Wydanie: MWM 10/2013

Flet w szafie

Rozmowa z Radkiem Knappem
Article_more
Muzykujący sąsiedzi to tutaj nic dziwnego. Od mojego przyjazdu zewsząd dochodziły dźwięki muzyki klasycznej i właśnie dlatego – a może mimo to – bardzo ją polubiłem.

Joanna Michalska: Choć nie jest pan muzykiem, wystąpił pan w czerwcu na koncercie w ramach wrocławskiego Leo Festiwalu. Czy sam gra pan na jakimś instrumencie?
Radek Knapp:
Gdybym był tak zdolnym pisarzem, jak niezdolnym jestem muzykiem, tworzyłbym bestsellery jeden za drugim. Niestety, żaden instrument nie przetrwał moich prób muzykowania. A i tak najbardziej podoba mi się śpiew. Jeśli miałbym się powtórnie urodzić, to tylko po to, żeby nauczyć się śpiewać.

 

Na Leo Festiwalu odczytywał pan fragmenty Lekcji pana Kuki, a orkiestra kameralna grała Sześć preludiów na orkiestrę smyczkową Jeana Françaix’ego. To nie był dla pana pierwszy projekt łączący muzykę i literaturę?
Wcześniej czytałem swoją prozę w trakcie koncertu jazzowego w Austrii. Ale przyznam, że możliwość prezentacji mojej twórczości w połączeniu z klasyką bardziej mnie ucieszyła. Spodobał mi się też dobór muzyki – warto otwierać się na kompozycje dwudziestowieczne, wciąż nie tak popularne jak sztandarowy filharmoniczny repertuar.

 

Myślał pan o dalszej współpracy ze światem muzyki, na przykład o napisaniu libretta?
Na festiwal Wien Modern napisałem libretto do dwudziestominutowej opery Karussell i jestem otwarty na dalsze propozycje.

 

W wolnym czasie słucha pan klasyki?
Oczywiście, choćbym nie chciał, miałbym z nią kontakt. W Wiedniu w każdym domu jest instrument. Nawet jeśli trafi się ktoś całkowicie pozbawiony talentu, przynajmniej trzyma w szafie schowany flet. Muzykujący sąsiedzi to tutaj nic dziwnego. Od mojego przyjazdu zewsząd  dochodziły dźwięki muzyki klasycznej i właśnie dlatego – a może mimo to – bardzo ją polubiłem.

 

Jakiej muzyki pan słucha?
Uwielbiam Bacha, znam go na pamięć! Lubię Vivaldiego, Telemanna, Händla. Podoba mi się cała sztuka barokowa, pewnie dlatego tak dobrze czuję się w Wiedniu.

 

Tam może pan usłyszeć na żywo gwiazdy muzyki poważnej.
Chodziłem do szkoły naprzeciw Musikverein i w trakcie zdarzających mi się często wagarów siadywałem przed słynną salą koncertową. Kiedyś wyszedł z niej mężczyzna wyglądający na cudzoziemca i z wyraźnym amerykańskim akcentem zapytał, dlaczego siedzę przed Musikverein. Bez skrępowania przyznałem, że wagaruję. „Dobrze – odpowiedział – to trzeba zacząć robić jak najwcześniej. A kim chciałbyś zostać w życiu?”. Powiedziałem, że archeologiem. „Świetnie, bo Wiedeń to jedno wielkie cmentarzysko”, skomentował i poszedł. Później zobaczyłem tego człowieka w telewizji, w jakimś bardzo poważnym programie, dziennikarka w perłach zwracała się do niego „mistrzu”. Okazało się, że moje wagarowanie pochwalił Leonard Bernstein, ale wtedy jego nazwisko nic mi nie mówiło.

Jak się rozwinęło pana zainteresowanie archeologią?
W rzeczywistości nie ciekawiła mnie ta dziedzina, tylko akurat wtedy obejrzałem film o Indianie Jonesie.

 

Dlaczego nie lubił pan szkoły?
Zaliczyłem więcej szkół niż klas. Ale niczego nie żałuję, wszystkie te doświadczenia były pouczające. Moja mama, emigrantka, chciała zapewnić mi bezpieczną przyszłość, więc posłała mnie do szkoły handlowej, żebym został księgowym i miał dość poważany, dobrze płatny zawód. Oczywiście zajmowanie się finansami było całkowicie niezgodne z moją osobowością, dlatego mając siedemnaście lat, rzuciłem szkołę i imając się różnych zajęć, zacząłem podróżować. To był najpiękniejszy czas w moim życiu: dotarłem do Azji, zwiedziłem Singapur i inne egzotyczne miejsca.

 

Co sprawiło, że postanowił pan wrócić do Wiednia?
Gdy miałem dwadzieścia trzy lata, Austria przypomniała sobie, że istnieję. Byłem obywatelem i młodym mężczyzną, wobec czego powinienem odbyć służbę wojskową. Aby jej uniknąć, błyskawicznie zdałem maturę i poszedłem na studia – na filozofię, bo uważałem, że to kierunek, na którym najmniej się trzeba uczyć. Przecież ja wcale nie chciałem studiować. Filozofia egzystencjalna okazała się całkiem ciekawa, ale naprawdę studiowałem po to, żeby móc pisać.

 

Był pan pewien, że pisanie będzie pańskim zawodem? Nie miał pan obaw, że pańska twórczość nie spotka się z uznaniem, więc może warto byłoby zdobyć inny zawód?
Wątpliwości, czy warto pisać, a może raczej, czy będę mógł w życiu robić to, co chcę, miałem i mam nadal. Na szczęście dostaję zamówienia na książki i mogę utrzymywać się jako prozaik. Mógłbym też stworzyć scenariusz do filmu i zainkasować sto tysięcy euro, ale znam już świat kinematografii i wiem, że potem musiałbym wydać dwieście tysięcy na psychoterapię. Bardzo się cieszę, że nie jestem zmuszony przez życie do robienia czegoś, czego nie chcę.

Zawsze wiedziałem, że nie mogę stracić kontaktu ze swoim „ja”. Rozmaite czynności w życiu przesłaniają nam nasze własne wnętrze, a pisanie to taki higieniczny instrument, który pozwala zajrzeć w głąb siebie. Niestety, większość ludzi poświęca całe dnie na pracę czy inne sprawy, które ich oddalają od samych siebie.

 

Może ludzie po prostu nie chcą przyglądać się swojemu wnętrzu. Podejrzewają, że nie byliby zadowoleni z tego, co mogliby zobaczyć.
Spojrzenie w siebie wymaga odwagi. Ile krytyki jesteśmy w stanie znieść? To jest różnica między twórcą a recenzentem. Ten drugi, zobaczywszy się w lustrze, poprawi krawat. Autor podda swoje oblicze samokrytyce.

 

W tym patrzeniu w siebie zdarzają się panu momenty afirmacji?
Nie.

 

Poddawanie się ciągłej samokrytyce musi utrudniać życie...
Nie patrzę cały czas w lustro. Natomiast pisanie musi być prawdziwe, a my nie jesteśmy uczeni autentyzmu. W większości jesteśmy leniami. Choć dobrze zakamuflowanymi. Stajemy się pracoholikami albo wielkimi czynami maskujemy fakt, że nie chce nam się przyjrzeć samym sobie. To wewnętrzne lenistwo jest zaprzeczeniem autentyzmu.

 

Jak zaczął pan pisać?
Jako nastolatek bardzo dużo czytałem i w końcu poczułem, że ja też chciałbym światu coś powiedzieć. Największy wpływ wywarła na mnie literatura czeska, przede wszystkim Hrabal, który napisał: „Życie jest ciężkie i straszne, ale ja postanowiłem, że będzie piękne”.

 

To także pańskie motto?
Tak, choć nie zawsze realizuję je tak dobrze, jak mistrz Hrabal. Świat byłby lepszym miejscem, gdyby każdy miał takie podejście.

 

Jaka muzyka inspiruje pana do pisania? Czy może woli pan pracować w ciszy?  
Zdecydowanie do pracy potrzebuję ciszy. Chociaż ostatnio przekonałem się, że umiem pracować nawet na budowie. Tuż za moim domem powstaje nowa linia metra, a ja niedawno musiałem skończyć książkę. W straszliwym hałasie spędzałem całe dnie przed laptopem i pisałem, a przez okno obserwowali mnie polscy robotnicy pracujący na budowie. Nie wiedzieli, że ich rozumiem i mówili do siebie: „Patrz – tu niecenzuralne słowo – ten facet całymi dniami tylko siedzi w Internecie!”.

 

Rozmawiała Joanna Michalska
 

Radek Knapp – pisarz, laureat nagród Aspekte ZDF Literaturpreis za najlepszy debiut literacki na obszarze niemieckojęzycznym za zbiór opowiadań Franio, Chamisko Bosch Stiftung za opowieść Lekcje pana Kuki. Ceniony za dowcipny, żywiołowy język, błyskotliwy żart, humor oraz ironię opowiadanych historii, w których znaleźć można ślady biografii pisarza – Polaka mieszkającego w Wiedniu. Najnowsza książka Podróż do Kalina ukaże się na początku 2014 roku.