Wydanie: MWM 01/2014

Freedom jazz dance

Article_more
Tytuł tego karnawałowego (w założeniu) tekstu jest jednocześnie tytułem najsławniejszej kompozycji chicagowskiego saksofonisty Eddiego Harrisa, którą spopularyzował Miles Davis, nagrywając ją w 1966 roku i wydając na płycie Miles Smiles. Spróbujmy spojrzeć na te trzy słowa, jakby rozdzielały je przecinki: co mają ze sobą wspólnego wolność, jazz i taniec? Jaka relacja je łączy?

Mniej więcej półtora roku temu w dno skrzynki pocztowej „Rozmów improwizowanych” [audycja Janusza Jabłońskiego i Tomasza Gregorczyka w Programie 2 Polskiego Radia – przyp. red.] stuknęła krótka wiadomość od pani Agnieszki: „Chętnie umówiłabym się z Panami na tańce… na jazz”. Krótki ów list wprawił nas (czyli, rzecz jasna, Tomasza Gregorczyka i mnie) w podwójną konsternację. Po pierwsze, no cóż, bądźmy szczerzy, podobnych propozycji nie dostaje się codziennie, chociaż może innym Dwójkowym redaktorom – zwłaszcza tym od mazurków i obertasów – zdarza się to częściej. Po drugie, połączenie tańca i jazzu brzęknęło, niczym kwinta zmniejszona, lekkim dysonansem. Gdyby bilecik z takim komunikatem trafił w ręce spikera Polskiego Radia osiemdziesiąt lat temu, sprawa byłaby znacznie mniej skomplikowana, ale dziś, w drugiej dekadzie XXI wieku, współczesny jazz ma mniej więcej tyle samo wspólnego z tańcem, ile współczesny taniec z jazzem.

 

Dlaczego tak się stało, że od wielu lat do jazzu tańczą niemal wyłącznie entuzjaści tańca współczesnego, który ma coraz więcej wspólnego z klasycznym baletem, a coraz mniej z ekscytującą, przesiąkniętą feromonami formą aktywności społecznej? I drugie pytanie: dlaczego młodzi i starsi adepci tzw. tańca jazzowego na wszystkich kontynentach wykonują swoje układy i ewolucje przy dźwiękach miejskiego beatu, który zwykle jest z jazzem ledwie skoligacony (bo wszelkie pokrewieństwo często wydaje się jednak naciągane)?

 

Odpowiedź w takich razach zwykle przynosi historia, ale akurat w tym przypadku łatwo jest utknąć na poziomie komunałów. Że niby w erze swingu jazz za bardzo się skomercjalizował i dlatego protagoniści bebopowej rewolucji krzywo patrzyli na pary tańczące pod estradą, więc sięgnęli po (przywołaną nie bez powodu powyżej) kwintę zmniejszoną i frenetyczne tempa. Idąc tą drogą, dojdziemy do podszytej polityką konkluzji, że Afroamerykanie nie chcieli grać białym do tańca i kotleta. Tyle że to nie będzie prawda, a przynajmniej nie cała. Otóż po pierwsze, znaczną część fanów bebopu stanowiła biała publiczność. Po drugie, w kolejnych dekadach wykonawcy rockandrollowi, dyskotekowi, punkowi, metalowi, wreszcie kapłani techno skutecznie udowodnili, że ani ekstremalne tempa, ani dysonanse, ani drapieżna sonorystyka, ani nawet destrukcyjne/autodestrukcyjne teksty nie wykluczają tańca. Po trzecie wreszcie, sami koryfeusze modern jazzu darzyli szacunkiem mistrzów stepowania i chętnie podziwiali ich pojedynki w Harlemie. Miles Davis wspomina o tym w swojej autobiografii, a wiele lat później, kiedy wspomnienia o dawnych tap dancerach z Harlemu wyblakły niemal zupełnie, pianistka Geri Allen zaprosiła tancerza Maurice’a Chestnuta, aby polirytmie wystukiwane jego obcasami nadały jej muzyce niezwykły koloryt (płyta Timeline Live, Motema, 2010).



Nie może dziwić fakt, że za strażnika tanecznego elementu w jazzie uważany jest basista Marcus Miller, który mówił nam swego czasu, że muzyka pozbawiona basu staje się wydumana i traci na taneczności. Akurat jego podszyta funkiem twórczość nadaje się do pląsów w prawie każdym przejawie. Jednak nie należy zapominać też o tym, że po elementy choreografii sięgali chętnie improwizatorzy uważani za awangardowych, szczególnie ci spośród nich, którzy traktowali swoje koncerty jak rodzaj rytuału (Sun Ra) lub chociaż chcieli namiastkę rytuału do swej muzyki wprowadzić (Art Ensemble Of Chicago).
Nawiasem mówiąc, kontrabasista William Parker w wywiadzie udzielonym Monice Okrój awansem na okoliczność koncertu na tegorocznym Jazztopadzie wymieniał tańczących członków swojej rodziny. Z opowieści wynikałoby, że jeśli państwo Parkerowie zasiedli tej zimy w większym gronie do wieczerzy wigilijnej, przy stole znalazł się jeden jazzman i co najmniej pół tuzina tancerzy płci obojga. O osobistych uprzedzeniach nie może więc raczej być mowy.

 

Kogo zatem powinniśmy obciążyć winą za to, że jeśli dziś umawiamy się na tańce, to chętniej nawet na folk lub funk niż na jazz? Czy to jazzmani odwrócili się od tańczącej publiczności, czy raczej tańczące pary odpuściły sobie jazz i wybrały inną muzykę?

 

Nie będę uchylać się od odpowiedzi, udzielę aż trzech, odwołując się do trzech członów tytułu:

 

FREEDOM: Rozwój jazzu, najprościej rzecz ujmując, polegał na coraz szerszym otwieraniu się na przestrzeń wolności. W ten sposób dojrzewało rytmiczne oblicze jazzu: nieparzyste metra na trzy, pięć, siedem, dziewięć, a i na dziewiętnaście ósmych, wszelkie polirytmie, wreszcie propozycje spoza digitalnego terytorium stałego pulsu. Podobny kierunek wskazuje wektor rozwoju melodycznego i harmonicznego oraz wzrost możliwego znaczenia improwizacji: od ornamentacji, przez rozrastające się sola realizowane w oparciu o funkcje harmoniczne lub wyposażone w kotwicę modalną, aż po utwory będące strukturami wyimprowizowanymi w całości. Na pierwszy rzut oka widać, że tancerze mieli przed sobą poprzeczkę zawieszoną coraz wyżej i wyżej. O ile taniec w ramach stylu jest, przynajmniej w ramach manewrów imprezowych, rozrywką niemal dla wszystkich (bo kroki charlestona czy slow-foksa można po prostu opanować, jeśli kontekst towarzyski tego wymaga), o tyle taniec otwarty na zmienny rytm i improwizację, taniec kreatywny wymaga, podobnie jak muzyka swobodnie improwizowana, sporo wysiłku i poświęcenia. W tym przypadku, jak się okazuje, wolność nie jest dla każdego.

 

JAZZ: Wyjdzie na to, że sam sobie zaprzeczam, ale tak nie jest. Może nie jest to akurat najważniejszy element, ale muzycy jazzowi en masse też nie są bez winy. Czy chodzi o prestiż, czy o wyższe gaże? Pewnie o jedno i drugie, ale tak czy inaczej nie jest tajemnicą, że wolicie, panie i panowie, grać swój jazz przed rzędami przykręconych do podłogi krzesełek (nawet jeśli połowa będzie pusta) niż pod lustrzaną kulą. Nie mam racji?

 

DANCE: Na koniec banał, który jednak warto w tym miejscu przypomnieć. Banał regularnie wykorzystywany przez wykonawców, producentów i wydawców z branży pop. Banał, którego dowodem są efemeryczne kariery Fatsa Domino, Chubby’ego Checkera, Kaomy, Scatmana, Los Del Rio czy Las Ketchup: tańczy się do tego, co modne, a jazz, chociaż wiele złego można o nim powiedzieć, nie jest z pewnością gwiazdą jednego sezonu.

 

Janusz Jabłoński