Wydanie: MWM 08/2013

Klarnecista genialny, klarnecista opętany

Tony Scott
Article_more
Twierdził, że urodził się dla klarnetu, chociaż w walce o przetrwanie, kiedy na czoło jazzowego pochodu wysunęły się saksofony, stał się wybitnym saksofonistą altowym, tenorowym i barytonowym. Po całym świecie woził ze sobą amerykański paszport, a mimo to uważał się za klarnecistę sycylijskiego. Urodził się w New Jersey w czerwcu 1921 roku, ale dziś jego nagrobek jest największą – obok muzeum mafii – atrakcją turystyczną jedenastotysięcznego miasteczka Salemi na Sycylii. Kim był Tony Scott, człowiek, którego biografią można by obdzielić kilkadziesiąt osób i żadna z nich nie nudziłaby się ani przez chwilę?

Świadomość korzeni własnej rodziny w tym przypadku nie była tylko intelektualnym konstruktem ani próbą znalezienia swojego miejsca w świecie. Nie wiadomo, jak potoczyłaby się ta historia, gdyby nasz bohater, wtedy pięcioletni Anthony Joseph Sciacca, nie odwiedził z rodzicami ich rodzinnego miasteczka Salemi. Tam usłyszał bowiem grającego na klarnecie stryja, który cieszył się estymą wśród lokalnej społeczności. Stryj miał na imię Antonino.

 

Małemu Anthony’emu życiowy cel objawił się szybko: zostać najlepszym klarnecistą świata. Bez kłopotu przeszedł przez pierwsze etapy edukacji muzycznej i zdał do prestiżowej Juilliard School Of Music, ale wytrzymał tam (podobnie jak Miles Davis) krótko. Po dwóch latach rzucił szkołę, bo marzył tylko o jednym: o graniu jazzu. „Ludzie mają różnych mistrzów – przyznawał po latach. – Jezusa Chrystusa, Mahometa, naukowcy – Einsteina, muzycy – Bacha i Mozarta. A ja miałem tylko jednego mistrza: Charliego Parkera”. Parker, genialny i niebezpieczny saksofonista, cieszył się w latach czterdziestych ogromnym szacunkiem, ponoć nikt nie miał odwagi wejść na estradę podczas jam session, kiedy grał jego zespół. Nikt z wyjątkiem młodego Scotta. Klarnecista (wtedy jeszcze, gwoli ścisłości, Tony Sciacca) szybko zaskarbił sobie sympatię Charliego Parkera i wkrótce został jego przyjacielem. Podobno Bird grał nawet na klarnecie Tony’ego, na pewno zaś istnieją ich wspólne nagrania, chociaż nie są szeroko znane.

 

Szacunek wielkich mistrzów i uznanie publiczności mają dla młodego muzyka ogromne znaczenie, lecz same w sobie nie są gwarancją sukcesu. Tony szybko zorientował się, że nazwisko, z którego wymową większość nowojorczyków ma kłopoty, może być przeszkodą w karierze. Tak Tony Sciacca stał się Tonym Scottem, ale mimo to mistrz saksofonu Ben Webster, przekręcający oryginalne nazwisko na „Skagams”, do końca życia pozostał przy własnej wersji.


Trudno zinterpretować decyzję o zmianie nazwiska w kontekście późniejszych, czasem buńczucznych lub kokieteryjnych wypowiedzi Tony’ego Scotta: „Benny Goodman i Artie Shaw zarobili w życiu miliony dolarów, ale ja nie chciałem iść w ich ślady. Nie pociągały mnie pieniądze. Moim celem było zostać najlepszym klarnecistą na świecie. I osiągnąłem to”. Z drugiej strony, Scott mówił też: „W młodości poznałem wielu muzyków, którzy zmieniali bieg historii jazzu, a nie byli sławni”.

 

Na pewno jednak Scott łaknął uznania, wręcz walczył o nie, czasem desperacko. Kiedy pod koniec życia dawał we Włoszech koncerty niebezpiecznie ocierające się o stand-up comedy, wspominał przed oczyma rozbawionej publiczności czasy, kiedy został kierownikiem muzycznym zespołu Harry’ego Bellafonte i napisał sprzedany w wielomilionowym nakładzie szlagier Banana Boat Song, lecz nie zadbał o uznanie autorstwa i tantiemy. Była to najszczersza prawda, ale z estrady nie brzmiała wiarygodnie.






Tony Scott jest niejednoznaczną i po wielekroć tragiczną postacią. Jeśli spojrzeć powierzchownie, jego nieszczęście polega na tym, że urodził się o pokolenie za późno. Kiedy stawiał pierwsze kroki na estradzie, rozpoczynała się właśnie bebopowa rewolucja, która, jak się okazało, zepchnęła klarnet w cień na całe dziesięciolecia. Z drugiej strony Scott jako jeden z dwóch pierwszych klarnecistów (obok Buddy’ego DeFranco) podjął eksperymenty z bebopem. Nieco później (znów jako jeden z pierwszych dwóch klarnecistów, tym razem z Pee Wee Russellem) mierzył się z free jazzem. Był pionierem na wielu polach, nie tylko bebopu i free, ale też new age, muzyki świata oraz performance’u muzycznego – grywając solo w portowych dokach, na ulicach Paryża, Mediolanu czy Rzymu i zabawiając dzieci dźwiękami wydobywającymi się z klarnetu, którego czarę głosową zanurzał w fontannach. Pod tym względem Tony Scott wyprzedzał swoje czasy co najmniej o dekadę.

 

Wróćmy jednak do lat pięćdziesiątych, kiedy karierę Scotta, jakkolwiek rozwijającą się, można opisać włoskim terminem chiaroscuro: gdy nadeszła propozycja angażu do orkiestry Duke’a Ellingtona, klarnecista odrzucił ją, bo proponowano mu drugi pulpit. Padły wtedy gorzkie słowa o czarnym rasizmie, bowiem pierwszymi klarnecistami orkiestry przez lata byli Afroamerykanie. Po stronie sukcesów odnotujmy trwającą dość długo współpracę z Billie Holiday, której najważniejszym owocem jest legendarna płyta Lady Sings the Blues. Pierwsza strona tego albumu złożona jest z nagrań z 1956 roku, kiedy Tony kierował zespołem wokalistki. Na płycie można też usłyszeć, jak perfekcyjnie klarnet Scotta uzupełnia partie wokalne Holiday. Wielu zresztą twierdziło, że w tym okresie łączył ich romans, czemu Tony Scott uparcie do końca życia zaprzeczał.

 

Jako wykształcony muzyk i zdolny aranżer, Scott rzucił się też w wir eksperymentów trzecionurtowych, próbując znaleźć złoty środek między jazzem i muzyką klasyczną. Niestety mimo wszystko (i tu przechodzimy na mroczną stronę) musiał walczyć, żeby związać koniec z końcem, do czego walnie przyczynił się spadek popularności klarnetu w jazzie. Tony Scott podjął pracę akompaniatora w klubie ze striptizem, jaki przy Pięćdziesiątej Drugiej ulicy prowadził jego sycylijski rodak, należący do wiadomej organizacji. Jest w tej sytuacji coś upiornego, jeśli wziąć pod uwagę, że właśnie Pięćdziesiąta Druga jest uważana za ulicę, przy której narodził się bebop. Pewnego wieczoru do lokalu trafił zamroczony alkoholem Charlie Parker. Upadł i leżał na środku parkietu, ale Scott nie pozwolił go wyrzucić, wołając: „Zostawcie go, to geniusz!”.

W 1959 roku Tony Scott postanowił zmienić swoje życie i wyjechał do Japonii, a tę decyzję należy interpretować jako kolejne pionierskie posunięcie. Scott nie był, rzecz jasna, pierwszym amerykańskim jazzmanem koncertującym w Kraju Kwitnącej Wiśni, ale koledzy, grając „swoje”, uprawiali – świadomie bądź nieświadomie – coś na kształt kolonializmu kulturowego. Pamiętajmy, że od Pearl Harbor upłynęło ledwie osiemnaście lat, a od Hiroszimy – czternaście. Nasz bohater zamiast swingować po amerykańsku, szybko uległ fascynacji kulturą japońską i wkroczył na ścieżkę duchowego rozwoju, praktykując zen. Następnym etapem podróży była Indonezja, gdzie najpierw odnosił sukcesy, grając z lokalnymi muzykami, a następnie z jakiegoś powodu został aresztowany. Podobno podczas przesłuchań był torturowany, co odcisnęło piętno na jego psychice. Bliscy mówią o powracających przez resztę życia objawach manii prześladowczej, które były tragicznym skutkiem ponadtrzytygodniowego pobytu w indonezyjskim areszcie.

Już chyba nie ma żadnych wątpliwości, że Tony Scott był niespokojnym duchem. Jakby tego wszystkiego było mało, muzyk – ledwo co wyrwany przez żonę z kraju, w którym reżim prezydenta Sukarno dopiero zaczynał pokazywać swą potworną twarz – nie trafił od razu do Stanów. Odwiedziwszy jeszcze Singapur i Malezję, na początku lat sześćdziesiątych wrócił do Nowego Jorku, gdzie pojawił się na obrzeżach wielkiej freejazzowej rewolucji. Istnieją relacje uczestników koncertów, podczas których Tony Scott stawał ramię w ramię z Johnem Coltrane’em, ale tych zdarzeń nie dokumentują niestety żadne nagrania. W umyśle Scotta dojrzewał za to pomysł na płytę Music For Zen Meditation, która ostatecznie ukaże się w 1964 roku i odniesie ogromny sukces. Ten album do dziś uważany jest za pierwszą newage’ową płytę w historii.

Mimo wszystko Tony Scott uznał Amerykę lat sześćdziesiątych za mało inspirujące miejsce. Wytrzymał dwa lata, po czym osiedlił się we Włoszech. Jego przyjazd stał się niemałym wydarzeniem. Tony szybko nawiązał współpracę z pianistą Romano Mussolinim (synem dyktatora). Z pieniędzmi jednak było krucho i najlepszy klarnecista świata musiał objeżdżać cały Półwysep Apeniński w poszukiwaniu pracy.

Mało tego, osobowość Scotta, podobnie jak wielu artystów, wpisywała się niestety w Baudelaire’owską metaforę albatrosa. Muzyk z nadzieją osiedlił się w Mediolanie uważanym za stolicę włoskiego jazzu, jednak na stabilne i spokojne życie przyszedł czas dopiero wtedy, gdy trzecia żona (poznana już w Italii) umożliwiła mu przeprowadzkę do Rzymu i przejęła kontrolę nad tzw. prozą życia. Nawiasem mówiąc, mniej więcej w tym okresie Tony Scott bywał najbliżej Polski i Wrocławia – na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych nagrał w Pradze dwie płyty z czeskimi muzykami: Boomerang i Rozhovory.

Spokojne życie nie oznaczało jednak całkowitego ustąpienia objawów chorobowych, będących efektem wspomnianych przesłuchań w Indonezji. Córki pamiętają Scotta rozpaczliwie wrzeszczącego do telefonu, a widzowie włoskiej telewizji na pewno zapamiętali program z udziałem trębacza Dizzy’ego Gillespiego. Na twarzy legendarnego muzyka, który, jak powiadają, stworzył niegdyś wraz z Parkerem bebop, maluje się ogromna radość ze spotkania z dawnym przyjacielem. Ale kiedy Tony Scott wchodzi na plan i wyrywa słuchawkę z ucha zaskoczonego Dizzy’ego, mówi do niej kilka słów i odrzuca na bok, radość ustępuje miejsca konsternacji.

Bądźmy szczerzy: największy klarnecista świata był chory psychicznie, a przynajmniej miał możliwą do klinicznego zdiagnozowania skłonność do manii prześladowczej i zachowań obsesyjnych. Jednym z mniej kłopotliwych objawów była fascynacja standardem Lush Life Billy’ego Strayhorna. Tony grał go na fortepianie, klarnecie i saksofonach z równą biegłością we wszystkich dwunastu tonacjach. Córki podobno śpiewały ten utwór obowiązkowo, jeśli chciały namówić ojca na drobne przyjemności, choćby wyjście do wesołego miasteczka. Na wydany w 1995 roku album Lush Life złożyło się pięć różnych wersji tego standardu i wariacja zatytułowana Blues For a Lush.

W czerwcu 2003 roku Tony Scott wrócił na chwilę do Nowego Jorku i zagrał w klubie Iridium wspólny koncert z drugim gigantem klarnetu, młodszym o dwa lata Buddym DeFranco. Buddy, niegdyś znany jako „gorętszy” i bardziej ekspresyjny, tego wieczoru okazał się uładzonym dżentelmenem wobec nieokiełznanego i w istocie freejazzowego stylu Tony’ego Scotta. Stało się jasne, czyj styl rozwijał się przez lata gwałtownych zwrotów i paroksyzmów, a czyj uległ stagnacji w potrzebie cyzelowania szczegółów. Dwaj najwięksi klarneciści powojennego jazzu stali obok siebie jak architekci, z których jeden stawiał szalone w swojej koncepcji katedry, podczas gdy drugi polerował jeden najdoskonalszy portyk.

Tony Scott zmarł w Rzymie w marcu 2007 roku. Podobno jedne z jego ostatnich słów brzmiały: „Jestem najlepszym klarnecistą świata”.

Janusz Jabłoński

Cytowane wypowiedzi muzyka pochodzą z filmu Io sono Tony Scott. Ovvero come l'Italia fece fuori il più grande clarinettista del jazz, reż. Franco Maresco, 2010.