Wydanie: MWM 08/2013

Dziecko szczęścia

Julia Lezhneva
Niewielu w dzisiejszym świecie artystów może powiedzieć o sobie, że są spełnieni. Ale do tej grupy z pewnością należy młoda i niezwykle zdolna Rosjanka – Julia Lezhneva. Swoim śpiewem elektryzuje publiczność, a w krytykach powoduje egzaltację, skłaniającą do porównań z największymi legendami światowej wokalistyki.

Prywatnie nie ma w niej nic ze źle pojętego, kapryśnego gwiazdorstwa. Przeciwnie – delikatnością i wrodzonym czarem, skromnością i szczerym uśmiechem potrafi sobie zjednać każdego, choć oczywiście ma poczucie własnej wartości. Zapewne pomaga jej to w niełatwej pracy, ale przecież to nie zarzut, tylko podkreślenie cech, które zdają się ostatnio coraz rzadsze w kontaktach międzyludzkich.


Z Sachalina do Wielkiej Brytanii

Dotychczasowa droga artystyczna Julii Lezhnevy może przyprawić obserwatorów o zawrót głowy, a u konkurencji budzić zazdrość. Dała się poznać światu w wieku kilkunastu lat, zdążyła już zadzierzgnąć współpracę z największymi, jednak co najważniejsze – w kontekście jej rosyjskiego pochodzenia i edukacji – działa na polu, którego z Rosjanami najczęściej się nie kojarzy, czyli tak zwanego wykonawstwa historycznego. Nie byłoby tego wszystkiego bez kilku ważnych zrządzeń losu albo szczęśliwych zbiegów okoliczności. Na początku okazało się, że kilkuletnie dziecko geofizyków pracujących w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc, na dalekim Sachalinie, wykazuje ponadprzeciętne zdolności muzyczne, ma doskonały słuch i muzyczną intuicję. I choć sama nauka muzyki spodobała się małej Julii, to – jak przyznaje teraz, a co pewnie brzmi paradoksalnie – z początku zupełnie nie przepadała za operą. Trafiła do dobrych szkół, a co ważniejsze, spotkała tam znakomitych pedagogów i bardzo przychylnych sobie ludzi. Z wyróżnieniem ukończyła Konserwatorium Moskiewskie, a później studiowała w Wielkiej Brytanii, w Guildhall School of Music and Drama i w Instytucie Śpiewu w Cardiff. Pierwszym ważnym sukcesem, który zwrócił na nią oczy krytyki, było Grand Prix VI Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. Eleny Obraztsovej. Lezhneva miała wówczas zaledwie siedemnaście lat.


Dwóch mistrzów

Ale wracając do szczęśliwych przypadków. Nie byłoby Julii Lezhnevy – śpiewaczki z powodzeniem wykonującej muzykę baroku z orkiestrami instrumentów dawnych – gdyby nie e-mail od Marca Minkowskiego i zaproszenie do współpracy. Minkowski znalazł jej nagranie na YouTube i zaproponował przesłuchanie. Dalej sprawy potoczyły się niezwykle szybko: „to zaowocowało moim pierwszym zaproszeniem za granicę, do Santiago de Compostela, i udziałem w wykonaniu Mszy h-moll Bacha, śpiewałam partię II sopranu” – wspomina. I dodaje: „tak zaczęła się moja przyjaźń z Marciem. Zapraszał mnie do wielu swoich przedsięwzięć, zawsze o mnie dbał, był opiekuńczy, to ogromne szczęście. Marc Minkowski nigdy nie stawiał się w pozycji nauczyciela, zawsze zawierzał mojej intuicji, mojemu myśleniu. Natychmiast poczułam, że zaakceptował moją osobowość i mój głos, i nie chciał niczego więcej. Uszczęśliwiało go moje podejście”.



Julia Lezhneva miała szczęście nie tylko do współpracy z Minkowskim. Bardzo ciepło wyraża się dziś również o Giovannim Antoninim, choć ma świadomość, jak wiele go różni od szefa Les Musiciens du Louvre: „on jest zupełnie inny. Pamiętam, jak w 2010 roku nagrywaliśmy operę Ottone in villa Vivaldiego dla wytwórni Naïve. Nigdy wcześniej nie wykonywałam żadnej opery barokowej. Oczywiście wiele słuchałam nagrań, miałam swoje ukochane wykonanie Herkulesa pod dyrekcją Johna Eliota Gardinera, ale nie miałam żadnego doświadczenia w wykonaniu recytatywów, nie wiedziałam, jak wczuć się w ten styl. Giovanni okazał się niezwykle uprzejmy. Zaprosił mnie do Mediolanu i bardzo dokładnie studiował ze mną każdy recytatyw, żeby objaśnić mi, jak powinien brzmieć. Ponieważ powinny one brzmieć jak mowa. W tym gatunku operowym recytatyw jest nawet ważniejszy od arii. Wiedziałam to. Ostatecznie nagranie może nie należy do najlepszych, potrafiłabym lepiej, ale w tamtym czasie to był dla mnie wielki krok naprzód w rozumieniu tej muzyki. Giovanni dał mi podstawy edukacji, z których dzisiaj dopiero w pełni korzystam”.


Efektowny debiut

Współpraca z Antoninim i zespołem Il Giardino Armonico zaowocowała wiosną tego roku albumem Alleluia z motetami Vivaldiego, Händla, Porpory i Mozarta. Płyta, którą Lezhneva zadebiutowała w barwach Dekki, zdradza, że śpiewaczka podpisała tak zwany exclusive contract na kilka następnych lat. Umowa opiewa na nagranie trzech płyt i – ewentualnie – czwartej. Lezhneva potrafiła wynegocjować kontrakt ze specjalnymi klauzulami, które nie zamykają jej możliwości gościnnego udziału w innych przedsięwzięciach: „mogę wydać płytę z jakimiś wokalnymi duetami albo uczestniczyć w nagraniu opery dla innego wydawcy. Tego sobie zażyczyłam podczas negocjacji z Dekką; chciałam mieć swobodę. To dla mnie bardzo ważne” – wspominała w wywiadzie udzielonym Polskiemu Radiu.

Niedoświadczonym artystom wytwórnie płytowe często sugerują – by nie rzec, dyktują – repertuar do nagrań, jednak z płytą Alleluia tak nie było. Lezhneva podkreśla, że owe cztery motety to był jej własny wybór. Koniecznie chciała, by znalazł się tu jeden z jej ukochanych utworów, Exsultate, jubilate Mozarta, ponieważ zna go od bardzo dawna: „śpiewałam ten motet jeszcze w szkole, gdy miałam dwanaście, trzynaście lat, gdy uczyłam się prywatnie”. Saeviat tellus inter rigores Händla podpowiedział jej Marc Minkowski, zresztą wykonywała go na koncertach z jego orkiestrą. Nowymi utworami w jej repertuarze okazały się motety Vivaldiego i Porpory. In caelo stelle clare tego ostatniego jest poza tym fonograficzną prapremierą. Pewnie Julia Lezhneva długo nie musiała się zastanawiać, czy to dobry repertuar dla niej – do jej perlistego głosu pasuje ta muzyka przecież doskonale. A In furore iustissimae irae Vivaldiego specjalnie polecać i rekomendować nie trzeba – to od dawna przebój barokowej muzyki religijnej i pewnie każda śpiewaczka marzy, by móc dzięki niemu zabłysnąć jak najefektowniej. W tym przypadku intuicję Lezhnevy potwierdził Giovanni Antonini. Konsultując zawartość płyty, wymienili się ponoć e-mailami w jednej chwili i w obydwu listach stało: In furore!


Bez zawrotu głowy

Julia Lezhneva ma zaledwie dwadzieścia cztery lata. Osiągnęła – dzięki talentowi i oczywiście ciężkiej pracy – bardzo wiele. Zachodnia krytyka dawno już okrzyknęła ją „Marią Callas współczesności”, ale na te porównania rosyjska śpiewaczka reaguje raczej z odpowiednią dozą dystansu. Nie chce porównywać się z innymi – mając świadomość, jakie zjawiska istnieją we współczesnej muzyce, Lezhneva wyraźnie zaznacza: „trzeba pozostać sobą”. A słynne porównanie do Callas kwituje tak: „niewiele mam wspólnego z Marią Callas. Ona miała znacznie masywniejszy głos w moim wieku. Może wynika to z faktu, że kiedy rozpoczynałam, także byłam bardzo młoda, w wieku jedenastu lat dysponowałam już kobiecym głosem”. Ta samoświadomość młodej, rosyjskiej artystki jest chyba najważniejsza. Kiedy wymienia śpiewaczki, które ją zafascynowały, to wskazuje raczej na Kiri Te Kanawę niż na Callas, i oczywiście potrafi docenić dokonania Cecilii Bartoli. Lezhneva wie, że nie można nikogo udawać ani pod nikogo się podszywać. Wie, że można korzystać z doświadczeń innych śpiewaków, ale należy znaleźć własną przestrzeń i własną drogę. Wie, że to najlepszy sposób na osiągnięcie sukcesu i zrealizowanie własnych marzeń. A tych ostatnich ma jeszcze bardzo wiele, bo nie spoczywa na laurach i nie doświadczyła zawrotu głowy od nadmiaru sukcesów.


Marcin Majchrowski (Program 2 Polskiego Radia)