Autor: Monika Okrój
Wydanie: MWM 10/2013

Poszukiwacz dźwięków

Jazztopad
Article_more
Muzyczna droga Charlesa Lloyda wiedzie przez wielokulturowy tygiel Missisipi, kipiące jazzowym życiem zakamarki Nowego Jorku, medytacyjne przestrzenie kalifornijskich gór i największe światowe estrady. Mówi się o nim „odkrywca Keitha Jarretta”, choć on jedynie skierował na niego uwagę, nagrywając w 1966 roku historyczną płytę Forest Flower. Zawsze miał skłonności do poszukiwania poza znanym obszarem, tak też przyczynił się do powstania wielu rockowych i jazzrockowych nagrań. Dla siebie nieustannie odkrywa muzykę świata, swoją wizją dzieląc się z artystami z kulturowego pogranicza.

Monika Okrój: Minęły trzy lata od pana ostatniej wizyty we Wrocławiu. Przez ten czas pana muzyczna aktywność nabrała jeszcze większego rozpędu i rozmachu. W okresie 2010–2013 nagrał pan dla wytwórni ECM płyty: Mirror w znakomitym kwartecie, Athens Concert z grecką śpiewaczką Marią Farantouri, a ostatnio duet z Jasonem Moranem Hagar’s Song. To niezwykłe tempo! Co pana najbardziej pociąga w tym nieustannym poszukiwaniu?
Charles Lloyd
: Przyznam, że dużo lepiej mi wychodzi granie muzyki niż opowiadanie o niej. Gdy kocha się muzykę, kocha się ją we wszystkich jej aspektach. Ci wszyscy muzycy, z którymi grałem i gram, mają w sobie to pragnienie poszukiwania prawdy, osobistego wyrazu. To muzycy z przesłaniem. Wydaje mi się, że to, co w nich odnajduję, pociąga mnie najbardziej.

Pana koncert na Jazztopadzie w 2010 roku był po prostu niezwykły. Na estradzie zasiadała publiczność – był pan nią otoczony, przechadzał się wokół, żywo reagował na każdy muzyczny niuans. Wydawało się, że jest pan w transie. W jednym z wywiadów przyznał pan, że jedynym pana wspomnieniem z tego koncertu jest moment zejścia z estrady i wrzawa publiczności. Co się dzieje, gdy wkracza pan na estradę?
Za każdym razem gdy zaczynam grać koncert, jestem wielkim kłębkiem nerwów. Nigdy nie mam pewności, czy zdołam osiągnąć taki artystyczny poziom, jaki bym pragnął. Więc podczas przygotowań do występu dążę do tego, by stać się jak puste naczynie i pozwolić, by przepływał przez nie strumień artystycznej inwencji. Reaguję na impulsy i poddaję się im.

Ponad pół wieku temu poznał pan takich muzyków, jak Eric Dolphy, Don Cherry, Ornette Coleman, Cannonball Adderley, Billy Higgins, Scott LaFaro. Jakie emocje budziły w dwudziestopięciolatku spotkania z takimi gigantami?
Podczas studiów na University of Southern California, około 1955 roku, spotkałem Billy’ego Higginsa, Dona Cherry’ego i Ornette’a Colemana. Ci, których nazywamy dzisiaj legendami, wtedy wcale nimi nie byli. Nikt nie myślał w takich kategoriach, wszyscy byliśmy równi. Zastanawialiśmy się, jak tworzyć muzykę i pchnąć ją do przodu. Do zespołu Cannonballa Adderleya dołączyłem około 1963 roku. To prawda, miałem wokół siebie wielu mistrzów, z którymi mogłem zacząć.




Charles Lloyd z zespołem wystąpi 24 listopada o godz. 19:00 w Filharmonii Wrocławskiej podczas festiwalu Jazztopad i zagra specjalny koncert z nowymi kompozycjami przygotowanymi na tę okazję.
Dla wielu muzyków, jak choćby dla Charliego Parkera, jazzowa scena była miejscem transformacji, czasami bardzo gwałtownej. To był kocioł, który bezlitośnie wciągał w ciemną otchłań. Niektórzy przepadli, inni próbowali się podnieść. Sonny Rollins miał swój słynny epizod grania pod mostem, który był próbą ucieczki od tego zgiełku. Pan zdecydował się porzucić granie na całe dziesięć lat, by osiąść w Big Sur. Co pan odnalazł w tym miejscu z dala od świata?

Cisza i potęga natury w Big Sur miały największą moc uzdrawiającą. To był dla mnie ważny czas, mogłem skonfrontować się z własnymi demonami i spojrzeć w głąb siebie. Ten stan nie był możliwy do osiągnięcia, kiedy prowadziłem codzienny, aktywny tryb życia. Po rozwiązaniu mojego kwartetu z Keithem Jarrettem, Jackiem DeJohnette’em i Ronem McClure’em, zrozumiałem, że potrzebuję ucieczki i uzdrowienia. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, ile to może potrwać. Jeden miesiąc rozciągnął się na całą dekadę.

Muzyka europejska docierała do pana od najmłodszych lat, a szczególnie bliski był panu Béla Bartók. Węgierskiego ducha odnalazł pan w gitarzyście Gáborze Szabó, który w latach sześćdziesiątych dołączył do pana zespołu.
Twórczość Bartóka jest mi bliska ze względu na jej sposób odniesienia do węgierskiego folkloru i to, jak te proste melodie twórca przenosi na rozległe kompozycje. Gdy dorastałem w Memphis i Missisipi, to blues i gospel były moim folklorem. Gábor Szabó, kiedy go spotkałem, był rewolucjonistą, który uciekł z Węgier. Zafrapował mnie sposób, w jaki „wykręcał” dźwięki na gitarze, i ten cygański feeling, który wprowadzał do współczesnego jazzu. Obaj byliśmy spod znaku ryb, byliśmy bliskimi przyjaciółmi, to była piękna muzyczna współpraca.

Ci, z którymi pan współpracuje, to światowej klasy muzycy młodej generacji. Czy trudno jest znaleźć nić porozumienia z dużo młodszymi artystami?
Mówimy językiem muzyki, językiem życia i językiem serca. Gdy ta obustronna komunikacja staje się swobodna, wtedy zanikają wszelkie ograniczenia, wtedy nie ma różnicy wieku.

Na festiwal przygotuje pan specjalne, nowe utwory na wielokulturowy skład muzyków: Socratis Sinopoulos, Gerald Clayton, Miklós Lukács, Joe Sanders, Gerald Cleaver. Czy mógłby pan zdradzić, co to będzie?
Jestem bardzo podekscytowany listopadowym koncertem we Wrocławiu. Skomponowałem suitę, w której kryją się kolorystyczne, strukturalne i emocjonalne pejzaże. Myślę przy tym o indywidualnych właściwościach brzmieniowych każdego z instrumentów, które się ze sobą połączą. W zespole jest dużo instrumentów strunowych: fortepian, kontrabas, cymbały i lira. To będzie jak podmuch wiatru, który porusza połacie dzikich, wysokich traw. Do tego moje instrumenty stroikowe i bijące serce perkusji. Naprawdę, nie mogę się już doczekać tego koncertu.

Pana przygoda z kulturowym bogactwem świata zdaje się nie mieć końca. Co jeszcze może pana w życiu zaintrygować?
Znalezienie dźwięku, dzięki któremu wyrażę wszystko na jednym, pięknym, długim oddechu.