Wydanie: MWM 11/2013

Zawód: kompozytorka

Rozmowa z Roxanną Panufnik
Article_more
Nie mogłam robić nic innego. Byłam leniwą uczennicą. Wyjątkiem były lekcje muzyki. Gdy kończyłam szkołę, studia kompozytorskie wydawały mi się jedyną drogą. Więc poszłam nią.

Piotr Wojciechowski: W pani domu rodzinnym muzyka zajmowała bardzo ważne miejsce. Ojciec, sir Andrzej Panufnik, był wybitnym polsko-brytyjskim kompozytorem. W przyszłym roku będziemy obchodzić setną rocznicę jego urodzin. Czy ma pani w związku z tym jakieś przemyślenia, sugestie, życzenia?
Roxanna Panufnik:
Chciałabym, żeby dzięki tym obchodom udało się pozyskać zainteresowanie nowego, młodego audytorium ponadczasową muzyką mojego ojca oraz przypomnieć, jak wspaniałym był kompozytorem. W latach, w których przyszło mu żyć, współcześni kompozytorzy pozostawali często poza obiegiem, ponieważ nie byli „w modzie”. Obecnie każda stylistyka jest dozwolona, pod warunkiem, że jest dobra.

Czy często zdarza się pani wzorować na stylistyce ojca?
Tak. Chociaż mój ojciec nie był religijny, to jednak jego muzyka jest bardzo duchowa. Mnie intryguje pisanie jeszcze bardziej mistycznej muzyki, nawiązującej do chrześcijaństwa, judaizmu, sufizmu czy buddyzmu zen.

Jaki był pani ojciec? Jak go pani pamięta?
Był wspaniałym ojcem. Kochał nas bezwarunkowo i miał fantastyczne poczucie humoru. Okropnie mu dokuczaliśmy, gdy popełniał błędy w wypowiedziach w języku angielskim (choć opanował go w bardzo dobrym stopniu już wtedy, gdy przychodziliśmy na świat). Był bardzo szczęśliwy, gdy zdecydowałam się poświęcić komponowaniu. Nigdy mnie nie pouczał, choć byłam nieustępliwa i gdy tylko słyszałam przychylne komentarze, ignorowałam jego konstruktywne sugestie. Oczywiście, dziś nad tym ubolewam. Był osobą niezwykle cierpliwą, zwłaszcza wobec mnie i mojego brata. Nie wydawało się, aby mu przeszkadzało, gdy stukaliśmy w okno jego pracowni, kiedy był pochłonięty pracą kompozytorską. Był bardzo chętny do rozmowy. Zawsze wiedziałam, że mogę zapytać go dosłownie o wszystko. Tylko w jednej kwestii było nam trudno znaleźć porozumienie. Chodzi o moich chłopaków, których zawsze krytykował. Żaden z nich nie był odpowiedni dla jego córki! Ale na pewno polubiłby mojego męża, Stephena, gdyby tylko dożył spotkania z nim.

Co spowodowało, że postanowiła pani pójść w jego ślady?
Po pierwsze, nie mogłam robić nic innego. Byłam leniwą uczennicą. Wyjątkiem były lekcje muzyki. Gdy kończyłam szkołę, studia kompozytorskie wydawały mi się jedyną drogą. Więc poszłam nią.

Czy nigdy nie pomyślała pani o tym, żeby się zbuntować i wybrać inny kierunek rozwoju zawodowego?
Wciąż to robiłam! Nigdy nie chciałam słuchać swoich profesorów, nie chciałam eksperymentować, lecz pisać tylko taką muzykę, jaką sama chciałabym usłyszeć. Nie wiodło mi się w Royal Academy of Music, dlatego nie ukończyłam jej z jakimiś spektakularnymi wynikami. Postanowiłam więc zrealizować się w bardziej „szacownej” branży produkcji telewizyjnej. Przez trzy lata współpracowałam z BBC, gdzie nauczyłam się bardzo wiele o muzyce profesjonalnej oraz świecie mediów. To były ważne podstawy dla przyszłej kompozytorki.






Kto jest obecnie pani największym autorytetem w dziedzinie muzyki i kompozycji?
Do wielu kompozytorów mam ogromny respekt, ale dużo nauczyłam się od Bacha, Messiaena, Góreckiego, Henzego (który przez krótki okres był moim nauczycielem) oraz Pärta.

Dlaczego właśnie oni? Co konkretnie im pani zawdzięcza?
Bachowi – na pewno moje zamiłowanie do muzyki chóralnej. Podobnie jak Messiaen, mam synestezję. W kolorach widzę liczby, litery, nawet akordy i znaki przykluczowe. Czuję muzykę bardzo głęboko. Góreckiemu zawdzięczam to, że pokazał mi, jak intensywna siła wyrazu może pochodzić z prostoty, Henzemu – że nauczył mnie, jak wykorzystywać harmonię przez tworzenie zróżnicowanych faktur orkiestrowych, a Pärtowi – że jest po prostu Pärtem.

Obecnie w Polsce i za granicą obchodzona jest setna rocznica urodzin Witolda Lutosławskiego. Pani nowy utwór został napisany specjalnie z myślą o tym wybitnym polskim muzyku. Co zaintrygowało panią najbardziej w jego twórczości, a może w samej osobie kompozytora?
Jego energia. Nie wiem, czy w życiu osobistym też miał tyle fizycznej werwy, ale jego muzyka jest nią nasycona. Chociaż, podobnie jak mojemu ojcu, przypadło mu żyć w bardzo trudnych czasach, to w jego dziełach wciąż jest obecna niesłychana joie de vivre.

W grudniu w Filharmonii Wrocławskiej odbędzie się prapremiera pani najnowszego utworu.
Wykona go orkiestra Leopoldinum. Utwór został zatytułowany Two Composers. Four Hands i jest podzielony na trzy części. Pierwsza odzwierciedla żywiołowy blask Lutosławskiego, jego pulsujące rytmy oraz poczucie humoru. Drugi ustęp ukazuje moją miłość (mojego taty zresztą też) do symultanicznych durowo-molowych harmonii – chociaż ja idę o krok dalej… jest to bardzo delikatna i uduchowiona tkanka złożona z palindromów. Jestem przekonana, że ojcu by się spodobała. Ostatnia część została nazwana LutoPanufski i nawiązuje do duetu fortepianowego, w jakim Andrzej grał z Lutosławskim podczas drugiej wojny światowej. Wykorzystałam tu motywy polskiej pieśni ludowej, tworząc cykl wariacji przekształcających poszczególne elementy stylu mojego ojca i Lutosławskiego.

Co jest dla pani najważniejsze w komponowaniu? Skąd najchętniej czerpie pani inspiracje?
Obecnie fascynuje mnie muzyka innych krajów i wyznań (jeśli znajdą państwo czas, proszę zajrzeć na stronę www.loveabide.com). Pracuję właśnie nad utworem poświęconym pamięci taty – In Memoriam. Zostanie wykonany przez Brodsky String Quartet bezpośrednio po II Kwartecie smyczkowym „Messages” mojego ojca. W utworze odwołuję się do dziecięcych doświadczeń, do wspomnień o ojcu, który nigdy nie bywał bardziej szczęśliwy niż na naszych wspólnych wakacjach w Grecji.

Chciałbym zatrzymać się przy pani inspiracjach. Love abide to album z pani dziełami chóralnymi. W wywiadach mówi pani o odwoływaniu się do różnych kulturowych kontekstów tradycji muzycznej. Czy sięga pani do ich źródeł, szukając konkretnych i przydatnych dla artystycznych celów cytatów, czy interesuje panią wyłącznie nastrojowość, przywołanie ducha tych tradycji?
Odwołuję się raczej do ich nastrojowości. Pracuję nad ich indywidualnymi typami, skalami, rytmami oraz tekstem słownym.

W pani utworach wyczuć można ogromne zainteresowanie tematyką religijną. Zdecydowana ich większość nosi też wyraźne znamiona muzyki programowej. Czy ich celem jest ewokować jakąś konkretną treść pozadźwiękową czy oddziaływać na słuchacza samą muzyką czysto emocjonalnie?
W tym wszystkim są emocje. Czy muzyka nie jest właśnie o nich?

Czy muzyka to pani jedyne hobby?
Nie traktuję muzyki jako hobby. To mój zawód. Pracuję w nim naprawdę bardzo ciężko. Gdy nie pracuję, unikam muzyki na tyle, na ile to możliwe, ponieważ niczego co dobre nie można mieć w nadmiarze. Uwielbiam spędzać czas z moim mężem i dziećmi, zwłaszcza jeżdżąc na rowerze i gotując (przyrządzam naprawdę świetny bigos!).

Często bywa pani w Polsce. Czy wynika to z sentymentu do kraju ojca, czy chodzi raczej o osobiste kontakty z polskim środowiskiem muzyki poważnej?
Niegdyś bardzo często gościłam w Polsce, ale odkąd mam dzieci, trudniej jest znaleźć czas. Brakuje mi tego. Jestem bardzo szczęśliwa, gdy mogę przyjechać do Wrocławia, tęsknię również za moimi przyjaciółmi z Warszawy. Jeszcze zanim przybyłam tu pierwszy raz, przed upadkiem muru berlińskiego, Polska była mi bardzo bliska ze względu na korzenie, na uczucia, jakie żywiłam do ojca. Potem, dwadzieścia pięć lat temu, gdy przeszłam na katolicyzm, ten kraj stał mi się jeszcze bliższy. Gdy przyjechałam tu po raz pierwszy, jednym z najbardziej emocjonujących momentów było uczestnictwo we mszy świętej u wizytek w Warszawie. Tu właśnie bierzmowany był mój ojciec w 1920 roku.

Co sądzi pani o muzyczno-artystycznej tradycji Polski?
Jest zaskakująca – środowisko artystów jest doskonale zintergowane! Podczas pierwszej wizyty w Polsce byłam pod wrażeniem tego, jak muzycy, pisarze i malarze działają razem i solidaryzują się ze sobą. W Wielkiej Brytanii staramy się trzymać wyłącznie własnej dziedziny sztuki.

We Wrocławiu wystąpiła pani już kilkakrotnie. Czy to miasto ma dla pani szczególne znaczenie?
Owszem, mieszka tutaj bratanica mojego ojca, Ewa Panufnik-Dworska, wraz z rodziną. Nie mogę się doczekać spotkania z nimi w grudniu. Kultura muzyczna w tym mieście jest wspaniała. Jestem szczególnie pełna podziwu dla festiwalu Wratislavia Cantans i niezwykle podekscytowana współpracą z Ernstem Kovacicem oraz orkiestrą Leopoldinum. Słyszałam o nich same superlatywy.

Zrobiła pani zawrotną karierę w świecie, pracowała z wieloma uznanymi zespołami, dyrygentami, muzykami. Współpracę z kim ceni sobie pani najbardziej?
Każde współdziałanie to fascynujące doświadczenie. Każdy projekt i każde wykonanie jest inne, zwłaszcza gdy chodzi o ten sam utwór muzyczny. Czuję się uprzywilejowana, mając takie doświadczenia. Za każdym razem mam nadzieję i modlę się, by zdarzały się w przyszłości.

Czy ma pani jakieś ukryte marzenia związane z dalszym rozwojem kariery?
Chciałabym stworzyć wielkich rozmiarów operę. Napisałam dotychczas operę kameralną dla Teatru Wielkiego–Opery Narodowej w Warszawie (The Music Programme, 2000). Praca ze śpiewakami, orkiestrą oraz producentami sprawiała mi ogromną przyjemność. Wciąż nie mogę uwierzyć, że ktoś złożył mi tę propozycję.

Najtrudniejsze pytanie zostawiam zawsze na koniec. Które wydarzenia z pani artystycznego życia uważa pani za swój największy dotychczasowy sukces?
Przepraszam, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Zbyt trudno jest mi obiektywnie ocenić moją muzykę i karierę. To zupełnie nie w moim stylu. Zawsze staram się być skromna.

Rozmawiał Piotr Wojciechowski


Roxanna Panufnik – kompozytorka brytyjska polskiego pochodzenia, córka Andrzeja Panufnika. Studiowała kompozycję oraz grę na harfie w Royal Academy of Music w Londynie, pracowała dla telewizji BBC i BBC Radio 3. Jej utwory były wykonywane w większości sal koncertowych Wielkiej Brytanii, a także w wielu innych krajach Europy, w Azji, Stanach Zjednoczonych i Australii oraz wydane na płytach firm Black Box, Warner Classics, Mr Sam Records, Hyperion, Teldec, Signum Classics, EMI.