Wydanie: MWM 11/2013

Arystokrata

Article_more
Pamiętam go jako niezwykle szlachetnego człowieka, świetnie wykształconego, bardzo inteligentnego, wrażliwego na uczucia innych, w czarujący sposób łączącego pewność siebie ze skromnością. Był prawdziwym arystokratą wśród muzyków swego pokolenia. Moje kontakty z Lutosławskim opierały się na wzajemnym zrozumieniu i podziwie.

Krzysztof Komarnicki: Kiedy i w jakich okolicznościach poznał pan Witolda Lutosławskiego?

Gerhard Oppitz: W marcu 1981 roku obaj uczestniczyliśmy w tym samym przedsięwzięciu orkiestry Junge Deutsche Philharmonie – był to zespół nadzwyczaj utalentowanych młodych muzyków, studentów niemieckich akademii muzycznych. Orkiestra zresztą istnieje do dziś i utrzymuje wysoki poziom artystyczny od niemal czterdziestu lat. Muzycy kilka razy w roku zbierają się na sesje prób, na które starają się zawsze zaprosić nie tylko znanych dyrygentów i solistów, lecz także słynnych kompozytorów. Na początku 1981 roku właśnie Lutosławskiego poproszono, aby próbował i wykonał z orkiestrą Mi-parti. Pozostałą część programu prowadził Guido Ajmone-Marsan, a ja zostałem zaproszony do wykonania partii solowej w II Koncercie fortepianowym Rachmaninowa.

 

Mogłem wówczas przysłuchiwać się próbom Lutosławskiego, a on bardzo interesował się moimi próbami. Mieliśmy więc okazję do prowadzenia ożywionych dyskusji o świecie, sztuce w ogóle i muzyce w szczególności. Pamiętam, że wielkie wrażenie zrobiły na mnie jego pozbawione uprzedzeń relacje o przeżyciach wojennych i powojennych. Podziwiałem też cudowny sposób, w jaki wprowadzał członków orkiestry w bajeczny świat swojej muzyki. Próby odbywały się w Witten, a koncerty w Hamburgu, Hanowerze i Ludwigshafen.

 

Jest pan jednym z pierwszych wykonawców Koncertu fortepianowego Lutosławskiego. Jak doszło do tego, że zainteresował się pan tym utworem?

Gdy tylko wysłuchałem radiowej transmisji salzburskiego prawykonania Koncertu fortepianowego z moim przyjacielem Krystianem Zimermanem jako solistą, od razu nabrałem pewności, że jest to kompozycja, którą powinienem wykonywać – ta muzyka przemawiała wprost do mego serca i ducha. Byłem więc bardzo uradowany, gdy Duńska Narodowa Orkiestra Radiowa zaprosiła mnie do wykonania tego dzieła w Kopenhadze. Dyrygować miał sam kompozytor, który z pewnością wiedział o moim entuzjazmie dla jego dzieła. To zaproszenie nie pochodziło więc bezpośrednio od Lutosławskiego, ale najwyraźniej to on zasugerował orkiestrze, by zaprosić właśnie mnie. Znów mogłem więc być na próbach, podczas których objaśniał sens swej muzyki członkom orkiestry, zwracając uwagę na niezliczone, niemal niedostrzegalne detale, tworząc magiczną atmosferę, promieniującą szczególnym wyrazem jego muzycznego języka.

 

W istocie nie pracowaliśmy nad Koncertem ani niczego nie omawialiśmy przed próbami z orkiestrą, a nawet podczas nich Lutosławski nie dawał mi żadnych wskazówek dotyczących wykonania partii solowej. Rozumieliśmy się bez słów. Każdy starał się zwracać uwagę na to, co grają inne instrumenty, dawać własny impuls muzyce i jednocześnie z uwagą słuchać partnera, aby stworzyć rodzaj inteligentnej i wrażliwej rozmowy na wzniosłym poziomie duchowym. Lutosławski sam był przez lata koncertującym pianistą, doskonale wiedział więc, jak przenieść swe pomysły na papier, a jego doświadczenie jako symfonika pozwoliło mu na uzyskanie cudownych relacji pomiędzy partią solową a bogatą paletą rozmaitych instrumentów orkiestry. Najwyraźniej podobało mu się moje podejście do Koncertu – zaprosił mnie w charakterze solisty na koncerty w wielu miastach Europy w 1994 i 1995 roku.

 

W lutym 1994 roku dotarła do mnie smutna wiadomość o śmierci Witolda Lutosławskiego. Zawsze sobie wyobrażałem, że będzie żył co najmniej sto lat. Gdy miał lat siedemdziesiąt pięć nie wyglądał na więcej niż sześćdziesiąt, bardzo dbał o zdrowie. Tymczasem koncert w Kopenhadze okazał się dla mnie, niestety, jedyną okazją do wspólnego występu z Lutosławskim. Wykonałem Koncert we wszystkich miastach, w których mieliśmy go zagrać razem, między innymi w Paryżu, Sztokholmie, Zurychu, ale już z innymi dyrygentami.





Jaki był Witold Lutosławski?

Pamiętam go jako niezwykle szlachetnego człowieka, świetnie wykształconego, bardzo inteligentnego, wrażliwego na uczucia innych, w czarujący sposób łączącego pewność siebie ze skromnością. Był prawdziwym arystokratą wśród muzyków swego pokolenia. Moje kontakty z Lutosławskim opierały się na wzajemnym zrozumieniu i podziwie. Być może rozwinęłaby się z tego przyjaźń w zwykłym sensie tego słowa, gdybyśmy mieli szansę odbyć te wszystkie wspólne podróże koncertowe, które mieliśmy zaplanowane na lata naprzód. Może wyjątkowo szlachetna postawa Lutosławskiego, którą przyjął wobec świata, utrudniała mu nawiązywanie przyjaźni z kolegami muzykami. Zapewne potrzebował jakiejś przestrzeni tylko dla siebie, aby zachować swą artystyczną doskonałość. Z wdzięcznością będę wspominał nasze ostatnie spotkanie, gdy wraz z żoną przybył na mój koncert w Warszawie (grałem II Koncert fortepianowy Brahmsa z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Narodowej pod batutą Jacka Kaspszyka). Lutosławscy przyszli za kulisy, by mi podziękować. Był 25 stycznia 1992 roku, dzień jego siedemdziesiątych dziewiątych urodzin – bardzo mnie to wzruszyło i poruszyło.

 

Danuta Lutosławska odgrywała w życiu kompozytora bardzo ważną rolę. Jeden z moich rozmówców stwierdził nawet, że gdy mówi „Lutosławski”, myśli w istocie o „Lutosławskich”. A jak pan postrzega żonę kompozytora?

Danuta Lutosławska w istocie była osobą, która dzieliła z Lutosławskim życie przez lata, byli nierozłączną parą, polegali na sobie, wpierali się wzajemnie w cudowny sposób. Pani Lutosławska była szlachetną i wrażliwą damą, która niewiele mówiła w obecności innych osób, nawet w porównaniu ze swym mężem, który wszak nie zalewał swych rozmówców potokiem słów – zawsze wolał słuchać, niż mówić. W ostatnich latach Danuta Lutosławska wydawała się raczej delikatnej kondycji psychicznej, ale miała dość siły, by towarzyszyć mężowi w podróżach koncertowych i odgrywać swą niezwykle odpowiedzialną rolę w ich związku.

 

Czy wykonywał pan inne, poza Koncertem fortepianowym, dzieła Lutosławskiego? Kompozytor nie pozostawił wielu utworów na fortepian solo, ale jest całkiem sporo kameralistyki z udziałem fortepianu.

Jak dotąd nie wykonywałem żadnych dzieł Lutosławskiego poza Koncertem fortepianowym i jeszcze nie dość dokładnie przejrzałem katalog jego dzieł. Dziękuję za tę sugestię dotyczącą muzyki kameralnej.

 

Czym jest dla pana Koncert fortepianowy? Czy fakt, że Lutosławski był pianistą, znajduje jakieś odzwierciedlenie w partyturze?

Koncert fortepianowy stanowi wszechogarniającą syntezę doświadczeń Lutosławskiego wyniesionych ze studiów nad utworami jego poprzedników oraz świata własnej wyobraźni, który stworzył jako dziecko swoich czasów. Można wyczuć podziw, jaki żywił dla geniuszu Mozarta, Beethovena, Chopina, Liszta, Debussy’ego, dla im tylko właściwych środków wyrazu. Lutosławski każe orkiestrze i fortepianowi prowadzić śmiały dialog. Szczególnie wartą podkreślenia cechą jest to, że partia solowa zapisana jest w tradycyjny sposób, wszystkie elementy dzieła są precyzyjnie określone, natomiast w orkiestrze pojawiają się partie aleatoryczne. Zawsze gdy gram ten koncert, mam wrażenie, że publiczność reaguje pozytywnie, że podobało jej się to, co usłyszała.

 

Pamiętam zwłaszcza cykl koncertów z Orkiestrą Symfoniczną Radia Stuttgarckiego pod batutą Heinricha Schiffa, który przez wiele lat współpracował z kompozytorem, wielokrotnie grając i nagrywając Koncert wiolonczelowy z Lutosławskim jako dyrygentem. Dzięki zebranym wówczas doświadczeniom podczas naszych wspólnych występów Schiffowi udało się podkreślić ważne elementy dzieła. Sądzę, że Koncert fortepianowy jest tak pełen treści, że będzie jeszcze z uwagą słuchany za dwieście lat. Kto wie, może przyszli słuchacze będą traktować ten koncert tak jak my dziś koncerty Beethovena, które powstały właśnie dwa stulecia temu. Będę się starał utrzymać ten utwór w kręgu zainteresowania melomanów i będę szczęśliwy, jeśli uda mi się zachęcić kolejnych pianistów do studiowania i wykonywania tego dzieła.

 

Czy w muzyce Witolda Lutosławskiego dostrzega pan pierwiastki specyficznie polskie?

Dla mnie muzyka Lutosławskiego wyrasta z tej samej tradycji muzycznej, która w poprzednich generacjach była obecna w dziełach Chopina i Szymanowskiego. To muzyka, która cechuje się szlachetnością, poetyckością, w której ewidentnie słychać zainteresowanie szczególnymi aspektami muzyki ludowej. Muzyka Lutosławskiego ma tutaj swe korzenie, ale daleko wykracza poza wszelkie granice, obejmuje całą ludzkość, przemawia do każdego, kto nosi w sobie wrażliwość na sztukę. Utwory Witolda Lutosławskiego skierowane są do ludzi z różnych krajów i kontynentów, wychowanych w różnych kulturach i jestem przekonany, że dzieła jego pozostaną trwałą wartością wykraczającą poza czasy, w których przyszło nam żyć.

 

Rozmawiał Krzysztof Komarnicki

 

Gerhard Oppitz – pianista i pedagog, najmłodszy profesor w historii Konserwatorium Monachijskiego, w którym do dziś prowadzi klasę fortepianu. Ma ogromny repertuar, słynie z wykonywania literatury fortepianowej kompletami: wszystkie sonaty fortepianowe Beethovena, komplet dzieł fortepianowych Brahmsa itd.