pojadę do Salento na festiwal La Notte della Taranta, którego główny koncert trwa osiem godzin. Cały czas tańczy się tarantele, wszystko przypomina szamański obrzęd. W zeszłym roku głównym wykonawcą był Goran Bregović, co pokazuje, że każdy artysta może zinterpretować tradycje muzyczne południa Włoch poprzez swoją kulturę.

 

Jest pan znany również z konstruowania instrumentów. Jak pan je tworzy? Najpierw pojawia się pomysł na formę?
Konstruuję dziwne instrumenty w sposób przypadkowy. Także w mojej muzyce jest sporo przypadku. Wpadam na pomysł, żeby połączyć jakieś materiały i robię to od razu „na sobie”, nigdy nie buduję instrumentu na stole, tylko od początku w ustawieniu do gry.

 

Festiwal Wratislavia Cantans odbywa się w tym roku pod hasłem „Podróż do Włoch”. W naszej rozmowie cały czas przewija się wątek Sycylii. Jakie to miejsce?
Fascynujące muzycznie, bo zachowało wpływy wszystkich ludów, które podbiły ten region: starożytnych Greków, Fenicjan, Albańczyków, Hiszpanów, Niemców, Szkotów. Miejsca na styku kultur są zawsze najciekawsze. Sycylia jest przede wszystkim wyspą – niby położoną bardzo blisko lądu, ale jednocześnie daleką, to znaczy odmienną od tego, co na stałym lądzie. Barokowa Katania, leżąca u stóp Etny, jest przepiękna. Moje rodzinne Palermo to miasto humanistów, ale trochę mroczne. Przede wszystkim kojarzy mi się z zapachem. Ryb. Sycylia to wiele niepokojących zapachów… Jeśli pani tak napisze, to już nikt tam nie przyjedzie.

 

Rozmawiała Joanna Michalska

 

 

Giovanni Sollimawiolonczelista i kompozytor; studiował u Giovanniego Perriery i Antonia Janigra oraz kompozycję u swego ojca, Eliodora Sollimy, a także u Milka Kelemena. Współpracował z Claudiem Abbadem, Giuseppem Sinopolim, Marthą Argerich, Riccardem Mutim, Yurim Bashmetem, Katią i Marielle Labèque, Ruggerem Raimondim, Brunonem Caninem, DJ Scannerem, Victorią Mullovą, Patti Smith, Philipem Glassem i Yo-Yo Ma, a także z Carolyn Carlson, Bobem Wilsonem, Alessandrem Baricco, Peterem Steinem, Peterem Greenawayem, Johnem Turturro. Ostatnio z zespołem I Turchini Antonia Floria nagrał album Neapolitan Cello Concertos dla hiszpańskiej wytwórni Glossa Music. Wkrótce na płycie Ba-Rock Cello ukaże się suita muzyki barokowej i rockowej zaaranżowana przez Giovanniego