Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 10/2013

Bałałajki, Coney Island, Nowy Jork, lato 1998

Mały pitawal przestępstw dokonanych za pomocą instrumentów muzycznych
Article_more
Kiedy 4 maja 1999 roku policja wkroczyła o świcie do mieszkania na drugim piętrze niewielkiej kamienicy przy jednej z głównych arterii Coney Island, Mermaid Avenue, i wyprowadziła w kajdankach sześćdziesięcioośmioletniego Vasiliya Schchukova, wyglądający ze wszystkich okien budynku sąsiedzi aresztanta nie posiadali się ze zdumienia.

Schchukov, który przyjechał do Nowego Jorku wraz z falą postsowieckich emigrantów na początku lat dziewięćdziesiątych, dał się poznać jako samotny, sympatyczny starszy pan, prowadzący sklep z instrumentami muzycznymi na rogu Coney Island Avenue i Neptun Avenue, wielki miłośnik opery, zwłaszcza rosyjskiej, szarmancki wobec kobiet flirciarz, a przede wszystkim – społecznik. To on powołał do życia The Coney Island Alexandrov Choir, chór męski złożony głównie ze wschodnioeuropejskich imigrantów, śpiewających radzieckie pieśni masowe, to on organizował niezliczone koncerty melodii Wertyńskiego i sprowadził na koncert Ałłę Pugaczową, on wreszcie doprowadził do wielkiego pikniku latem 1998 roku, kiedy to społeczność Coney Island zebrała kilka tysięcy dolarów na stypendium dla uzdolnionego wiolonczelisty, czternastoletniego wówczas Icchaka Iwanycza Leybowitza.

 

W tym samym jednak czasie, jak się okazuje, Schchukov prowadził zupełnie inne życie, życie seryjnego mordercy, pełne krwi, przemocy, seksualnego wyuzdania i gry na bałałajce.

 

Swoje ofiary, młodych mężczyzn o pochodzeniu latynoskim, poznawał zazwyczaj w rosyjskiej herbaciarni „The Golden Samovar” w Brighton Beach, sąsiadującej z meksykańską tawerną „Tia Iguana”, a następnie zwabiał ich do swojego mieszkania. Niekiedy pod pretekstem wspólnego słuchania rosyjskich romansów, czasem zupełnie otwarcie w celach seksualnych – zwłaszcza kiedy sprowadzał do domu męskie prostytutki.

 

Tak było właśnie w przypadku pierwszej ofiary, dwudziestoośmioletniego Jerry’ego Mendozy, zwanego również „Mimi”; poznawszy jego nom de guerre, Schchukov odśpiewał mu w ogródku „The Golden Samovar” całą arię z Cyganerii Pucciniego, po czym zaprosił na Mermaid Avenue. Tam, upiwszy Mendozę dobrze schłodzoną wódką, skrępował go, twierdząc, że chodzi o sadomasochistyczną grę wstępną. Następnie udusił go garotą, używając do tego kompletu strun ze swojej najcenniejszej bałałajki, która dwa lata wcześniej wygrała konkurs na najpiękniejszy instrument tego rodzaju (towarzyszący dorocznej konwencji The Balalaika and Domra Association of America). Ciało pod osłoną nocy utopił w oceanie.




Porąbane nieudolnie szczątki drugiej ofiary, brazylijskiego barmana, Gabriela Pereiry, zostały odnalezione przez bezdomnego w dwa dni po morderstwie, dokonanym przez Schchukova za pomocą kolejnej bałałajki. Tym razem był to tani instrument produkcji ukraińskiej, sześciostrunowy, zgodnie z nową modą, która doprowadzała konserwatywnego Schchukova do szewskiej pasji. Kilkakrotnie uderzywszy Pereirę po głowie pudłem rezonansowym, które w trakcie tego rozpadło się na kawałki, wepchnął ułamany gryf do gardła ofiary, powodując tym śmiertelne zadławienie w wyniku rozległego krwotoku.

 

Trzecią ofiarę, dwudziestosiedmioletniego Fernanda „Fernie” Fernandeza, uzależnionego od heroiny kierowcę rajdowego, Schchukov poznał na spacerze. Przypadkowo rozpoczęta rozmowa zakończyła się zaproszeniem na wieczór z rosyjską muzyką ludową, który skończył się dla Fernandeza tragicznie. Policja odmówiła podania bezpośredniej przyczyny śmierci, wiadomo jednak, że morderca posłużył się tym razem bałałajką w rozmiarze kontrabasowym.

 

Usłyszawszy od znajomych, że jego przyjaciel i współlokator, Fernando Fernandez, na dzień przed zaginięciem spotkał się ze Schchukovem, osiemnastoletni Joel Massi wybrał się do sprzedawcy instrumentów, by wypytać go o zdarzenia tamtego dnia – rozmowa jednak się przedłużyła ponad miarę, zwłaszcza że przerywana była obficie kolejnymi setkami wódki. Parę minut po trzeciej w nocy Schchukov zaprowadził Joela na plażę, gdzie, odurzonemu, pozwolił zasnąć na falochronie – następnie oddalił się i przytargał ukrytą zawczasu bałałajkę, wypełnioną betonem (miała specjalnie wzmacniany metalowy gryf, dzięki czemu nie pękła). Uwiązał ją Massiemu na szyi, a następnie strącił go do wody. Węzeł wystarczył, by Massi stracił życie, ale nie wystarczył do ukrycia morderstwa; po dwóch dniach ciało zmarłego wypłynęło w samym środku popularnego kąpieliska, co zaowocowało masową histerią wśród kąpiących się (cztery przypadki zasłabnięcia, w tym jedno ze skutkiem śmiertelnym).

 

Miguel Osuna, ostatnia osoba uśmiercona przez Schchukova, zginął, jak się zdaje, przypadkowo. Niektórzy dziennikarze spekulowali, że uzależniony od opiatów Osuna próbował wyciągnąć od właściciela sklepu muzycznego większą kwotę, być może szantażując go, że ujawni szczegóły jednego z morderstw; Schchukov strzaskał na nim aż cztery różne bałałajki, w tym jedną wyjątkowo cenną, malowaną techniką laki rosyjskiej w sceny z legendy o Iwanie Carewiczu i Żar-Ptaku.

 

Ujęty, morderca przyznał się do wszystkich zbrodni. Wyznał również, że nosił się z zamiarem zmiany narzędzia – zamówił już w Ivano-Frankiwsku cały transport ukraińskich bandur koncertowych (typ kijowski, sześćdziesięciopięciostrunowy), które uważał za narzędzia zbrodni doskonalsze niż zbyt kruche, jego zdaniem, bałałajki.