Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 11/2013

Harfa. Juan-les-Pins pod Antibes, 9 lub 10 kwietnia 1898 roku

Mały pitawal przestępstw dokonanych za pomocą instrumentów muzycznych
Article_more
Zaginięcie dwudziestotrzyletniego Josepha Franquina, podkuchennego w nicejskiej restauracji „Chez Antoine”, zostało zgłoszone przez jego pracodawcę 12 kwietnia, we wtorek po Wielkiejnocy. Brygadier M. (historia przechowała tylko inicjał jego imienia) Dupont, który dokonał wpisu do rejestru zaginionych, starał się zbagatelizować sprawę: chłopak jest młody, chce się wyszumieć, dzięki świątecznej przerwie poczuł wiatr w żaglach. Być może literalnie nawet, to jest zaciągnął się na któryś ze statków. Wiosną z Lazurowego Wybrzeża znikali wszak ci, którzy w tamtejszych luksusowych hotelach postanawiali spędzić zimowe miesiące, za to pojawiali się amatorzy rozrywek na świeżym powietrzu. Być może jakiś zamożny właściciel jachtu stracił kucharza i gotów był nająć byle kogo, choćby i podkuchennego? Sprawie Franquina nadano bieg – ale był to bieg właściwy francuskiemu południu, a zatem niespieszny. I zapewne do niczego by to nie doprowadziło, gdyby nie wścibstwo pewnej osiemdziesięcioczteroletniej mieszkanki niewielkiego Juan-les-Pins, zgorszonej krzykami dobiegającymi z posiadłości, z którą sąsiadował jej skromny domek. Staruszka podejrzewała, że odbywały się tam orgie sodomickie.

Sprawa była delikatna: za wysokim, kutym ogrodzeniem, ozdobionym ornamentem z powtarzających się róż i krzyży, wznosiła się czternastowieczna kaplica. Zniszczona w trakcie rewolucji francuskiej, ledwie dekadę przed opisywanymi wydarzeniami została odkupiona od gminy i podniesiona z ruin przez Honoré de Rouvière’a, syna paryskiego bankiera i przedsiębiorcy. De Rouvière był człowiekiem zamożnym i wpływowym, a niepokojenie go przez prowincjonalnych policjantów mogło się skończyć dla nich poważnymi konsekwencjami – zwłaszcza że wszyscy byli świadomi, jak dalece cenił sobie prywatność; korzystając z rodzinnej fortuny, pędził życie tak skryte, jak to tylko możliwe. Rzadko opuszczał swój apartament przy bulwarze Hausmanna w Paryżu – ciekawym zbiegiem okoliczności mieszczący się w tej samej kamienicy, do której parę lat później wprowadził się Marcel Proust – a jeśli już, to tylko po to, żeby przejechać ekspresem na południe i zamknąć się w kaplicy w Juan-les-Pins, do której dobudowano małą, ale luksusową neogotycką willę, ozdobioną zagadkowymi rzeźbami. Jego wizyty były powodem licznych spekulacji wśród miejscowych; jedni mieli go za mistyka, inni – za libertyna. Dziś wiemy, że interesował się okultyzmem i przez pewien czas należał do kręgu Joséphine’a Sar-Péladana, charyzmatycznego maga, kabalisty, martynisty, współwskrzesiciela Zakonu Różokrzyżowców. Sar-Péladan i jego akolici żywotnie interesowali się sztuką, widząc w niej formę religii, a w artyście – kapłana; stworzony przez nich Salon de Rose + Croix był jednym z katalizatorów symbolizmu w ówczesnym malarstwie francuskim. Zakładać można, że artystyczne zainteresowania de Rouvière’a wywodziły się właśnie z tego otoczenia, acz dodać od razu należy, że jego „dzieło” w znaczący sposób odbiegało od tego, co było przyjęte w paryskim światku artystycznym.

 

Policjanci z Antibes, zmęczeni trzema kolejnymi najściami staruszki w ciągu jednego przedpołudnia, po obiedzie zasięgnęli opinii u przełożonych w Nicei i wreszcie, z najwyższą niechęcią, stawili się przed bramą posiadłości de Rouvière’a. Otworzył im nie, jak się spodziewali, kamerdyner, ale sam właściciel, przedstawiający sobą widok osobliwy. „Włosy miałjak podaje notatka operacyjna – zmierzwione, koszulę i spodnie poplamione krwią, a w oczach jego malowało się szaleństwo”. Policjanci, bez żadnego oporu z jego strony – prawdę mówiąc, nie byli w stanie nawiązać z nim żadnego kontaktu; podejrzewali nawet, że padł ofiarą jakiejś straszliwej zbrodni, być może tortur – weszli do wnętrza willi, a następnie do kaplicy. Tam ich oczom ukazał się widok makabryczny.

 

Jedna ściana gotyckiej budowli była pomalowana na czarno; na jej tle ustawiono cztery ogromne instrumenty muzyczne, wysokości czterech do pięciu metrów: lutnię, zespoloną z nią harfę, lirę korbową i rodzaj fletu (jak wykazało z czasem śledztwo, zostały one obstalowane w marsylskiej firmie braci Jupin, sprowadzone w elementach i złożone na miejscu; każdy z nich mógł zupełnie normalnie działać, gdyby tylko, rzecz jasna, trafił w ręce olbrzyma). Pod nimi, na zaplamionej krwią posadzce, leżały nagie zwłoki młodego mężczyzny (jak się później okazało – Franquina), przebite w wielu miejscach i nawleczone na stalowe linki.






W tym, co policjanci wzięli za osobliwą scenerię zbrodni, coś w rodzaju Grand-Guignol (czyli sławnego wówczas paryskiego teatru, wystawiającego na żywo horrory, też zresztą mieszczącego się w dawnej kaplicy), wezwany na miejsce patolog, dr Beauchene, z miejsca rozpoznał naturalnej wielkości rekonstrukcję piekielnej sceny z lewego skrzydła Tryptyku rozkoszy ziemskich Hieronima Boscha. Na pozostałych ścianach wisiały makaty z wyhaftowanymi symbolami okultystycznymi, po całej posadzce de Rouvière porozstawiał zaś płonące świece, umieszczając je w diagramach, złożonych z przecinających się kół, elips i pentagramów. Dawny stół ołtarzowy, nakryty adamaszkowym obrusem, był przygotowany do tajemniczej liturgii i zastawiony naczyniami pełnymi rozmaitych substancji (popiół, krew, sproszkowana kreda, złoto, rtęć, suszone jagody wilczego łyka itd.).

 

W wyniku przesłuchania zdołano wydobyć kilka zasadniczych wiadomości z niezbornych komentarzy właściciela willi. Przyznał on, że planował zakończyć istnienie świata poprzez odtworzenie najwierniejszego, jego zdaniem, obrazu piekła, symbolu dysharmonii i cierpienia; poza Franquinem, ofiarą przypadkową, skuszoną do willi perspektywą niezłego zarobku przy wydawanym rzekomo przyjęciu, planował uśmiercić jeszcze cztery osoby: jedna miała zostać zmiażdżona lutnią, druga – przywiązana do gryfu tejże lutni wraz z jadowitym wężem, trzecia – zamknięta w lirze korbowej i zgnieciona mechanizmem, czwarta – oślepiona, umieszczona na górze pudła rezonansowego i przebita korbą, piąta – nabita na pal pod ciężarem fletu, który miał zostać przytroczony do jej pleców. Franquin w tej rekonstrukcji miał zawisnąć na harfie, przekłuty jej strunami i powoli się wykrwawić – niestety konał długo i powoli, zaś przebijanie różnych części jego ciała i przewlekanie przez otwory strun, a następnie próby naciągnięcia ich na harfę okazały się ponad siły sprawcy. Jedyne, co mu się udało, to otrucie Franquina strychniną, podaną w makaroniku o smaku waniliowym.

 

Wpływy ojca Philippe’a de Rouvière’a, ojca Honoré, okazały się na tyle znaczne, że francuska prasa praktycznie nie relacjonowała ani morderstwa, ani procesu, zaś oskarżonego wprawdzie uznano winnym, ale również niepoczytalnym. Trafił do szpitala dla psychicznie chorych w Montfavet koło Awinionu, gdzie zaprzyjaźnił się ponoć z Camille Claudel; wyszedł stamtąd po sześciu zaledwie latach i do końca życia mieszkał w Paryżu, gdzie był znanym ekspertem od wczesnych druków ezoterycznych. Zmarł w 1968 roku na trzy dni przed swoimi setnymi urodzinami. Kaplicę w Juan-les-Pins, którą utrzymywał we wzorowym porządku, choć nigdy już jej nie odwiedził, przekazał na mocy testamentu najbliższej rodzinie swojej ofiary. Stryjeczna wnuczka Franquina rozparcelowała teren, na którym wznosi się teraz kompleks apartamentowców „La Harpe”.