Wydanie: MWM 10/2013

Saksofon, Biblia i czerwony nos

Jazztopad
Article_more
W te dni mroczne i jesienne wrocławianie, przynajmniej ci kochający muzykę, odmieniają przez wszystkie przypadki jedno słowo: Jazztopad. (Nawiasem mówiąc, trudno mi się pogodzić z dopełniaczem: skoro mówimy o połowie listopada, dlaczego zachwycamy się programem Jazztopadu? Gramatykę normatywną zostawmy sobie jednak na inną okazję i zajmijmy się, jak zwykle, jazzem).

Nurt jazztopadowych informacji płynie wartko, a ja chciałbym z niego wyłowić jedno nazwisko: Charles Gayle. Nie jest to bynajmniej zdobycz drobna, we freejazzowym akwenie żadna z niego płotka, raczej gruba ryba, ale może się zdarzyć, że komuś umknie to nazwisko wymienione drobniejszą czcionką w składzie tria Williama Parkera. Życiorys Gayle’a jest nie tylko fascynujący i dramatyczny. Jest również tajemniczy. Dociekliwy biograf chcący napisać o nim książkę musiałby podjąć trud rekonstrukcji wielu wydarzeń, o których sam muzyk mówi niechętnie, a ich świadkowie są praktycznie anonimowi. Zatem nieznającym przedstawmy, a znającym przypomnijmy krótko jedną z ciekawszych jazzowych biografii ostatnich dziesięcioleci.

 

Charles Gayle urodził się w 1939 roku w Buffalo w Stanie Nowy Jork, przez kilka lat pobierał lekcje gry na fortepianie, potem grywał regularnie w lokalnych barach, a w latach sześćdziesiątych podobno wykładał nawet na uniwersytecie w Buffalo. Mniej więcej koło dwudziestki zainteresował się saksofonem, i kiedy tylko opanował podstawy, właściwie przestał siadać do fortepianu na lokalnych estradach, bo – jak mówił – gra na saksofonie przychodziła mu z większą łatwością i czuł, że jest dla niego bardziej osobistą formą wypowiedzi. Wśród chętnie przywoływanych przez Gayle’a wspomnień z wczesnego okresu życia znajdują się też intensywne emocje, jakie towarzyszyły mu podczas słuchania muzyki religijnej w kościołach baptystycznych.

 

Już w latach sześćdziesiątych wskoczył do wrzącego tygla free jazzu i ruchów rewolucyjnych, pojawiając się na nowojorskich scenach. Co w tym szczególnego? Ano na razie nic, ale przed nami dramatyczny zwrot akcji. Na początku lat siedemdziesiątych Gayle postanowił osiedlić się w Nowym Jorku na stałe, ale niedługo później, jak sam twierdzi, odczuł nagle potrzebę radykalnej zmiany swojego życia. W wywiadach wielokrotnie sugerował, że powodem była artystyczna bezkompromisowość czy też poszukiwania religijne i towarzysząca im pogarda dla dóbr doczesnych. Możemy się tylko domyślać, że powody przynajmniej po części miały naturę ekonomiczną. Dość powiedzieć, że Charles Gayle stracił dach nad głową, rozdał swój skromny dobytek (z wyłączeniem saksofonu) i dołączył do nadzwyczaj licznego w Nowym Jorku bractwa loserów.




Opowieść dotycząca następnych lat życia saksofonisty ma charakter tyleż dramatyczny, co niepełny – kolaż z wypowiedzi prasowych układa się w następujący deseń: noclegi w squatach, piwnicach, opuszczonych halach przemysłowych, a nawet na peronach metra. Granie na tych samych stacjach i na ulicach. Czasem udawało się zarobić zaledwie trzy dolary dziennie. Gayle utrzymuje, że poznał, co znaczy prawdziwy głód, jednak, jak się wydaje, żaden z poruszonych dramatyczną historią dziennikarzy nie zadał muzykowi pytania, czy zaglądał do biura welfare state, w którym (w latach siedemdziesiątych) każdy biedny Amerykanin, a nawet azylant, mógł otrzymać miesięcznie 287 dolarów. Co również ciekawe, w opowieści Gayle’a ani razu nie pojawiają się żadne środki odurzające.

 

Niewątpliwie jednak saksofonista przez lata doświadczał niewiarygodnej biedy, a historia jazzu zyskała na tym po trzykroć. Po pierwsze w Nowym Jorku pojawił się najbardziej szalony uliczny grajek od czasów Sonny’ego Rollinsa, po drugie – te lata są dla Gayle’a okresem dojrzewania koncepcji artystycznej, która eksplodowała pod koniec lat osiemdziesiątych (ale o tym za moment). Po trzecie – właśnie wtedy narodził się Streets – klaun i alter ego Charlesa Gayle’a. Tak powstała jedyna w swoim rodzaju fuzja free jazzu, stand-upu i cyrku: Streets grał na saksofonie, a między ekstatycznymi improwizacjami mówił. I nigdy nie można było przewidzieć, czy z ust klauna posypią się żarty, manifesty polityczne ignorujące poprawność polityczną czy też żarliwe kazania oparte na autorskiej interpretacji Starego i Nowego Testamentu.

 

Charles Gayle jest niezwykle ciekawą postacią. Udało mi się poznać niewiele osób, które potrafią połączyć wielką siłę przekonywania z rozbrajającym dystansem do samych siebie. Gayle taki właśnie jest.

 

Pod koniec lat osiemdziesiątych Michael Dorf, ówczesny szef klubu Knitting Factory, usłyszał na ulicy ekstatyczne solo saksofonowe dobiegające z oddali. Improwizacja, złożona w dużej mierze z przedęć, pisków i innych ekstremalnych dźwięków była ekstatyczna i frapująca. Dorf zaczął przeciskać się przez tłum, aż odnalazł szczupłego czarnoskórego mężczyznę dmącego w saksofon z całych sił. Po krótkiej wymianie zdań zaproponował mu klubowy angaż – regularne koncerty solowe. Po latach Gayle wspominał: „Nie wiem, jak Michael pamięta to spotkanie; ja zwróciłem uwagę na jedną rzecz – Michael zrobił na mnie wrażenie osoby kryształowo uczciwej i mającej silną wolę. Powiedziałem mu wtedy: »Znasz mnie i wiesz, kim jestem. Wiesz, że czasami na estradzie gram, a czasami występuję jako klown albo opowiadam o Jezusie. Jeśli tego nie akceptujesz, nie będę mógł u ciebie pracować«. Michael powiedział, że absolutnie nie ma nic przeciwko temu i od tej chwili wiedziałem, że będzie nam się świetnie współpracować. Pozwolił mi grać w klubie Knitting Factory w każdy poniedziałkowy wieczór. Dał mi też wtedy pager, żeby móc mnie zlokalizować. Tak zacząłem pracować, potem nagrałem kilka płyt i wreszcie mogłem podróżować, o czym zawsze marzyłem”.

 

Charles Gayle, jeden z królów freejazzowego saksofonu, pojawi się we Wrocławiu 15 listopada.