Wydanie: MWM 01/2014

Król Słońce znad Dunaju

Article_more
Tropiciele kiczu i szydercy wyśmiewający bale dziennikarzy czy producentów krzeseł powinni pamiętać, że wiele utworów, które dziś kojarzą im się z szykiem i elegancją wyższych sfer, powstało dzięki zamówieniom bardzo rozmaitych środowisk zawodowych, składanym wiedeńskiemu przedsiębiorstwu muzycznemu – rodzinie Straussów.

Czy Johann Strauss syn, dyrygując w Ameryce „chórem” złożonym z dwudziestu tysięcy śpiewaków, wykonującym jego najsłynniejszy walc, mógł przypuszczać, że w rytm Nad pięknym modrym Dunajem będą się obracać wehikuły płynące w kosmosie w słynnym dziele Kubricka „2001: Odyseja kosmiczna”? I to, o ironio, zaraz po fragmencie muzyki zupełnie innego Straussa? Pewnie nie, choć pisano o nim: „Wiedeń jest miastem zmysłowych uciech, a Strauss jest słońcem, wokół którego wszystko się obraca”. Nie da się zaprzeczyć, że pełen wdzięku obrotowy ruch w połączeniu z widokiem na błękitną planetę i rozkołysana fraza wiedeńczyka pasują do siebie idealnie. Zanim jednak dzieła Straussa opanowały przestrzeń kosmiczną, rządziły niepodzielnie przez dobre pół wieku Wiedniem. A osią tej twórczości, wokół której wirowały polki, marsze i kadryle, był oczywiście walc.

Na trzy pas

Żaden taniec w historii muzyki i kultury tak nie połączył odmiennych środowisk, jak walc. Żaden nie był tak chętnie opiewany przez poetów, nie był źródłem tak różnorodnych inspiracji. Początkowo plebejski, wręcz wulgarny (zdarzały się nawet przypadki karania grzywną za jego tańczenie, przypisywano mu też diabelskie pochodzenie) z czasem wdarł się na salony i kiedy to już nastąpiło, walca tańczyli wszyscy. Wytworne damy z wyższych sfer na balach i wiejskie dziewczyny w gospodach, wyrafinowane panny na wieczorkach tanecznych, a nawet szacowne matrony, tancerki na scenach teatrów baletowych... Rozkołysany rytm na ¾ uwiódł też największych kompozytorów – nawet tych, którzy jak Chopin wypowiadali się o nim z lekceważeniem. I choć w Walcu Mefisto Ferenca Liszta czy La Valse Maurice’a Ravela trudno odnaleźć słodki jak czekolada Sachertorte i lekki jak śmietankowa pianka ton Straussowskich walców (narzekał na to skądinąd Jarosław Iwaszkiewicz) – to jednak właśnie one, nawet jeśli nie były źródłem, stanowiły przynajmniej równoległy nurt, w którym każdy, kto żył w XIX wieku, musiał zanurzyć choć stopę. Melodyczność, wdzięk frazy i pomysłowość – wiedeńskie powietrze musiało być przesycone tą muzyką, słyszaną wszędzie, nuconą przez panienki z dobrych domów i uliczne straganiarki, graną przez kawiarniane orkiestry. Musiała krążyć w krwiobiegu ówczesnych muzyków – nawet jeśli niektórzy zżymali się na jej łatwość i prostotę, wiązaną z nieskomplikowanym podejściem do życia tego miasta hedonistów.

Bo jak to się stało, że nagle wszyscy zaczęli tańczyć walca? Przecież jeszcze w czasach Beethovena rubaszne tańce na ¾ tańczono głównie w podejrzanych lokalikach i nawet trwający niemal dziewięć miesięcy kongres wiedeński na przełomie 1814 i 1815 roku, na którym walc pojawił się w blasku wytwornych toalet, nie zmienił w tej materii aż tyle, co… muzyka w mieście.

Miejska muzyka

Jeszcze za życia Beethovena w jednym z ogródkowych ensembli kawiarnianych zaczął grać Johann Strauss ojciec – wówczas nastoletni chłopak (uczeń polskiego skrzypka z Tarnowa – Poliszańskiego). Szybko współpracę zaproponował mu uznany już twórca popularnych walców Josef Lanner (wspominając o nim, trudno nie pomyśleć o Salierim…). Biznes zaczął się od tria, by z czasem rozrosnąć się w sporą orkiestrę. Ale przyjaźń szybko się skończyła – już dwudziestojednoletni Johann po sporej awanturze rozstaje się z Lannerem i zakłada własny zespół. Mógł sobie na to pozwolić, bo branża rozkwitała, a Strauss najwyraźniej oprócz talentu muzycznego miał też nosa do interesów. Jego orkiestra rozpoczęła działalność w 1825 roku i w tym samym roku urodził się Johann Strauss syn – który dziewiętnaście lat później bezlitośnie uczyni ojcu to, co ów niemiłego uczynił Lannerowi.

Ale wróćmy do ojca – bo to on właśnie sprawił, że hasło do dziś otwierające coroczny bal w Operze Wiedeńskiej: „Alles walzer!” (wszyscy do walca), stało się ciałem. Czasy sprzyjały. Mieszkańcy Wiednia po latach trudów zaznanych w wyniku wojen napoleońskich szukali pociechy i przyjemności. Zwłaszcza że rządy Klausa Metternicha nie zostawiały zbyt wielu swobód. Przez salony Europy przetaczały się burzliwe nastroje romantyczne, wyjątkowa pożywka dla poetów, pisarzy i muzyków. Ale burżuazja, a szczególnie wiedeńska burżuazja… spędzała czas w kawiarniach. Dla niej właśnie – i dla konserwatywnie nastawionej arystokracji – Johann Strauss ojciec komponował swoje walce, polki, marsze, kontredansy. Sukces przerósł wszelkie oczekiwania – dość powiedzieć, że zaledwie dwudziestopięcioletni muzyk zdobył stanowisko dyrektora orkiestry balowej na dworze cesarskim. Ale państwowa posada nie uśpiła zmysłu biznesowego. W Wiedniu działało kilka jego orkiestr – w restauracjach, kasynach, kawiarniach. Grały latem w ogródkach, a w sezonie zimowym w większych salach i oczywiście podczas licznych balów. W okresie karnawałowym Strauss wynajmował zaś dwustu muzyków, dzielił ich na zespoły i kilkanaście takich ensembli „obrandowanych” marką Strauss przygrywało balowiczom – on sam jeździł zaś od jednego do drugiego, pokazując się na krótko z każdym z nich. Do tego dochodziły liczne tournée – po Rosji, Francji (gdzie sławnym wiedeńczykiem zachwycał się Hector Berlioz – i czyż echa tego zauroczenia nie są słyszalne w scenie na balu z Symfonii fantastycznej?), Anglii, gdzie przy dźwiękach Straussowskiej orkiestry zamarzyło się tańczyć młodej królowej Wiktorii, choć trudno dziś połączyć purytańskie obyczaje władczyni z lekkością i erotyzmem walców Austriaka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Strauss & Sons

Niepodzielnej władzy nad sercami wiedeńczyków pozbawił go dopiero syn – którego debiut w 1844 roku w jednej z restauracji Dommayera (nieopodal pałacu Schönbrunn) okazał się niebywałym sukcesem, także dzięki zręcznemu gestowi następcy. Młody Johann najpierw olśnił publiczność urodą swoich kompozycji, a następnie wieczór zakończył walcem autorstwa ojca. Wiedeń oszalał. A przecież wszystko miało być inaczej – Strauss ojciec marzył o solidnej mieszczańskiej karierze dla swych synów: Johann miał być bankowcem, Józef prawnikiem, a Edward dyplomatą. Na szczęście synowie niezależnie od muzycznych zainteresowań doskonale zarządzali swoim artystycznym przedsiębiorstwem. Zaledwie zresztą pięć lat po debiucie młody Johann został dziedzicem w sensie ścisłym – Strauss ojciec zmarł bowiem nagle w 1849 roku.

Tymczasem począwszy od wstąpienia w 1848 roku na tron cesarza Franciszka Józefa, Wiedeń zaczął opływać w dostatki, by stać się u schyłku jego panowania prawdziwą metropolią, stolicą arystokracji, bogatego mieszczaństwa i dostatnio żyjących rzemieślników, eldorado wszystkich, dla których austriackie dolce vita stanowiło jego esencję. A kiedy chleba (i ciastek!) jest pod dostatkiem, lud potrzebuje igrzysk. Przeto na wielką skalę lud się bawił. Dziś to się wydaje niewiarygodne, ale Straussowie (wszyscy, bo Johann wciągnął do biznesu także braci Józefa i Edwarda – przy czym sam Józef, niemający nawet wykształcenia muzycznego, napisał ponad trzysta do dziś popularnych utworów) pozostawili po sobie w sumie niemal prawie tysiąc dzieł. Nie wchodziło w rachubę powtarzanie wciąż tych samych nawet niewątpliwych przebojów – oprócz tych komponowanych ku ogólnej uciesze, Straussowie zasypywani byli zamówieniami konkretnych klientów. A że poczucia humoru im nie brakowało, powstawały utwory takie jak Polka elektromagnetyczna, Fale dźwiękowe czy Koła zamachowe dla Wyższej Szkoły Technicznej czy Gazetki poranne na bal dziennikarzy i literatów. Przedsiębiorstwo działało pełną parą – występy w Berlinie, Paryżu, Pawłowsku, a i Warszawie… Sława młodego Straussa musiała też w końcu dotrzeć do Nowego Świata. Ponoć przed podróżą do Ameryki, matecznika zamożnej klasy średniej, się wzbraniał – zdecydowawszy się w końcu, rozsądny ten przedsiębiorca spisał oczywiście testament. Podróż (poza – szczęśliwym – finałem) przebiegała w podobnej atmosferze co rejs Titanikiem: orkiestra grała do końca i niejeden walc pod batutą maestra zapewnił pasażerom dodatkowe kołysanie, choć zdumienie i rozczarowanie pań wzbudził fakt, że sam maestro walca nie tańczył, bo… nie umiał.

Ameryka przyniosła niewątpliwy sukces, ale to w rodzimym Wiedniu Johann syn miał status pierwszego po cesarzu – bogate damy zapisywały mu pokaźne sumy w zamian za gwarancję zagrania walca na ich pogrzebie, a w plebiscycie na najpopularniejszego obywatela Europy w 1890 roku zajął trzecie miejsce (po królowej Wiktorii i kanclerzu Bismarcku).

Evergreen

Na czym polegał i polega nadal fenomen tej wciąż żywej muzyki? Odbywający się co roku od początku 1939 roku Koncert Noworoczny w Złotej Sali Musikverein oraz około trzystu balów z muzyką Straussów, rozpoczynających się w Wiedniu 11 listopada – tak, tak – a kończących dzień przed Popielcem, tysiące nagrań, przeróbek itd. – to wszystko mówi samo za siebie. Trudno dać jednoznaczną odpowiedź, ale kilka składników mikstury godnej największych alchemików łatwo zidentyfikować. Po pierwsze, o czym być może się zapomina, Strauss syn odebrał nader solidne podstawy teoretyczne, którym jego utwory zawdzięczały niebanalną orkiestrację, świeżość harmonii i doskonałą formę. Po drugie – genialne wyczucie proporcji pomiędzy tym, co kocha publiczność (czyli „piosenkami, które zna”) a nowatorstwem formy i stylu. Proste kompozycje ojca syn rozbudował w małe muzyczne poematy. Potrafił jednocześnie utrzymać idealną równowagę pomiędzy wdziękiem klasyki a modnym i cenionym zwłaszcza przez panie romantycznym uniesieniem, kipiącą energią i błyskotliwym żartem a czułym westchnieniem i tęsknotą – a do tego nigdy nie popadał w ckliwość, miałki sentymentalizm i kicz, a przecież granica w tym wypadku jest cienka jak włos niemowlęcia! Mieszczanie i mieszczanki dostawali w ten sposób prawdziwe arcydzieła – bo Straussowie nie pisali w zasadzie utworów słabych – ale tak łatwe w odbiorze, że mogli się nimi bez kompleksów zachwycać. Koledzy po fachu zaś doceniali rzetelność roboty i oryginalność pomysłów melodycznych. I tak jest chyba po dziś dzień – na wiedeńskich balach nadal królują zamożni przedstawiciele klasy średniej i celebryci i nadal niejedno podatne na wzruszenia damskie serce potrafi zatrzepotać, gdy rozlega się prościutka, składająca się z czterech dźwięków fraza walca wszech czasów. Noworoczny koncert z Musikverein jest od lat transmitowany przez liczne telewizje, a bilety rozchodzą się w drodze losowania ze względu na ogromną liczbę chętnych (mimo iście cesarsko-królewskich cen), a prowadzą go najwięksi dyrygenci z całego świata. Z nich wszystkich najpełniej wdzięk, piękno i świeżość utworów Straussów oddał chyba Carlos Kleiber – „tańczący bóg” – na którego patrząc, można tę muzykę po prostu zobaczyć, niemal dotknąć. Ten genialny perfekcjonista, a przy tym prawdziwy książę wśród dyrygentów, o zniewalającej elegancji i chirurgicznej precyzji gestów, pochyla się nad walczykami i polkami jak nad skrzynią pełną skarbów – tak cudownie otwartą dla wszystkich wyrobionych i niewyrobionych uszu i wciąż pełną niegasnącego blasku.

Magdalena Romańska

 

Podczas pisania tekstu cennym źródłem informacji był dla mnie esej Jerzego Waldorffa Zemsta… o mur muzyczny (1982) oraz artykuł Kacpra Miklaszewskiego Nad pięknym modrym Dunajem (Studio 01/1999).