Wydanie: MWM 11/2013

Opowieści wigilijne

Article_more
O muzyce i świętach opowiadają: Janusz Olejniczak, Rafał Blechacz, Krzysztof Szukała i Agata Szymczewska.
Na wejście zabrzmiało popularne Przybieżeli do Betlejem. Już po pierwszych dźwiękach wstępu zorientowałam się, że tonacja jest zupełnie inna niż ta, na którą się umówiliśmy. Nie dość, że trudno było ją rozpoznać „na ucho” ze względu na mocno rozstrojone organy, to jeszcze po chwili zorientowałam się, że będę musiała zagrać kolędę w „pięciu bemolach” skostniałymi z zimna palcami. (Agata Szymczewska)


Manekin zawlekliśmy do piwnicy, gdzie w czasie zimy rodzice urządzali nam zwykle małe boisko do gry w piłkę. Stała tam bramka hokejowa, na której powiesiliśmy przebraną już w męskie szatki kukłę. Wcześniej udało nam się namówić mojego chrzestnego mieszkającego dom w dom, by zaszedł do naszej piwnicy i ocenił postępy gry w piwniczny futbol. Przyszedł po ciemku, włączył światło i stanął oko w oko z „prawdziwym” wisielcem. Wyskoczył stamtąd jak oparzony. (Krzysztof Szukała)



Janusz Olejniczak

Niemal wszystkie święta, które pamiętam, spędzałem w domu – rodziców albo później własnym. To była i jest nadal nasza ważna tradycja. Rodzinne spotkanie, wspólny wieczór, rozmowa, wspólne muzykowanie. Kiedyś wraz z ojcem, istnym multiinstrumentalistą, który muzyką się nigdy zawodowo nie zajmował, z siostrą i siostrzenicą uczącą się w szkole muzycznej często braliśmy instrumenty i odbywało się prawdziwe polskie kolędowanie. Teraz przynajmniej ja zawsze siadam do fortepianu i bardzo to lubię. To moje jedyne prawdziwie wigilijne koncerty. I choć święta co roku są podobne, są też równie piękne i cenne. Za każdym razem siedząc przy wieczerzy wigilijnej, wspominam niepowtarzalne Boże Narodzenie z późnych lat osiemdziesiątych. Dostałem wówczas propozycję kilku koncertów w Australii na początku grudnia. W czasie, gdy tam jest pełnia lata. Zabrałem z sobą nieżyjącego już syna Tomasza. Zatrzymaliśmy się u moich polskich przyjaciół w Adelajdzie i po skończonych koncertach zostaliśmy w tym wyjątkowym miejscu jeszcze na miesięcznych wakacjach, połączonych z Bożym Narodzeniem i sylwestrem. Była choinka, choć sztuczna, ale pięknie przystrojona, były wszystkie sezonowe owoce, które wtedy można kupić w Australii, ale mieliśmy też przysmaki przesłane przez rodzinę z Polski. Wokół palmy, morze, słońce, baseny, w których pływaliśmy praktycznie codziennie, boiska do koszykówki i siatkówki. Dla nas, lubiących sport, był to prawdziwy raj na ziemi, a do tego w większości te piękne, nowoczesne obiekty stały prawie puste. Żal było nie skorzystać. Więc korzystaliśmy obaj, spędzając czas razem i ciesząc się nim w zupełnie inny sposób niż w Polsce. Dziś te wspomnienia są nadal żywe, wyjątkowe i szczególnie mi bliskie, tak jak bliski był dla mnie mój syn. Tegoroczne święta na pewno spędzę znów z rodziną, u mamy. Będą kolędy, rozmowy i barszcz wigilijny. Tylko Tomasza z nami nie będzie.

 

Notował Maciej Łukasz Gołębiowski

 

Rafał Blechacz

Święta Bożego Narodzenia to czas wyjątkowy i bardzo rodzinny. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym go spędzić gdzieś daleko od domu i najbliższych. Tak też planuję swój kalendarz koncertowy. Święta zawsze spędzam w Polsce, w domu, z rodzicami, siostrą i są to dni, w których cieszymy się z tego, że znów możemy być razem. Jesteśmy wierni naszym pięknym, świątecznym tradycjom. Choinka, którą wspólnie dzień przed Wigilią przyozdabiamy różnymi kolorowymi dekoracjami, stoi zawsze w największym pokoju, w którym znajduje się też fortepian. 24 grudnia, po skończonej wieczerzy, siadamy przy świątecznym drzewku i śpiewamy kolędy i pastorałki. Moje miejsce jest oczywiście przy fortepianie. Śpiewamy dość długo, bo polska literatura kolędowa jest bardzo bogata, a do tego mamy w zwyczaju wykonać co najmniej trzy lub cztery zwrotki każdego utworu. Kolędowanie tradycyjnie kończymy, śpiewając Lulajże, Jezuniu i zerkając coraz ciekawiej pod choinkę, gdzie leżą zapakowane prezenty. Wyobraźnia podpowiada, co może się kryć w tych wszystkich świątecznych pudełkach, choć po ich rozpakowaniu czasem następuje ogromna niespodzianka. Około dziesiątej pijemy mocną kawę i jemy ciasto. Wszystko po to, by później nie zasnąć na pasterce. Wielokrotnie zdarzało się, że podczas tej szczególnej mszy przejmowałem chwilowo obowiązki naszego kościelnego organisty i zasiadałem do instrumentu, który kiedyś był moją pierwszą muzyczną fascynacją i z którym chciałem wiązać przyszłość. Czy w tym roku zamienię się ponownie w organistę? Zobaczymy...
Życzę wszystkim wspaniałych, rodzinnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia!

Notował Maciej Łukasz Gołębiowski

 

„Może jeszcze będzie czas, by ukraść choinkę z lasu…”* – Krzysztof Szukała

Z wielkim sentymentem wspominam moje święta z domu rodzinnego. Kiedy przy stole gromadziła się cała rodzina, a w zapachach krążących po domu ukryta była wielka magia. Dorośli w nieskończoność jedli karpia, a my, dzieci, ćwiczyłyśmy cierpliwość, przebierając nogami pod stołem, by już móc rzucić się szczupakiem pod choinkę w poszukiwaniu prezentów.

Z pewnym grudniem wiąże się dla mnie szczególna historia bożonarodzeniowa, a to ze względu na specjalne rózgi, które zebrałem pod choinką od gwiazdora – mojego chrzestnego. Niedługo przed wigilią ściągnęliśmy z moim bratem i kolegą do domu figurę manekina. Sterta popsutych leżała za węgłem sklepu krawieckiego i nieodmiennie pobudzała naszą wyobraźnię. Wpadłem na pomysł szalonego psikusa, za którego potem słono zapłaciłem. Manekin zawlekliśmy do piwnicy, gdzie w czasie zimy rodzice urządzali nam zwykle małe boisko do gry w piłkę. Stała tam bramka hokejowa, na której powiesiliśmy przebraną już w męskie szatki kukłę. Wcześniej udało nam się namówić mojego chrzestnego mieszkającego dom w dom, by zaszedł do naszej piwnicy i ocenił postępy gry w piwniczny futbol. Przyszedł po ciemku, włączył światło i stanął oko w oko z „prawdziwym” wisielcem. Wyskoczył stamtąd jak oparzony, a ja pod choinką zafasowałem uczciwe razy wierzbowymi witkami, zanim otrzymałem mój prezent.

W moim wyobrażeniu święta potrzebują specjalnej oprawy, na którą powinny się składać: miłość, ciepło rodzinne, dobry humor, smakowite zapachy, drobny podarunek koniecznie wykonany ręcznie i według swojego pomysłu oraz spokój. Mam takie drobne marzenie, byśmy kiedyś, podczas świąt musieli przez tydzień zostać w swoich domach z naszymi rodzinami i bliskimi przyjaciółmi. Żeby zabrano nam komputery, telefony, radia i telewizory. Żebyśmy pamiętali tylko o dobrych emocjach,  byli dla siebie czuli, serdeczni, a przede wszystkim poświęcali czas wyłącznie sobie. Ciekawe, czy jeśli byłby to egzamin, na jaką ocenę zasłużylibyśmy po tym tygodniu. Te siedem dni mogłoby się okazać najtrudniejszymi w dorosłym życiu.

Wszystkim bliskim mi ludziom, z którymi ciężko pracuję, śmieję się i spędzam czas, a szczególnie Mojej Ukochanej Babci, która w tym roku obchodzić będzie sto jeden lat!, życzę wiele radości i spokoju. A także pamiętania o tym, by nie wysyłali SMS-ów z życzeniami. Na święta chcę koniecznie dostać kartki świąteczne ze złotymi brzegami!

*Cytat z piosenki Adama Nowaka

 

Notowała Agnieszka Frei

 

Agata Szymczewska

Kilka lat temu zostałam poproszona o zagranie kolęd z organistą w kościele podczas pasterki. Od wielu lat grywam w świątyniach w różnych miejscowościach, w których spędzam z rodziną święta. Robię to z wielką przyjemnością.

Tym razem na spotkanie z organistą dotarłam na dwie minuty przed rozpoczęciem mszy, więc mogliśmy tylko szybko wybrać kilka kolęd i ustalić tonacje, liczbę zwrotek. Na wejście zabrzmiało popularne Przybieżeli do Betlejem. Już po pierwszych dźwiękach wstępu zorientowałam się, że tonacja jest zupełnie inna niż ta, na którą się umówiliśmy. Nie dość, że trudno było ją rozpoznać „na ucho” ze względu na mocno rozstrojone organy, to jeszcze po chwili zorientowałam się, że będę musiała zagrać kolędę w „pięciu bemolach” skostniałymi z zimna palcami. W wielkim stresie wykonałam moje zadanie, które całkowicie zaskoczyło mnie w środku tej wyjątkowej nocy.

 

Notowała Joanna Michalska