Wydanie: MWM 10/2013

Największa perła Wrocławia czeka na poławiaczy

Article_more
„Muzyka – cóż za wspaniała sztuka! I co za smutny zawód!” – twierdził Bizet, kompozytor trzymany w chłodzie i głodzie przez krytykę oraz publiczność. Może zmieniłby zdanie, gdyby zobaczył swoich Poławiaczy pereł w Hali Stulecia. My zobaczymy tę operę w drugi i trzeci weekend listopada. To także znakomita okazja, żeby przekonać się, jak architektura wiąże się z teatrem i muzyką.

Jaka jest Hala, każdy widzi, bo jej wielkość dorównuje sławie. To najcenniejszy zabytek Wrocławia. W chwili otwarcia – równo sto lat temu – imponowała zarówno największą na świecie konstrukcją żelbetową, jak i rozmiarami: średnica kopuły ma sześćdziesiąt siedem metrów (o ponad dwadzieścia metrów więcej niż rzymski Panteon) i wznosi się na wysokość czterdziestu dwóch metrów. Entuzjaści Hali porównywali ją do babilońskich zigguratów i świątyni Hagia Sophia w Konstantynopolu. Krytycy twierdzili, że jest podobna do gazomierza lub pudła na kapelusze. Ale od 2006 roku wstyd już wspominać o gazomierzu, bo Hala została uznana za dziedzictwo kulturowe całej ludzkości i wpisana na listę UNESCO.

Sto dziewięćdziesiąt dwa głosy i gra

Takiej nobilitacji doczekała się dzięki temu, że jest arcydziełem sztuki inżynierskiej. Zgoda, tyle że akcent należy postawić na słowo „sztuka”. Notabene, nie wszyscy ją doceniali. Krytycy nazywali dzieło Maxa Berga „nagą, zagmatwaną konstrukcją” i istniał nawet projekt, żeby okryć tę nagość polichromią, choć ostatecznie zatriumfował beton, a właściwie żelbet. Lothar Schreyer kierujący w Bauhausie warsztatem scenografii stwierdził: „Wydawało mi się, jakby otworzył się kosmos, odsłoniły się drogi gwiezdne i widok na źródło światła”. Choć żelazobeton został pokazany tak jak wypracowano go w szalunku, „z całą surowością materiału” (Berg, jak moderniści, przejawiał kult dla tworzywa, które niezamaskowane „jest proklamacją prawdy wewnętrznej”), we wnętrzu miały się znaleźć dekoracje: witraż, malarstwo, rzeźba. Berg rozmawiał na ten temat z Oskarem Kokoschką i „zrobił mu nadzieję na ozdobienie Festhalle”. Chciał, żeby w Hali pojawił się kolor.

Ale i muzyka, bo Berga bardzo zainteresowały powiązania architektury z teatrem i muzyką, marzył, że w Hali będą się odbywać monumentalne przedstawienia dramatyczne i koncerty dla kilku tysięcy widzów, którzy w obliczu sztuki poczują, że są równi sobie. Zabiegał o instalację olbrzymich organów, wówczas największych na świecie, i troszczył się o akustykę.

Organy zbudowała na przełomie 1912 i 1913 roku firma Sauer z Frankfurtu nad Odrą, prowadzona przez Paula Walckera. Koncert inauguracyjny odbył się 24 września 1913 roku, grał Karl Straube, który wykonał zamówioną na tę okazję u Maxa Regera Introdukcję, passacaglię i fugę e-moll op. 127 (prapremiera). Organy miały pięć manuałów i pedał; piszczałki głosów przynależnych do czterech manuałów były zamknięte w szafach ekspresyjnych, popularnie nazywanymi żaluzjami (Schwellwerk). W stu dziewięćdziesięciu dwóch głosach ustawiono 15 133 piszczałki.

W 1937 roku na 12. Festiwal Niemieckiego Związku Śpiewaków organy rozbudowano do dwustu dwudziestu dwóch rejestrów. Po drugiej wojnie światowej kompletny stół gry i większość piszczałek trafiły do wrocławskiej katedry. Firma Biernackiego z Krakowa wykorzystała je do budowy wielkiego instrumentu ze stu siedemdziesięcioma głosami, z reszty skonstruowano organy chórowe umieszczone na poddaszu nad ołtarzem katedry.




Wielki Mahler w wielkiej Hali

Jednak możliwości inscenizacyjne i akustyczne Hali niemieccy wrocławianie poznali już w maju 1913 roku, na otwarciu Wystawy Stulecia (a więc i samej Hali), przypominającej o wojnie wyzwoleńczej z Napoleonem. Chór męski złożony z sześciuset wrocławskich śpiewaków wykonał pieśń Ich bin ein Preusse, burmistrz Wrocławia Paul Matting wygłosił patriotyczne przemówienie – nazwał Halę Stulecia „pomnikiem wyzwolenia ojczyzny i przestrogą dla przyszłych pokoleń” – a następca tronu, książę Fryderyk Wilhelm przeciął wstęgę.

Nie wiadomo, czy wszyscy słyszeli słowa Mattinga, ale pewne jest, że budowniczowie zrobili wszystko, żeby akustyka była jak najlepsza. Rolę akustycznej wykładziny pełniły przytwierdzone do stropów płyty korkowe. Akustykę sali poprawiały także okna w ramach z drzewa żelazowego, z uszczelkami filcowymi, w które oprawiono szyby. Niestety, Berg nie był zadowolony z efektów, ale problem z pogłosem spędzał sen z powiek wszystkim architektom projektującym ogromne sale dla wielotysięcznej publiczności. Bergowi może bardziej, z powodu żony pianistki.

Przez cały czas trwania Wystawy Stulecia wrocławianie i ich goście testowali artystyczne możliwości Hali. Największe poruszenie wywołała inscenizacja dramatu o wojnie wyzwoleńczej noblisty Gerharta Hauptmanna  – Festspiel in deustchen Reimen. Sztuka miała wydźwięk pacyfistyczny i podkreślała znaczenie Napoleona, a pomijała całkowicie rolę króla Prus. Środowisko junkrów związanych z dworem cesarskim i wojskowych obraziło się. Zaprotestował Związek Weteranów Wojennych Prowincji Śląskiej, europejska prasa nie szczędziła krytyki („Times” uznał, że to kuriozum). Sytuacja zrobiła się niezręczna i dramat po cichu wykreślono z programu. Ale za to atrakcją wystawy było wykonanie VIII Symfonii Mahlera, zwanej Symfonią Tysiąca (prasa pisała, że „kolosalna budowla Hali Stulecia to odpowiednie ramy dla gigantycznego dzieła Mahlera”, mającego ogromną obsadą wykonawczą), a na jej zamknięcie – IX Symfonii Beethovena.

 

Od Verdiego do Bizeta

Ten mariaż architektury, muzyki, teatru, a potem także i kina trwał nawet w czasach PRL-u, kiedy Wrocław traktowano jak głęboką prowincję albo kolonię. W Hali wystąpili między innymi Marlena Dietrich, Iron Maiden, Tangerine Dream, Budgie, Kraftwerk, Slade, a także Leonard Cohen. Ale opera, z monumentalnymi inscenizacjami, zagościła tam dopiero z nastaniem ery Ewy Michnik, mistrzyni superprodukcji. W 1997 roku dyrygowała w Hali Aidą Verdiego, a dwadzieścia tysięcy widzów wyszło oszołomionych ogromem Hali, monumentalnymi dekoracjami i żywymi wielbłądami na scenie (notabene, mającymi problem z dyscypliną artystyczną, o czym świadczyły kałuże, które zostawiły). Po Aidzie z oddziałem jeźdźców nadjechała Carmen, potem Nabucco ze słoniami, Carmina Burana z jednorożcem i Straszny dwór z sokołem latającym pod sklepieniem Hali.

Ale największym wydarzeniem było wystawienie w Hali całej tetralogii Wagnera (Richard Wagner był we Wrocławiu – w1863 roku dyrygował tu fragmentami swojej Walkirii, Tristana i Izoldy i Śpiewaków norymberskich). Wprawdzie w latach osiemdziesiątych dokonał tego w Warszawie Robert Satanowski, jednak rozmach wrocławskich inscenizacji, reżyserowanych przez Niemca Hansa-Petera Lehmanna, przyćmił nawet to, co proponowały teatry zachodnie. Hala zamieniła się w Walhallę, stanęła w ogniu i zatonęła w wodach Renu. Było bosko.

Tym razem też będzie woda i ogień, choć sprawy boskie zastąpi ludzki dramat: miłość, rywalizacja, zdrada i śmierć. Poławiaczy pereł wyreżyseruje Waldemar Zawodziński, za pulpitem dyrygenta stanie Ewa Michnik. Jeśli publiczność dopisze (a zawsze dopisuje), i Berg, i Bizet będą zachwyceni.