Autor: Michał Nowak
Wydanie: MWM 11/2013

Nie bywałam na swoich sobotnich premierach

Article_more
Sobota była zarezerwowana dla Piwnicy. Zmykałam do Krakowa w piątek po ostatniej próbie. W związku z tym podwójnym życiem miałam kiedyś śmieszną przygodę. Pierwszą pracę podjęłam w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Kiedyś ktoś mnie tam spytał, jak ma na imię moja siostra, która mieszka w Krakowie. Odpowiedziałam, że wprawdzie mam siostrę, ale ona mieszka w Warszawie i jest śpiewaczką. – No właśnie – odparła ta osoba – ta, która śpiewa w Krakowie. Ja na to, że to ja występuję w Piwnicy. Okazało się, że dyrektor teatru rozpuszczał plotki, że w Piwnicy śpiewa jakaś inna Zachwatowicz.

Michał Nowak: Zacznijmy od muzyki w pani domu rodzinnym. Wyobrażam sobie, że musiała być obecna, skoro pani siostra została śpiewaczką, w domu zaś stał fortepian, pod którym spała pani z siostrą w czasie powstania warszawskiego.

Krystyna Zachwatowicz: Rzeczywiście, dobrze to pamiętam. Podczas powstania mieszkaliśmy na drugim piętrze kamienicy stojącej między ulicami Piękną i Koszykową. Dopiero w końcu września przenieśliśmy się do piwnicy. Już na samym początku powstania jednak wytłuczone zostały w naszym mieszkaniu wszystkie szyby od strony ulicy Koszykowej. Spaliśmy więc w pokoiku, którego okna wychodziły na ciemne podwórko – rodzice na jakiejś kanapce, a ja z siostrą pod fortepianem. Instrument został trochę podziurawiony odłamkami, ale przetrwał okupację i obecnie ma go moja siostra.

Fortepian zapewniał więc schronienie w czasie powstania warszawskiego. Z pewnością jednak nie tylko do tego służył.

Na fortepianie bardzo dobrze grał ojciec. Grały również mama i siostra. Ja także, jako „panienka z dobrego domu”, próbowałam uczyć się gry na tym instrumencie. Szybko jednak zrozumiałam, że nie jest to moje powołanie. Poza tym w domu była tradycja śpiewania na cztery głosy. Ponieważ mam najgorszy słuch z całej rodziny, musiałam w trakcie śpiewu zatykać sobie uszy, żeby nie fałszować.

A poza muzykowaniem – co pani pamięta sprzed wojny? Jak wspomina pani II Rzeczpospolitą?

Miałam dziewięć lat, gdy wybuchła wojna. Moje wspomnienia dotyczą więc przede wszystkim życia rodzinnego, pełnego życzliwości i ciepła. Słyszę teraz często opowiadania o byciu molestowanym w dzieciństwie, pijaństwie rodziców czy ich znęcaniu się nad dziećmi. Ja niczego takiego nie przeżyłam. Wręcz przeciwnie, moje dzieciństwo było idylliczne. Poza tym pamiętam tylko, że przed wojną w Warszawie jeździło się na sankach. Wiem, gdzie mieszkali dziadkowie… Bardzo wyraźnie pamiętam za to wybuch wojny oraz okupację.

A zatem z jednej strony idylliczne migawki, z drugiej nasycone szczegółami traumatyczne przeżycia wojenne. To tak, jakby wybuch wojny uruchomił w pani inny rodzaj pamięci.

Z pewnością. Być może zresztą moje przedwojenne życie wydaje mi się bardziej idylliczne w kontekście przeżyć okupacyjnych. Bardzo wyraźnie pamiętam pierwszy dzień wojny, pamiętam strach o ojca, który zgodnie z zaleceniem na parę dni opuścił miasto, pierwsze bombardowania, wkroczenie Niemców do Warszawy, co było naprawdę straszne. Pamiętam lata okupacji, chodzenie do szkoły i na tajne komplety, potem wstąpienie do tajnego harcerstwa. No i powstanie, oczywiście…

Okupacja wiązała się w przypadku pani rodziny również z tym, że musieli państwo zmienić miejsce zamieszkania.

Zgadza się. Przed samą wojną mieszkaliśmy w nowo wybudowanych blokach przy ulicy Belwederskiej. Niemcy zajęli jednak ten rejon Warszawy i nas wyrzucili. Zamieszkaliśmy wówczas we wspomnianym już przeze mnie domu przy Pięknej. To był budynek świetnie nadający się do konspiracyjnych zajęć mojego ojca. Miał wejścia od dwóch różnych ulic. Mieszkaliśmy tam całą okupację, aż do powstania warszawskiego. To z tego domu wyszliśmy po kapitulacji na Dworzec Zachodni.

Wspomniała pani o wstąpieniu do harcerstwa. Czy w pani środowisku było to powszechne?

Absolutnie tak. Ojciec był członkiem londyńskiej Delegatury Rządu na Kraj, ale ja o tym oczywiście w czasie okupacji w ogóle nie wiedziałam. Prowadził tajne nauczanie w Zakładzie Architektury na Politechnice Warszawskiej, którego był kierownikiem. Patronował legalizacji – komórce, która działała w tym zakładzie i zajmowała się fałszowaniem dokumentów dla Armii Krajowej. Do harcerstwa wciągnęły mnie moje starsze koleżanki ze szkoły im. Emilii Plater, gdzie działało ono już przed wojną. Miałam wówczas trzynaście lat i rodzice musieli wyrazić na to zgodę, ponieważ harcerstwo wiązało się z wychodzeniem z domu o różnych porach. Przed powstaniem roznosiłam głównie jakieś meldunki. Poza tym uczestniczyłam w akcji nanoszenia na mapę Warszawy studni. W czasie powstanie warszawskiego bardzo się to przydało.




A zatem same praktyczne zajęcia. A śpiewanie, które z harcerstwem się kojarzy?

Wydaje mi się, że nie śpiewałyśmy niczego na zbiórkach. To była przecież konspiracja! Pamiętam jednak tajne koncerty, na które chodziłyśmy z siostrą do Wiłkomirskich. Drzwi i okna były wówczas szczelnie otulone jakimiś kołdrami. Ponieważ wykonywanie muzyki Chopina było wówczas zabronione, jego kompozycje grało się możliwie chicho – tak, żeby żadna postronna osoba nie mogła tego usłyszeć.

Czy w czasie powstania warszawskiego słyszała pani piosenki powstańcze?

Te piosenki śpiewało się dopiero po wojnie. Po jej zakończeniu przez krótką chwilę należałam jeszcze do harcerstwa. Dopóki było ono względnie niezależne, dopóki nie zrobiło się czerwone. To wówczas śpiewaliśmy te piosenki. Był rok 1945 czy 1946.

Dwa lata później odbył się zjazd założycielski Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. To wydarzenie w pewnym sensie wiąże się z pani biografią.

To były dni, których nigdy nie zapomnę. Przede wszystkim przed tym zjazdem wciąż mieliśmy nadzieję, że Polskę ominie stalinizm i że będziemy mieć względną autonomię. Zjednoczenie Polskiej Partii Robotniczej z Polską Partią Socjalistyczną przekreśliło te oczekiwania. Wprowadzono stalinizm ze wszystkimi najgorszymi konsekwencjami. Zaraz po zjeździe aresztowano Janka Rodowicza „Anodę”, który został zamordowany dwa tygodnie później. Ostatecznie opadła wówczas żelazna kurtyna i pozbawieni zostaliśmy jakichkolwiek złudzeń. Co do samego zjazdu, to w czasie jego trwania okna naszego domu zostały zasłonięte czerwonymi flagami. Przyszedł jakiś tajniak i groził, że będą strzelać do każdego, kto zbliży się do okien. Przez cały tydzień nie mogliśmy więc ich otworzyć, żeby przypadkiem nie poruszyć tych czerwonych flag. Wielokrotnie namawiałam męża, żeby nakręcił kameralny film nawiązujący do tej sytuacji, ale musiałby powstać dobry scenariusz.

W 1950 roku zamieszkała pani w Krakowie. Jak do tego doszło?

Jeszcze w Warszawie zaczęłam studiować historię sztuki. Na pierwszym roku pojechaliśmy na wycieczkę do Krakowa, żeby na własne oczy zobaczyć zabytki. Od razu zachwyciłam się tym miastem. Podczas tej wycieczki postanowiłam, że zamieszkam w Krakowie, i już jesienią następnego roku studiowałam na Uniwersytecie Jagiellońskim. Można powiedzieć, że jestem rozdarta pomiędzy Warszawą, w której spędziłam bardzo ważne lata aż do roku 1950, a Krakowem, do którego również jestem bardzo przywiązana. Napięcia pomiędzy mieszkańcami tych miast powodują czasem w moim przypadku zabawne sytuacje. Zdarza się na przykład, że informacja o moim urodzeniu na Marszałkowskiej wywołuje zdumienie u krakowianina. Jak to jest możliwe, że ktoś, kto mieszka w Krakowie i – można powiedzieć – jest krakowskim patriotą, urodził się przy tej ulicy? W Warszawie?! Z krakowskiej perspektywy gorzej już chyba nie można.

Wiele osób wspomina, że w Krakowie więzy ideologiczne były wówczas znacznie luźniejsze niż w Warszawie. Pani też tak to pamięta?

W 1950 roku nie było jeszcze tak kolorowo jak później. Na historii sztuki wciąż wykładali jednak starzy profesorowie. Z marksizmu-leninizmu miałam zawsze ocenę -3. Starałam się nie chodzić na te zajęcia, bo nic mnie to nie obchodziło. Można było jednak się nie angażować, nie zapisywać do Związku Młodzieży Polskiej. To było w Krakowie możliwe. Oprócz tego startowałam wówczas w zawodach narciarskich, co – jak się okazało – było niezwykle pomocne. Całą zimę spędzałam w Zakopanem wśród górali, wśród przyjaciół. Dzięki temu łatwiej było mi zachować dystans do rzeczywistości. Nie przekonywały mnie więc obowiązkowe na obozach wykłady o wyższości narciarstwa socjalistycznego nad kapitalistycznym. Były tak śmieszne, że teraz żałuję, iż ich nie spisywałam.

Można było więc bronić się przed próbami wciągnięcia w ideologię, a także przed szykanami, uprawiając sport, ponieważ wówczas wysoko ceniono tężyznę fizyczną. Ciekawi mnie jednak krakowskie środowisko artystyczne tamtych czasów. Na studiach poznała pani między innymi Tadeusza Kantora. W Krakowie mieszkali wówczas również między innymi: Gałczyński, Andrzejewski, Kisielewski, Mrożek. Czy zetknęła się z nimi pani już wtedy?

Mrożka poznałam dopiero, gdy zaczął chodzić do Piwnicy pod Baranami, czyli po 1956 roku. Wcześniej miałam kontakt przede wszystkim z profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dzięki ojcu osobiście znałam niektórych z nich. Poza tym na historii sztuki poznałam Piotra Skrzyneckiego. Gdy zaś zaczęłam studia na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, związałam się z Kantorem. Wszyscy młodsi studenci byli nim ogromnie zafascynowani. Kantor był po prostu nadzwyczajnym, genialnym człowiekiem. Dzięki temu, że występowałam przez chwilę w teatrze Cricot 2, mogłam się z nim zaprzyjaźnić.

Jak wspomina pani swoje pierwsze próby aktorskie?

Przedstawienie, w którym brałam udział, składało się z dwóch części. W pierwszej pokazywana była Mątwa Witkacego, którą reżyserował Tadeusz Kantor. Drugą część wypełniała pantomima wyreżyserowana przez Kazimierza Mikulskiego. Ja grałam w tej pantomimie. Wypowiadałam parę słów. Występowaliśmy w siedzibie Związku Polskich Artystów Plastyków w Krakowie przy ulicy Łobzowskiej, gdzie było okropnie zimno. Musiałam bardzo długo czekać na swoją kolej, siedząc przy oknie. Gdy więc wreszcie miałam powiedzieć mój jedyny tekst: „Czy nie widział pan mojego małego, białego pieska?”, okazało się, że straciłam głos. Najważniejsze było jednak to, że poznałam sposób pracy Tadeusza Kantora. Myślę bowiem, że ważne było nie tylko to, co on mówił, lecz także to, jak pracował. A ja dzięki tym krótkim występom miałam możliwość dokładnego przyjrzenia się jego sposobowi pracy.

Jak to się zatem stało, że w starciu dwóch osobowości zwycięzcą okazał się Piotr Skrzynecki?

Przede wszystkim w teatrze Cricot 2 byłam bardzo krótko – grałam tylko w tej pantomimie. Dla Kantora Piwnica pod Baranami rzeczywiście była jednak swego rodzaju konkurencją, bo on bardzo nie lubił, gdy obok niego coś cieszyło się takim samym powodzeniem jak jego przedsięwzięcia. On do Piwnicy nigdy nie przyszedł. Ja trafiłam tam przypadkiem. Jak wspominałam, na studiach zaprzyjaźniłam się z Piotrem Skrzyneckim. Po powstaniu Piwnicy poznałam również Joannę Olczakównę (później Olczak-Ronikier) i to oni mnie wciągnęli. Zaczęłam przychodzić tam jako widz, a oni: „Może być coś zaśpiewała?”. Spróbowałam i połknęłam bakcyla.

Ta historia bardzo dobrze pasuje do potocznego wyobrażenia Piwnicy pod Baranami jako miejsca swobody, śmiechu, improwizacji. Rzadko wspomina się o pracy związanej z każdym występem.

Nikt w to nie wierzy, ale naprawdę robiliśmy bardzo poważne i długie próby. Godzinami siedzieliśmy w Piwnicy i tłukliśmy każdą piosenkę. Zygmunt Konieczny i Stanisław Radwan byli wobec nas niezwykle wymagający. Mozolnie pracowaliśmy więc z nimi i z Piotrem Skrzyneckim nad każdą piosenką, nad każdym tekstem. Po to, żeby w czasie występu wszystko było lekkie i śmieszne.

Skąd brały się te ekstrawaganckie stroje, w których pani występowała?

Przeważnie ktoś mi je przynosił. Na początku występowałam w byle jakim zielonkawym sweterku i zwyczajnej spódnicy. Uwieczniono to na najwcześniejszych zdjęciach i rysunkach Piwnicy. Potem ktoś przyniósł mi pióra, mama znalazła przedwojenne kapelusiki z dżetami, dostałam wachlarz, jakąś śmieszną suknię. Andrzej Cybulski – znakomity scenograf – podarował mi stare atłasowe pantofelki po swojej babci. Można więc powiedzieć, że te stroje były dziełem przypadku.

Wspomniała pani, że to właśnie w Piwnicy poznała Mrożka. Co on tam robił?

Przychodził do Piwnicy i, jak słusznie napisała ostatnio Joanna Olczak-Ronikier, „życzliwie milczał”. Przeważnie towarzyszył mu Jan Błoński, nasz wielki przyjaciel. Błoński śmiał się bardzo głośno, natomiast Mrożek rzeczywiście życzliwie milczał. Gdy jednak po 1989 roku po raz pierwszy odwiedził Kraków, zażyczył sobie, żeby specjalnie dla niego przygotować program. Przyjechałam wówczas z Warszawy i śpiewałam dla Mrożka jakąś starą piosenkę. Nie pamiętam którą, ale pewnie jak zwykle To taka głupia to ja już nie jestem.

Czyli przebój. Dziś cieszy się wielką popularnością w serwisie YouTube.

No właśnie. Zdumiałam się i bardzo ucieszyłam, gdy ktoś kiedyś mnie poinformował, że jestem na TouTube. Zajrzałam – i rzeczywiście. Najpierw była sama muzyka ze zdjęciem, a ostatnio dodano fragment filmu Marii Kwiatkowskiej.

Nic dziwnego – piosenka wcale się nie zestarzała.

Tekst jest rzeczywiście bardzo dobry, ale nikt nie chce się do niego przyznać. Razem z Joanną Olczak-Ronikier szukałyśmy jego przedwojennego autora, ale nie udało nam się go znaleźć. Nie wiemy nawet, czy kiedykolwiek przed wojną było to śpiewane, czy ktoś to recytował. Mnie ten tekst podyktował nasz przyjaciel Andrzej Krasiński, a muzykę napisał Zygmunt Konieczny, który – żeby było śmieszniej – nie przyznaje się do tej piosenki, bo uważa, że jest za mało poważna.

Być może jednak ten brak powagi był najcenniejszy. Dzięki niemu przecież można było oderwać się od rzeczywistości.

Tak, to był zupełnie inny świat. Przed laty w jakimś wywiadzie powiedziałam, że dzięki Piotrowi Skrzyneckiemu przeszliśmy suchą nogą przez Morze Czerwone. Wiele osób zresztą powtarza, że te godziny spędzone w Piwnicy pod Baranami były jak zanurzenie się w zupełnie innej rzeczywistości. Oczywiście, że stroiliśmy żarty z otaczającej nas rzeczywistości, ale nie bezpośrednio. Nawet teksty Andrzeja Warchała, które były najbardziej polityczne, pozostawały abstrakcyjne, surrealistyczne. Kiedyś śpiewałam piosenkę pod tytułem Ciche dziecię. To jest taki ludowy wiersz, do którego muzykę napisał Zbigniew Paleta. Bohaterem tekstu jest dziecko-duch, które niesie ze sobą zniszczenie. Gdziekolwiek przejdzie, tam wszystko usycha. Na końcu tej piosenki strasznie wrzeszczałam, a Piotr Skrzynecki wychodził na scenę i mówił, że to była piosenka o polskiej gospodarce. W raportach SB ta piosenka została uznana za antyrządową, w samym tekście nie ma jednak żadnej aluzji politycznej. Moim zdaniem to, że istniały takie miejsca jak Piwnica pod Baranami, miało znaczenie. Nie była to oczywiście działalność opozycyjna, chociaż gdy przyjechał do nas z Warszawy poszukiwany przez milicję Jan Gross, to wiedział, że stoimy po tej samej stronie. Nie narażaliśmy się na więzienie, ale nasza postawa względem socjalizmu – z jednej strony pogardliwa, z drugiej pozbawiona strachu – była również istotna. To, że Solidarność mogła z taką łatwością powstać w całym kraju, było zasługą także tych wszystkich ludzi, którzy co prawda nie angażowali się w działalność opozycyjną, ale też nie kryli swojego krytycznego stosunku do systemu.

Przez kilkanaście lat regularnie występowała pani w Piwnicy, godząc to z pracą zawodową. Z pewnością jednak nie obyło się bez napięć między tymi dwiema sferami pani życia.

Rzeczywiście, nie bywałam na swoich sobotnich premierach w teatrach, w których pracowałam. Sobota była zarezerwowana dla Piwnicy. Zmykałam do Krakowa w piątek po ostatniej próbie. W związku z tym podwójnym życiem miałam kiedyś śmieszną przygodę. Pierwszą pracę podjęłam w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Kiedyś ktoś mnie tam spytał, jak ma na imię moja siostra, która mieszka w Krakowie. Odpowiedziałam, że wprawdzie mam siostrę, ale ona mieszka w Warszawie i jest śpiewaczką. – No właśnie – odparła ta osoba – ta, która śpiewa w Krakowie. Ja na to, że to ja występuję w Piwnicy. Okazało się, że dyrektor teatru rozpuszczał plotki, że w Piwnicy śpiewa jakaś inna Zachwatowicz. Uważał, że scenograf jego teatru nie powinien być kojarzony z kabaretem.

Takie balansowanie na granicy dwóch światów wydaje mi się czymś charakterystycznym dla zawodu scenografa. Musi on umieć pogodzić wizję reżysera z praktycznymi wskazówkami aktorów, co czasem z pewnością nie jest łatwe.

Jeżeli reżyser rzeczywiście ma coś do powiedzenia, wie, czego chce, i jeżeli zespół zgadza się z tym, co on chce powiedzieć, to nie ma żadnych tarć, bo wszyscy pragną tego samego. Reżyser z wizją – taki jak Konrad Swinarski, Jerzy Jarocki czy Andrzej Wajda – nie ma takich kłopotów. Zazwyczaj potrafi przekonać aktorów do swojej wizji. Jeżeli nawet by mu się nie udało, to aktor może po prostu wycofać się z grania w danym spektaklu. Ja również zawsze mogłam odmówić. Niby miałam obowiązek przygotować w ramach etatu trzy premiery na sezon, ale zawsze mogłam powiedzieć, że wolę zrobić scenografię do innego przedstawienia. Nigdy nie byłam jednak w takiej sytuacji.

Pracowała pani również w operze, między innymi z Kazimierzem Kordem. Jak pani to wspomina?

Jak najlepiej. Kazimierz Kord był dyrektorem i dyrygentem ówczesnego Miejskiego Teatru Muzycznego–Opery i Operetki w Krakowie. Reżyserował wówczas także opery i to z dużym powodzeniem. Robiłam z nim Madame Butterfly Giacomo Pucciniego i myślę, że to było bardzo udane przedsięwzięcie. Dość rzadko jednak pracowałam w operze, wolałam teatr.

Czym to się różni dla scenografa?

W operze najważniejsza jest muzyka, nie libretto. Niestety bardzo często reżyser i scenograf w swojej pracy kierują się librettem, ilustrując historię. Tymczasem to muzyka powinna być fundamentem inscenizacji. W teatrze natomiast najważniejszy jest tekst. Zawsze powtarzam studentom, że nie tylko reżyser, lecz także scenograf musi pracować nad tekstem. Nie może robić ilustracji do jakiegoś streszczenia. Trzeba wiedzieć, o co w danej sztuce chodzi, mieć własny jej obraz, a następnie skonfrontować to z tym, jak widzi to reżyser. Dopiero z tej wspólnej pracy może wyniknąć rzecz warta obejrzenia.

Z Kazimierzem Kordem spotkała się pani w Krakowie. Witold Lutosławski należał natomiast do pani warszawskich przyjaciół.

To prawda. Lutosławski mieszkał z żoną bardzo niedaleko naszego warszawskiego domu. Kiedy się tu sprowadzili, napisał do nas bardzo miły liścik, że zostaliśmy sąsiadami i że może się będziemy spotykać. I rzeczywiście tak się stało. Był wspólny sylwester, obiady, wieczorne rozmowy. Z tym, że wszystkich tych spotkań strzegła Danuta Lutosławska, która była wspaniałą osobą, aniołem Witolda. Danuta dostosowywała wszystkie spotkania do rytmu jego pracy. W domu Lutosławskich wszystko było od niej uzależnione.

Jaka tematyka dominowała w państwa rozmowach?

Przede wszystkim polityczna – to były gorące czasy. Pamiętam na przykład, że to właśnie u Lutosławskich oglądaliśmy w 1980 roku podpisanie porozumień sierpniowych. 

Na koniec wróćmy jeszcze do pani pracy. Czy zdarzyło się, że reżyser postawił przed panią jakieś nad wyraz skomplikowane zadanie?

Raczej odwrotnie. To ja robiłam reżyserom jakieś utrudnienia. Poza tym należę do osób, które nigdy nie są do końca zadowolone z tego, co zrobią. Kiedyś przyszłam na przedstawienie Biesów, nad którymi pracowałam z Andrzejem Wajdą. Zapisałam sobie wówczas cały zeszyt uwag – co trzeba zmienić. Ktoś mi wtedy powiedział, że niestety, ale było to już ostatnie przedstawienie.

Na scenie łatwiej osiągnąć satysfakcję?

To zależy od bezpośredniej reakcji publiczności. Jeżeli ludzie śmieją się tam, gdzie ma być śmiesznie, a właściwie wszystkie moje teksty mówione i śpiewane w Piwnicy miały publiczność rozśmieszyć, to wtedy odczuwa się doraźną satysfakcję. Ja jednak jestem zawsze bardzo samokrytyczna, więc nie pamiętam takiego uczucia całkowitego zadowolenia z siebie.

Rozmawiał Michał Nowak (Program 2 Polskiego Radia)


Krystyna Zachwatowicz – scenograf teatralny i filmowy, aktorka, wykładowca krakowskiej ASP. Córka prof. Jana Zachwatowicza – architekta, autora koncepcji odbudowy Starego Miasta w Warszawie. Wieloletnia artystka Piwnicy Pod Baranami.