Wydanie: MWM 08/2013

Mamma mia, Włosi we Wrocławiu

Article_more
Jeden Włoch przekonywał wrocławian, że wszystko, co cielesne, jest grzeszne. Drugi uważał, że grzechem jest nie skorzystać z okazji. Giovanni da Capestrano i Giacomo Casanova zrobili we Wrocławiu spore zamieszanie.

Włoską mowę Wrocław od początku swoich dziejów słyszał często. Tak często, że prośbę o datki dla ubogich wypisano na szesnastowiecznej Tablicy Jałmużniczej (wciąż wisi w kruchcie kościoła św. Elżbiety) także po włosku. Do grodu nad Odrą przybywali architekci i rzeźbiarze, sztukatorzy i malarze, muzycy i kupcy. Ale dwóch mistrzów Wrocław szczególnie zapamiętał: franciszkańskiego zakonnika – płomiennego oratora – i weneckiego awanturnika, specjalizującego się w ars amandi.

Orator z Królestwa Neapolu
Wprawdzie król Zygmunt III Waza twierdził, że Włochy to kraj licznych pokus pociągających do zboczenia z drogi prostej i uczciwej, ale Giovanniego da Capestrano (czyli św. Jana Kapistrana, jak go nazywają Polacy) żadna pokusa nie mogła uwieść. Surowego zakonnika spotkacie dziś w kościele św. Antoniego przy ulicy św. Antoniego – notabene, świątynia przypomina kościoły przy rzymskich ulicach, bo to dzieło włoskiego architekta. Jego portret namalował największy mistrz śląskiego baroku, Michael Willmann. Obraz zamówili franciszkanie, którzy kościół wybudowali. Akurat go kończyli, gdy w 1690 roku z Rzymu nadeszła wiadomość, że papież Aleksander VIII kanonizował ich współbrata, który odcisnął płomienny ślad w historii Wrocławia.

„Niskiego wzrostu, umartwionej postaci, suchego ciała. Przez skórę wyraźnie przebijały kości. Łysy, na głowie miał tylko trochę białych włosów; za to nosił długą brodę... osobliwie długie miał ręce; sięgały po kolana”. Gdy mówił, bezustannie gestykulował. A mówił wspaniale, o czym wrocławianie przekonali się w wielki post 1453 roku. Jan Kapistran głosił do nich płomienne kazania z wykusza kamienicy na placu Solnym (po tej stronie, gdzie dziś jest cukiernia La Scala). Nawoływał do walki z husytami i Turkami, a potem trwożył serca wrocławian, mówiąc o śmierci i sądzie ostatecznym. Trzymając w ręku ludzką czaszkę, wołał: „Patrzcie, gdzie są włosy, które tak trefiliście, gdzie nos, którym wdychaliście przyjemne zapachy, gdzie język, którym kłamaliście. Wszystko zjadły robaki”. Efekt kazania też był płomienny – wrocławianie rozpalili na Solnym ogromne ognisko, do którego wrzucali przedmioty zbytku, kości do gry i karty, kosmetyki i lustra. Całe duchowieństwo miejskie wstąpiło do bractwa różańcowego! I gdyby tylko entuzjazm religijny tłumów na tym się skończył. Niestety, ogień z placu Solnego zaczął też palić ludzi.

Hostie z Długołęki
Ta tragiczna historia miała swój początek w podwrocławskiej Długołęce – 28 marca 1453 roku nieznany z imienia ubogi chłop oraz jego żona mieli ukraść z miejscowego kościoła hostie. Podobno zamierzali je odsprzedać wrocławskiemu Żydowi Meyerowi. Chłop ukrył hostie na przykościelnej łące, ale szlachcic, który tamtędy przejeżdżał, odkrył je w koleinach wyżłobionych przez wozy. Sprawcę kradzieży szybko aresztowano. Wyznał na torturach, że sprzedawał hostie Żydom. Już 2 maja aresztowano czterdziestu Żydów. Ich majątki, w tym także niewykupione od lat weksle śląskich możnowładców (nawet książąt), skonfiskowano. Więźniów zmuszano torturami „do przyznania, iż działali oni w porozumieniu ze współwyznawcami z innych miast śląskich: Świdnicy, Jawora, Strzegomia i Legnicy”. Od haniebnego procesu zdystansował się tylko biskup wrocławski Piotr Nowak.

Wreszcie 24 czerwca ustawiono na placu Solnym stosy i spalono na nich Żydów oraz tegoż nieszczęsnego chłopa z Długołęki. Tłumy tłoczyły się na placu i oblepiały okna kamienic. Takiego widowiska Wrocław nie widział od czasu egzekucji przywódców powstania plebejuszy w 1420 roku. Był to także koniec średniowiecznej gminy żydowskiej, gdyż miasto otrzymało od króla przywilej nietolerancji, czyli wieczny zakaz przebywania na jego terenie wyznawców religii mojżeszowej.




Jak kochają wenecjanie

Giacomo Casanova aż takiego wpływu jak Jan Kapistran na wrocławian nie miał. Wprost przeciwnie, to raczej oni mieli na niego. Choć nie było sławniejszego kochanka od tego weneckiego awanturnika, to właśnie we Wrocławiu poniósł uszczerbek na zdrowiu, sakiewce i męskim honorze. Miał wtedy czterdzieści jeden lat i opinię obieżyświata. Podróżował po trosze z własnej chęci (niektórzy casanoviści twierdzą, że mógł być na usługach zakonu jezuitów, inni widzą w nim agenta masonerii), a po trosze z musu, bo często ziemia paliła mu się pod nogami.

 

Do Wrocławia przyjechał w 1766 roku z Warszawy. Mimo że stolicę Polski opuścił w atmosferze skandalu, oczywiście z powodu kobiet, bynajmniej nie zamierzał zrezygnować z damskiego towarzystwa. U pewnej baronowej, której nazwiska zapomniał, spotkał „piękną, bardzo dobrze zbudowaną demoiselle [panienkę]”. Casanova zapytał, czy jest przyjaciółką baronowej. Okazało się, że panienka szuka pracy jako guwernantka; baronowa miała bowiem córki, „trzy piękne aniołki”. Casanova popisał się refleksem i z miejsca rzucił komplement – „jeśli pani zostanie guwernantką, to będą już cztery piękne aniołki” – ale zasugerował, że panna jest zbyt młoda do takiego zajęcia. Interlokutorka na początku odsłoniła duszę. Jest sierotą, a brat, zwykły porucznik, nie ma dochodów, żeby ją utrzymywać. Mieszka u starej ciotki, gdzie „ma wiele pracy, nic nie zarabia i nudzi się okropnie” (to sugestia Casanovy).

Od słowa do słowa Casanova postanowił zaoferować pannie miesięczne uposażenie w wysokości rocznej pensji guwernantki. Panna wznosiła oczy do nieba i głęboko wzdychała (bo miała pewne wątpliwości, czy może przyjąć posadę u samotnego mężczyzny), ale zadatek za pierwszy miesiąc wzięła. I to był – jak Casanova samokrytycznie przyznał w Pamiętnikach – „początek końca”.

Signorina z felerem
Włoski mistrz sztuki kochania uznał, że mimo przekroczonej czterdziestki oczarował dwudziestoletnią pannę. Al cuor non si comanda, jak powiadają Włosi. „Chciałem być kochany! Już zapomniałem, co to miłość”. Skarży się w Pamiętnikach, że w Warszawie nie miał ani jednego romansu, i jedyne, co wyniósł z tego miasta, to dowód, że honor jest dla niego najważniejszą sprawą w życiu. Tymczasem we Wrocławiu spotkał uczucie!

„Uczucie” postanowiło wyjechać z Casanovą do Drezna. Na jego koszt oczywiście. Casanova chyba się we wrocławiance zadurzył, bo w Dreźnie nie pozwalał swoim przyjaciołom zbytnio się do niej zbliżać. Planował, że wprowadzi ją do towarzystwa. Niestety, po kilku dniach okazało się, że ta róża ma trujące kolce. Casanova odkrył u siebie symptomy „miłosnej choroby” i wpadł w szał. Jego towarzyszka usłyszała, że jest „kreaturą” i poczuła mocne szturchańce. Nie wiedząc z początku, o co Giovanniemu chodzi, nieopatrznie wyznała, że zabrała mu „ten złoty krzyżyk, bo nie był mu do niczego potrzebny”. To tylko wzmogło furię wenecjanina. Oszukała, okradła, nie kocha! Zapłacił pannie miesięczną pensję „guwernantki”, zażądał pokwitowania i wyrzucił. Kilka dni później niedyskretny lekarz powiedział mu, że czterech jego przyjaciół zapadło na tę samą przykrą przypadłość „miłosną”.

 

Ciężko przeżył Casanova tę wrocławską przygodę. Wspominając ją ćwierć wieku później, gdy jako bibliotekarz na łaskawym chlebie u hrabiego Waldsteina pisał na zamku w Duchcovie swoje memuary, stwierdził gorzko: „tak się rodzą złudzenia”. Dodajmy, męskie.