Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 08/2013

Fortepian. Breslau, 7 czerwca 1913 roku

Mały pitawal przestępstw dokonanych za pomocą instrumentów muzycznych
Article_more
Wybuch zatrzymał wskazówki ulicznego zegara o godzinie 6.:21 rano. Odłamki szkła z wytłuczonych witryn przeleciały przez obie jezdnie Schweidnitzer Stadtgraben (Podwala Świdnickiego) i zasypały najniższe stopnie cokołu konnego pomnika cesarza Wilhelma I; raniły też – na szczęście niegroźnie – dwie osoby: dwudziestodwuletnią Gretchen Mölln, praczkę, i emerytowaną modystkę, Dorotheę Bode (która jeszcze parę dni później miała narzekać na spowodowane eksplozją uporczywe dzwonienie w uchu). Dopiero jedna z udzielających im pomocy osób dostrzegła, że na koszu z bielizną, niesionym przez Gretchen, leży krwawy strzęp: ludzki palec.

W tym samym czasie druga grupa przechodniów przedzierała się przez zasypane gruzem, szkłem i drewnianymi drzazgami ogromne witryny, by dotrzeć wreszcie do konającego właściciela palca: leżącego obok resztek fortepianu starszego kelnera, Antona Glowinsky’ego. W głębi natrafili również na nieznacznie ranną pomywaczkę (personalia nieznane), ocaloną dzięki trzymanemu w rękach dużemu cebrowi, który przyjął na siebie drobne odłamki i spoczywał teraz, podziurawiony jak sito, na potwornie brudnym parkiecie hotelowej restauracji. Jedyne słowa pomywaczki brzmiały: „A dopiero co zmyłam całą podłogę”. 

 

Hotel „Amerika”, bo to jego sale parterowe zostały uszkodzone wybuchem bomby-pułapki, mieścił się w dużej kamienicy przy Podwalu (wyburzonej zresztą całkowicie piętnaście lat później pod budowę domu handlowego „Wertheim”, czyli dzisiejszej „Renomy”). Należał on do Ulricha Peschkego, pochodzącego ze Schweidnitz (Świdnicy) kupca, który – podobnie jak wcześniej Heinrich Schliemann – wzbogacił się na sprzedaży syberyjskich futer w Stanach Zjednoczonych i Europie, na starość osiadł zaś w Breslau i spędzał ostatnie lata na prowadzeniu – jak mawiał z fałszywą skromnością – „niewielkiego pensjonatu”, a tak naprawdę jednego z najbardziej luksusowych hoteli w całym mieście. Początkowo sądzono więc, że bombę podłożyła konkurencja, która chciała wyłączyć Peschkego na czas jakiś z biznesu. Breslau huczał od plotek – zwłaszcza że kilkanaście godzin później, w sobotnie popołudnie, w sali restauracyjnej „Ameriki” miał się odbyć galowy recital kilkorga młodych śpiewaków, w tym lansowanej przez Peschkego urodziwej sopranistki, Giseli Schwerdtmann; niejeden zacny mieszczanin nosił w pugilaresie lub trzymał w szufladzie biurka kilka biletów, które teraz paliły go w palce; nazywano je „Titanickarten” i odprzedawano z zyskiem kolekcjonerom kuriozów. Gdyby wybuch nastąpił wówczas, przy pełnej sali, ofiar byłoby z pewnością wielokrotnie więcej. Sugerowano robotę anarchistów, komunistów, a nawet nacjonalistów polskich.

 





Badania policji miejskiej pod kierownictwem radcy kryminalnego Illsheimera rzuciły interesujące światło na całe wydarzenie. Szczególnie pomógł wezwany z Berlina ekspert w dziedzinie pirotechniki, inżynier Eltzel, który w toku benedyktyńskiej pracy złożył resztki fortepianowego pudła i wykazał, że bomba została odpalona w momencie naciśnięcia klawisza h dwukreślne. Fakt jak fakt – z pozoru zupełnie nieznaczący; Eltzel był jednak muzykiem amatorem i poprosił akompaniatora o przyniesienie nut wszystkich utworów, które miały zostać wykonane feralnego dnia. Cóż się okazało? H dwukreślne występowało w ciągu całego wieczora raz tylko, w jednej jedynej pieśni (Różyczka z Edenkoben).

 

Illsheimer i Eltzel drążyli. Czemu akurat ten dzień, ten klawisz? Czy chodziło rzeczywiście o hekatombę, o zgładzenie w jednym błysku dużej części elity miasta? A może ładunek podłożył działający nieracjonalnie wariat?

 

Powoli elementy układanki zaczynały się składać. Świeżo upieczony mąż Giseli, klarnecista Jakob Schwerdtmann, szalał podobno z zazdrości, podejrzewając, że właściciel „Ameriki”, Ulrich Peschke, lansuje jego żonę nie tylko z dobrego serca czy zamiłowania do barwy sopranu. Podejrzenia te były zresztą, jak się okazało w toku śledztwa, uzasadnione. Dzięki niejakiemu wykształceniu pirotechnicznemu zaplanował zamach, który miał w sposób pewny zgładzić i wiarołomną żonę, i jej wpływowego kochanka. Bombę w fortepianie zamontował w wieczór poprzedzający wybuch, tuż po ostatniej próbie, korzystając z faktu, że jego obecność na próbach nikogo nie dziwiła.

 

Eksplozja miała nastąpić w określonym momencie, kiedy to właśnie Gisela stałaby przy fortepianie i – jak się spodziewał Schwerdtmann – poniosłaby śmierć na miejscu pod koniec pierwszego refrenu Różyczki z Edenkoben. Winę z łatwością dałoby się zrzucić na jakichś politycznych radykałów.

 

Plan ten byłby się powiódł, gdyby nie zamiłowania muzyczne starszego kelnera Antona Glowinsky’ego, któremu zdarzało się – zwłaszcza rano, zanim goście zejdą do restauracji z pokojów lub przyjadą z miasta – przygrywać jedną ręką krótkie melodyjki i podśpiewywać pod obfitym wąsem. Gdyby tylko tego poranka zagrał nie Rosamundę, ale Sylfidę schwarzwaldzką lub Skargę Krymhildy, żyłby może jeszcze przez wiele lat, za to kwiat wrocławskiego patrycjatu zostałby boleśnie podcięty. Mówiono zatem powszechnie – choć chyba na wyrost – o nieświadomym bohaterstwie starszego kelnera, który o 6.21, krzyknąwszy na pomywaczkę, by przestała się guzdrać, podszedł do fortepianu i po raz ostatni w życiu położył palce na klawiszach.

 

Nabożeństwo żałobne odbyło się w pobliskiej Nowej Synagodze na Podwalu, po czym szczątki Glowinsky’ego złożono na cmentarzu żydowskim przy Lohestrasse (ul. Ślężna), w grobie jego matki (kwatera 2, rząd 2, miejsce 17), gdzie spoczywają do dziś pod płaskorzeźbą przedstawiającą rozdarty plik nut z nagłówkiem Rosamunde.