Wydanie: MWM 11/2013

Sala Muzyczna: nie tylko do słuchania

Article_more
Dla Sali Muzycznej Uniwersytetu Wrocławskiego latarnik był równie ważny jak wirtuoz. Czego muzyk nie dograł, to Sala nadrobiła wyglądem. Dlatego należało dobrze poświecić. Słuchacze od razu się uspokajali, poza tym w obecności Świętej Rodziny nie wypadało gwizdać.

Wracamy do tego modelu, bo Christoph Wetzel, niemiecki malarz, znakomity portrecista i konserwator podjął się rekonstrukcji dekoracji malarskiej Sali Muzycznej, zwanej pierwotnie Oratorium Marianum. Dzięki funduszom zdobytym przez Niemiecko-Polskie Towarzystwo Uniwersytetu Wrocławskiego mógł się wprowadzić na rok, z lodówką (trzyma w niej farby zrobione z łatwo psujących się składników organicznych) oraz łóżkiem (maluje na wpół leżąc), do reprezentacyjnej sali uczelni, żeby dokonać cudu wskrzeszenia.

Z martwych powstaje dzieło, które w 1733 roku wyszło spod pędzla Johanna Christopha Handkego, bardzo utalentowanego obywatela Ołomuńca. W 1945 roku, gdy bomby przebiły strop sali, malowidła Handkego stały się tylko wspomnieniem. Na szczęście utrwalonym wcześniej na licznych kolorowych zdjęciach przechowywanych obecnie w Marburgu. Gdy w 1985 roku rozpoczęto rekonstrukcję kompletnie zniszczonej sali, ta dokumentacja okazała się bezcenna. Teraz zostanie wykorzystana, żeby Święta Rodzina znów spoglądała na nas z wysokości.

Jeśli jakaś budowla, wnętrze, może mieć pecha, to Oratorium Marianum je ma. Jezuici, którzy zbudowali gmach główny uniwersytetu, oszczędzali, gdzie mogli. A raczej tam, gdzie nie było widać. Dekoracja – malowidła, sztukaterie, rzeźby – musiała widza porazić, więc na to pieniędzy nie żałowali. Reszta – jak najtaniej. Na efekty nie trzeba było długo czekać, oratorium zawaliło się w trakcie budowy, w 1731 roku (co, notabene, miało przyczynić się do śmierci odpowiedzialnego za inwestycję architekta i malarza Christopha Tauscha), więc je w końcu wzniesiono w okrojonym rozmiarze, dwóch trzecich pierwotnej szerokości. W czasie wojen śląskich straciło posrebrzany ołtarz, bo rabusie czci dla sacrum nie mieli (prawdopodobnie został przetopiony), a w 1773 roku, po rozwiązaniu zakonu jezuitów, zostało zamienione w Salę Muzyczną.





W 1812 roku oddano ją wraz z zapleczem Królewskiemu Akademickiemu Instytutowi Muzyki Kościelnej, a dziesięć lat później także Akademickiemu Stowarzyszeniu Muzycznemu, które zaczęło tu organizować znakomite koncerty. Zadbano o wyposażenie – fortepian, wiadomo, rzecz potrzebna (acz można się obejść, zatrudniając muzyków, którzy przyjdą z własnym instrumentem), ale ogrzewanie i oświetlenie wręcz niezbędne. Jak nogi marzną, żadna sztuka nie jest wielka, a siedzieć po ciemku w sali uwodzącej barokowym przepychem – to marnotrawstwo. Jeśli koncert nie nadawał się do słuchania, zawsze można było popatrzeć.

Sala, choć niewielka – tylko trzysta pięćdziesiąt miejsc – miała doskonałą akustykę, na koncerty wspaniale się nadawała. Wrocławscy melomani oklaskiwali w niej między innymi Karola Lipińskiego, Ferenca Liszta, Henryka Wieniawskiego i Johannesa Brahmsa. Z uznaniem dla muzyków bywało różnie. Patriotyzm nakazuje wprawdzie podkreślić, że Lipiński i Wieniawski mieli we wrocławskich gazetach znakomite recenzje, ale uczciwość każe wspomnieć o pustkach w Oratorium Marianum.

„Usiłowania moje w poleceniu pana Lipińskiego nie miały, niestety, pomyślnego skutku, ponieważ bardzo mała ilość słuchaczów znajdowała się w sali muzycznej Uniwersytetu – ubolewał recenzent wrocławskiej gazety (25 lipca 1821 roku, tekst przedrukowały lwowskie „Rozmaitości”) – wszelako i ta garstka dawała mu niezmierne oklaski w największym zapale. Któż by z tych, co grę tego wybornego mistrza słyszeli, obwinić mnie chciał, że go za wiele przechwalam, któżby mu nie przyznał zaszczytu pierwszej klasy skrzypka? Jakże rzadka pewność i łatwość w pokonywaniu największych trudności, jakaż właściwa fantazja i właściwy smak w różnorodnych przechodach (pasażach), a szczególniej co za przedstawa pełna ożywiającego ducha”.

Nie wiadomo, ilu z tej garstki słuchającej Lipińskiego podzielało zachwyty egzaltowanego krytyka, ale nawet jeśli fantazja polskiego skrzypka nie spełniła ich oczekiwań, mogli to zrekompensować przyjemnością dla oczu. Bo nad głową widzieli Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny i sceny z życia Maryi, w prezbiterium roztaczał swój majestat Bóg Ojciec – stwórca świata, a nad emporą muzyczną pasterze cieszyli się z narodzin Dzieciątka.

W miarę upływu lat widzieli coraz lepiej, bo dzięki ministerialnemu wsparciu w roku szkolnym 1853/1854 z Sali Muzycznej znikły lichtarze ze świecami, a zamontowano oświetlenie gazowe. Utworzono też posadę latarnika, który miał pieczę nad lokalami Królewskiego Akademickiego Instytutu Muzyki Kościelnej i dbał o lampy.

Dawały nie tylko więcej światła, ale spowolniły zniszczenie Sali – mniej kopciły. Co nie znaczy, że proces destrukcji został zatrzymany. Sala była bardzo popularnym miejscem koncertowym, bodaj najpopularniejszym w Breslau. Odbywały się tu często próby chóru Leopoldiny, Singakademie, Towarzystwa Śpiewaczego Bohna, studentów instytutu muzyki kościelnej. A muzyka to ciężkie brzemię. I kosztowne.

Remont Oratorium Marianum, rozpoczęty w 1900 roku, trwał sześć lat. Zamontowano nowe organy wykonane przez znaną świdnicką firmę Schlag und Söhne i w 1907 roku zaprezentowano salę cesarzowi Wilhelmowi II. Prasa się rozpływała: cudowna!

Jak będzie teraz, możemy się przekonać na własne oczy. Christoph Wetzel namalował już – jako pierwszą – scenę z Betlejem. „Józef ma prawie trzy metry wysokości, ale musi mieć nadludzkie rozmiary, bo widzowie oglądają go z dołu, pod kątem czterdziestu pięciu stopni, co bardzo zmienia proporcje. Wygląda na człowieka o przeciętnym wzroście. Malarze barokowi znali mnóstwo trików optycznych, ich malarstwo miało jakość 3D, więc musimy się bardzo pilnować, żeby nie zepsuć takich kompozycji” – tłumaczy Christoph Wetzel. Bo Handke by nie wybaczył.

Pilnuje roboty. Christoph Wetzel przekonuje, że Józef ze sceny w Betlejem jest autoportretem ołomunieckiego artysty. W przyszłym roku jego dzieło (i dzieło Wetzela) znów stanie się ozdobą Oratorium, a muzycy będą musieli konkurować z malarzami o uwagę słuchaczy.