Wydanie: MWM 07/2012

Wspólne Pasje

Wratislavia Cantans
Article_more
Gdzie dwóch lub trzech spotyka się kantaty w niebo ulatać tam on jest wśród nich do rąk skrzypce bierze struny dźwięczne potrąca dzień ósmy stworzenia zaczyna by świat dopełnić... do końca
 

Kacper Podrygajło: Maraton bachowski, Bach: kurs intensywny – tegoroczną Wratislavię otwiera stretto sześciu koncertów z muzyką twórcy Kunst der Fuge. Tekst programowy festiwalu przywołuje maksymę Alberta Schweitzera: „Bach jest kresem. Nic od niego nie wychodzi; wszystko tylko do niego prowadzi”. Bach jest też kresem dyrekcji artystycznej Paula McCreesha – czy to wyznanie muzycznej wiary, pragnienie pożegnania się tym, co najlepsze?

Andrzej Kosendiak (Dyrektor Generalny Festiwalu Wratislavia Cantans): Nad jedną edycją Wratislavii Cantans pracuje się kilka lat i pewne sensy objawiają się dopiero w trakcie dyskusji nad programem; nie od razu mamy gotową, zamkniętą koncepcję. Przypomina to trochę pracę reżysera teatralnego, który stopniowo dochodzi do ostatecznego rezultatu. Na kształcie tegorocznego festiwalu zaważyła pewna karta z historii życia muzycznego Wrocławia. Sto lat temu odbył się tutaj Festiwal Bachowski – szeroka prezentacja utworów chóralnych, klawesynowych, organowych, wokalno-instrumentalnych, generalnie licznych i bardzo różnych kompozycji. Chcieliśmy jakoś tę setną rocznicę zaakcentować.

 

Czy zachował się program tego festiwalu?

Tak, ukazał się drukiem i można go sobie postudiować, nie chodziło nam jednak o to, by zrealizować jego wierną kopię. Narzucała się natomiast myśl, że dobrze byłoby rozpocząć jakimś wielkim dziełem. Przez wiele lat nie było na Wratislavii Bachowskich Pasji; wykonywaliśmy je oczywiście w sezonie koncertowym, ale w ramach festiwalu – nie. Paul McCreesh bardzo chciał uczynić z nich wielkie otwarcie tegorocznej edycji.

 

Podczas Wratislavii zabrzmią obie Pasje Bacha – Janowa w wykonaniu Taverner Consort i Wrocławskiej Orkiestry Barokowej pod dyrekcją Andrew Parrotta oraz Mateuszowa w solowej obsadzie wokalnej z towarzyszeniem Gabrieli Players pod dyrekcją Paula McCreesha. Czy będzie to zderzenie, czy harmonijne współbrzmienie idiomów wykonawczych? Jakie jest pana zdanie na temat zastępowania chóru zespołem solistów?

McCreeshowska interpretacja Pasji Mateuszowej jest znana z nagrania ze wspaniałymi kreacjami wokalnymi (m.in. Magdaleny Koženy, Marka Padmore’a, Petera Harveya), które swego czasu było bardzo kontrowersyjne. Pamiętam rozmowę sprzed kilku lat z Piotrem Anderszewskim, który przyjechał do nas na koncert. Zapytał mnie wtedy, co się dzieje we Wrocławiu i gdy powiedziałem mu, że dyrektorem artystycznym festiwalu został Paul McCreesh, odparł: „Aha, to ten, co nagrał taką okropną Pasję Mateuszową w obsadzie solowej. Nie do słuchania!”. To nagranie wywołało duże poruszenie.

 

Kwestionowano stopliwość głosów solistów...

Nie, raczej chodziło o opór w akceptowaniu wizji niezgodnej z tym, co znaliśmy i lubiliśmy. Dla mnie jest to jedno z najlepszych wykonań tej Pasji. Wracając do pytania – na pewno będą to wizje raczej spójne niż rozbieżne. Paul nie chciałby na festiwalu wykonania, które byłoby skrajnie odmienne od jego wizji. Sam jestem ciekaw, jak to wypadnie. Porównanie na pewno nastąpi. Dwie czy trzy edycje temu mieliśmy analogiczną konfrontację McCreeshowskiej i Gardinerowskiej wizji Haendla. Mnie jako dyrygentowi bliższe jest wykonywanie Pasji z niewielkim zespołem chóralnym – szczególnie Pasji Janowej.

 

A jeśli chodzi o Mateuszową i wielki trzychórowy chór początkowy?

No dobrze – w obu Pasjach do tej pory wolałem raczej kameralny chór niż zespół solistów, aczkolwiek nagranie Pasji Mateuszowej pod dyrekcją Paula McCreesha uważam za jedną z najdoskonalszych interpretacji muzyki Bacha. Przypomnę, że zaśpiewało tam tylko ośmioro śpiewaków i udało się im uzyskać niezwykle spójne brzmienie oraz przekonujący wyraz. Wykonania solowe mocno irytowały publiczność przyzwyczajoną do tradycyjnych interpretacji chóralnych jeszcze osiem lat temu, dzisiaj jest to już jednak pewna norma. Tak jak kantaty, Pasje są jednak utworami pisanymi z myślą o składach kameralnych i realizowanie ich w ten sposób jest po myśli samego Bacha. Być może sam przygotuję kiedyś takie wykonanie – to jest też zawsze kwestia doboru wykonawców, te cztery osoby trzeba wybrać w naprawdę przemyślany sposób, żeby spełnić wymogi, jakie stawia dzieło.

 

Tematem przewodnim festiwalu jest męka i śmierć Chrystusa – oprócz Bachowskich Pasji wykonane zostaną Lagrime di San Pietro Lassusa, La Passione di Gesù Cristo Caldary, Siedem ostatnich słów Chrystusa na krzyżu Haydna, Stabat Mater Dvořáka, Via Crucis Pawła Łukaszewskiego i inne. Pytanie o zdolność muzyki do reprezentacji zjawisk pozamuzycznych zaognia się, gdy sferą reprezentowaną ma być sfera sacrum – jakie jest pana stanowisko w tej kluczowej sprawie estetycznomuzycznej?

Sfera sacrum jest nierozerwalną częścią muzyki właściwie od praczasów. Sztuka zawsze odnosiła się do tych dwóch elementów – sacrum i tego, co jest związane z namacalną obecnością człowieka na ziemi, z życiem doczesnym. Tegoroczna edycja festiwalu jest bardzo jednoznacznie i przejrzyście poświęcona tematyce Wielkiego Tygodnia. Różni twórcy bardzo różnie podchodzili do tego tematu. Wykonywane podczas nabożeństw wielkopiątkowych Pasje Bacha były w dużej mierze głoszeniem Pisma Świętego, wplecionym w liturgię nauczaniem. Przygotowywanie tych dzieł do wykonania, praca z solistami, chórem i orkiestrą zawsze przywodziła mi na myśl urywek z Pisma Świętego: „Gdzie dwóch lub trzech spotyka się w imię moje, tam ja jestem między nimi”. Myślę, że Bach rozumiał to własnie w taki sposób, uważał swą pracę za swoistą misję i wierzył, że rzeczywiście robi to na chwałę bożą – soli Deo gloria, jak pisał w partyturach. I tu chciałbym wrócić do pierwszego pana pytania. Czy Bach jest kresem, jak pisał Schweitzer? Dla mnie jest w tym sensie kresem, że jest dopełnieniem dzieła stworzenia. Bez tego, co on stworzył, świat byłby niedokończony. Powiem więcej – to stwarzanie dokonuje się ciągle w kolejnych pokoleniach. Pięknie ujął to Witold Lutosławski: „Gdyby jakimś przewrotnym cudem odjęto nam to, co zbudowała w nas twórczość największego z muzycznych geniuszów ludzkości, nie moglibysmy w tym spustoszeniu poznać samych siebie”. Oczywiście, proporcje pomiędzy sacrum a profanum są bardzo różne u różnych twórców, myślę więc, że doświadczymy swoistego zderzenia głęboko teologicznej postawy Bacha z postawami bardziej „laickimi” – tak bym to określił.

 

Który z utworów pasyjnych wydaje się panu najbardziej udanym przymierzem narracji z kontemplacją?

Ewidentna różnica pomiędzy Pasją Janową a Mateuszową jest taka, że w wypadku tej pierwszej mamy do czynienia z pewnym widowiskiem przedstawionym dźwiękami, druga natomiast stoi pod znakiem arii Aus Liebe (nawiasem mówiąc, w nagraniu McCreesha w fantastycznym wykonaniu Deborah York). Dla mnie ta aria jest kluczowa dla całej Pasji, bo gdyby nie miłość, nie byłoby całej tej historii pod krzyżem, nic nie miałoby sensu. Czysta kontemplacja, adoracja – uważam, że to centralny, kulminacyjny moment nie tylko tego dzieła, ale także sens samego chrześcijaństwa. No cóż, jak widać, cały czas wracam do Bacha, omijam inne dzieła, ale chyba każdy kompozytor, który podejmuje tematykę pasyjną, musi liczyć się z tym, że punktem odniesienia dla jego utworu będzie właśnie Bach.

 

Na które z festiwalowych wydarzeń czeka pan najbardziej?

Ja czekam na cały festiwal, nie opuszcza mnie poczucie, że Wratislavia jest pewnym spektaklem, pewną całością. To nie jest jakaś seria koncertów, jak to się dzieje w regularnym sezonie artystycznym. Następstwo poszczególnych punktów programu układa się w pewien ciąg, tworząc okazję do celebrowania muzyki. Marzy mi się, by każdy kolejny akt tego spektaklu był coraz bardziej wciągający i dostarczał coraz więcej okazji do konfrontowania ze sobą różnych dzieł.

 

Na niedawny koncert Huelgas Ensemble we Wrocławiu złożyły się dwie części: „W przeszłość” i „W przyszłość” – jak ocenia pan siedmioletnią współpracę z Paulem McCreeshem i czego spodziewa się po Giovannim Antoninim?

Myślę, że to, co wniósł Paul McCreesh, okaże się jeszcze za chwilę, za rok, pięć, dziesięć lat. Nie chciałbym w tej chwili, tak na gorąco tego oceniać – tym bardziej, że siódma edycja wciąż przed nami. Co już mogę powiedzieć? Bardzo cennym doświadczeniem było dla mnie doświadczenie bezkompromisowości Paula, jego wielkiej ambicji, chęci osiągnięcia najwyższego poziomu wykonawczego. Mimo to myślę, że perfekcjonizm techniczny i wykonawczy nie jest najważniejszą cechą Paula – równie ważna była dla niego zawsze wyrazista ekspresja. Fantastyczne rezultaty dała współpraca przy budowaniu naszych zespołów –jestem Paulowi za to niezmiernie wdzięczny.

 

Dla chóru była chyba kluczowa?

Tak. Duży chór od początku mieścił się w planach repertuarowych Paula; potrzebował sporego i bardzo sprawnego wokalnie zespołu. Zrealizował tu przecież duże dzieła, by wspomnieć choćby Requiem Berlioza, na potrzeby których musiał swój znakomity Gabrieli Consort niejako sklonować, żeby nie uzyskać bezkształtnej masy, tylko świetny zespół o powiększonym składzie. Myślę, że to się w pełni udało; Chór Filharmonii Wrocławskiej, dzieki wysiłkowi samych chórzystów oraz ich szefa – Agnieszki Franków-Żelazny i współpracy z Paulem, jest obecnie w absolutnej czołówce zespołów chóralnych w Polsce, w moim przekonaniu – najlepszy, a każdy z artystów jest jednocześnie znakomitym solistą. A co nas czeka na Wratislavii za rok i w kolejnych latach? Na pewno inne kolory, inny temperament, trochę inny świat, bo Antonini jest jednak blisko świata operowego, realizuje sporo dzieł scenicznych, a znacznie mniej chóralnych. Orkiestra? Jak najbardziej – fantastyczny zespół Il Giardino Armonico. Głos? Jak najbardziej, Wratislavia jest wszak festiwalem, który pokazuje głos ludzki w najróżniejszych odsłonach. W przypadku Antoniniego – może bardziej głos solowy; można by tu wymienić wiele fantastycznych płyt, choćby z Cecilią Bartoli. Miesiąc temu miałem okazję obserwować Antoniniego na próbach Giulio Cesare – opery Haendla przygotowywanej w ramach Festiwalu w Salzburgu i muszę przyznać, że sposób, w jaki pracował z wokalistami, pozwala spodziewać się naprawdę wspaniałych rezultatów. Obsada gwiazdorska: Jaroussky, Bartoli, Scholl, von Otter – i ci artyści będą pojawiać się na Wratislavii.

 

Bartoli się pojawi?

Na pewno wystąpi podczas którejś edycji. Zresztą spotkałem się z nią w Salzburgu i zapraszałem do Wrocławia.

 

Będzie dużo więcej opery na Wratislavii?

W wersjach koncertowych na pewno. Oczywiście, wszystkie stałe elementy festiwalu zostaną zachowane. Spodziewam się, że czeka nas kilka lat nieco innych i wydaje mi się, że tak właśnie powinno być, że festiwal powinien pokazywać różne oblicza śpiewu, różne spojrzenia na głos ludzki, które twórcy tej klasy, co Paul McCreesh i Giovanni Antonini, niewątpliwie mają. Ja jestem bardzo ciekawy tej zmiany i myślę, że tych bardziej wyrazistych, cieplejszych, śródziemnomorskich barw będziemy mieli więcej.

 

W Wenecji północy.  


Rozmawiał Kacper Podrygajło