Wydanie: MWM 01/2014

Zagrajmy w piekło i niebo

Article_more
Diabeł gra sonatę, anioł rapsodię. Piekielnego skrzypka można posłuchać w Żmigrodzie, w parku pałacowym, niebiański muzyk popisuje się na cmentarzu Grabiszyńskim we Wrocławiu. Diabeł jest zdolniejszy – gra własny utwór. Anioł sięgnął po kompozycję Brahmsa i nawet nie nauczył się jej na pamięć. Zabrał ze sobą nuty.

Wprawdzie Arystoteles przekonywał, że muzyka łagodzi obyczaje, ale duchy piekielne często z niej korzystają, żeby słabych ludzi uwieść, pognębić, zniszczyć, a w końcu zabrać im dusze. Artyści wysyłani przez Lucyfera szczególnie biegle grają na dudach, o czym – według dziewiętnastowiecznego podania – przekonał się dudziarz ze wsi Latkowa w powiecie milickim. Grał znakomicie, bywał więc często angażowany na wesela, choć jego honoraria przyprawiały o zawrót głowy. Dudziarz twierdził jednak, że sam diabeł nie umie grać lepiej, więc albo płacą, albo niech sami grają, choćby na grzebieniu.

Dudy od Lucyfera
Pewnego razu dudziarz wracał o północy z wesela we wsi Wrocławice (notabene, maestro szybko kończył występy, goście bawili się do rana) i umilał sobie drogę do domu, wygrywając wesołe melodyjki. Nagle ujrzał w świetle księżyca, że zbliża się do niego drugi dudziarz, z dudami (sądząc po urodzie wydobywanych z nich dźwięków) znacznie lepszej klasy.

Panowie artyści przywitali się grzecznie, nieznajomy powiedział, że idzie z Polski, ma mały warsztat, sam robi instrumenty i szuka nabywców. Chytry mieszkaniec Latkowej zaproponował interes: za polskie dudy odda swoje stare i dorzuci śląskiego talara. Transakcja została zawarta, dudziarz z nowym instrumentem wrócił do domu, powiesił go nad łóżkiem i poszedł spać.

Gdy się obudził, zobaczył, że jego nowe dudy zamieniły się w cuchnącą kość piszczelową. Na dodatek nie można jej było wyrzucić, bo w tajemniczy sposób wracała do domu. Ale w sumie spotkanie z diabłem opłaciło się artyście: dudziarz nauczył się segregacji odpadów, zmniejszył honoraria i przestał uprawiać nachalny PR.

Znacznie głośniejszym echem odbił się jednak na Śląsku występ diabelskiego skrzypka. Ekstraklasa koncertowa, na dodatek wciąż gra i to za darmo. Można go posłuchać wieczorami w pięknym parku otaczającym ruiny pałacu w Żmigrodzie.

Od XIV wieku istniał tu zamek otoczony fosami, a w 1560 roku w obrębie murów stanęła obronna wieża mieszkalna. Na barokową rezydencję pałacową przebudował zamek Melchior von Hatzfeldt, który w 1641 roku otrzymał posiadłości żmigrodzkie od cesarza Austrii za zasługi w walce z protestantami. Gościli tu królowie, premierzy i ministrowie. Do historii przeszło spotkanie członków koalicji antynapoleońskiej, które odbyło się w lipcu 1813 roku. Wziął w nim udział między innymi car Aleksander I, król pruski Fryderyk Wilhelm III i następca tronu Szwecji, Karl Johan, przyszły król Karol XIV. Trzy miesiące po tym spotkaniu doszło do bitwy pod Lipskiem, zakończonej klęską Francuzów.

 

Pałac został spalony w 1945 roku przez Rosjan, ocalała tylko baszta. Ale ruina ogromnego założenia jest zabezpieczona, a park znakomicie odrestaurowany. Rosną tu ogromne buki, jesiony mające około trzech i pół metra w obwodzie, jeden z najgrubszych cisów w Polsce i piękne sosny wejmutki. Duży staw z romantyczną wysepką połączony jest systemem śluz z Baryczą.




Sonata z trylem diabelskim
W parku stały kiedyś cztery kamienne posągi: damy i rycerza idących w tanecznym korowodzie oraz dwóch dworskich grajków.

Legenda mówi, że w czasach gdy na miejscu pałacu wznosił się zamek, mieszkał tu bogaty rycerz, z córką wyjątkowej urody. Nadobne dziewczę odrzucało jednak wszystkich dobrze urodzonych konkurentów i zakochało się w… pięknym szczurołapie rodem z Italii. Luby twierdził, że pochodzi z hrabiowskiego rodu, a z ojczyzny uciekł, bo ścigali go wrogowie. Postanowił jednak wrócić do domu, by upomnieć się o swoją ojcowiznę, a panna dziedziczka przyrzekła, że będzie czekać. Niestety, stałość nie należała do cnót dziewczęcia i gdy stęskniony Włoch zjawił się w Żmigrodzie, dowiedział się ze zdumieniem, że panna będzie ślubować innemu.

 

Zawarł więc pakt z diabłem, który w zamian za duszę Italczyka obiecał mu pomoc w zemście. Przebrani za grajków weszli na zamek i gdy młoda para stanęła do pierwszego tańca, pociągnęli smyczkami po strunach diabelskich skrzypiec. Oblubieńcy natychmiast zamienili się w kamień, ale Włoch i jego piekielny towarzysz nie zdołali się tym nacieszyć, bo uderzył w nich grom z jasnego nieba – widomy znak gniewu Bożego – i też skamienieli.

 

Figury najpierw zakopano, a po wielu latach ustawiono w pałacowym parku. Choć dziś ich już tu nie ma, wieczorami słychać wśród drzew dźwięki diabelskich skrzypiec. Badacze historii muzyki twierdzą, że skrzypek musi grać pierwowzór Sonaty g-moll „Il trillo del diavolo” (z diabelskim trylem) Giuseppe Tartiniego. Osiemnastowieczny włoski kompozytor opowiadał, jak to przyśniło mu się, że dobił z diabłem targu: za cenę duszy czart miał spełnić wszystkie jego życzenia. Tartini był niezłym skrzypkiem, więc chciał się przekonać, co diabeł potrafi zrobić z tym instrumentem. I czart zagrał sonatę, która Tartiniego zachwyciła tak bardzo, że kiedy się obudził, natychmiast próbował ją spisać. Zrobił to – jak twierdził – dość nieudolnie, a i tak stworzył najlepsze dzieło w swoim życiu. Jakkolwiek przyznawał, że diabeł był bezkonkurencyjny.

 

Anioł gra tylko Brahmsa

Na tym tle anielski skrzypek z wrocławskiego cmentarza na Grabiszynie wypada dość blado. Owszem, wysoko postawiony, bo to sam Archanioł Rafał, ale gra ludzką kompozycję. Od ponad stu lat tylko Brahms i Brahms…

Jego słuchaczem jest przede wszystkim wybitny polski dyrygent i skrzypek, zmarły we Wrocławiu 14 marca 1901 roku. Napis epitafijny głosi, że w grobie z figurą anioła spoczywa: „Raphael Maszkowski / Dirigent des Breslauer / Orchester Vereins / geb. zu Lemberg 11 Juli 1838 / gest. zu Breslau am 14 Marz 1901”.

Był koncertmistrzem orkiestry symfonicznej w Colmar, dyrygentem orkiestr w Hamburgu, Szafuzie i Koblencji. Gdy zaczął się starać o dyrygenturę we Wrocławiu, poparł go sam Johannes Brahms! Rekomendacja okazała się skuteczna i Maszkowski przez ostatnich jedenaście lat swojego życia kierował orkiestrą Wrocławskiego Towarzystwa Muzycznego.

„Naprawdę nazywał się Ludwik Rafał, ale w domu wołali na niego Rafał. Gdy zaczął karierę muzyczną, podpisywał się »Raphael«” – opowiadał mi Jan Maszkowski, mieszkający w Szczecinku prawnuk Rafała.

Po sławnym przodku zostały zdjęcia i cztery listy, które w latach pięćdziesiątych trafiły do Ossolineum. „Jeden z nich adresowany był do matki i pochodził z czasów, gdy Rafał Maszkowski studiował w Wiedniu. Ojciec uznał, że powinien odebrać wykształcenie politechniczne, a on zdecydował się na studia muzyczne. Uznał, że jedynym polem, na którym może coś zdziałać, jest muzyka, i tym samym sprzeciwił się woli rodzica” – mówił Jan Maszkowski. „Trzy pozostałe listy zostały wysłane z Koblencji do brata Karola. Rafał pisał, że źle się czuje w Niemczech. Mimo kariery, którą tam zrobił. Martwił się też, jak wychować syna na polskiego patriotę. Z tego zresztą powodu rozstał się z żoną Józefą. Trzy lata po urodzeniu syna wyjechała ona z dzieckiem do Lwowa. Właśnie dlatego, żeby synowi zapewnić polskie wychowanie – podkreślał Jan Maszkowski  – a Rafał został w Niemczech”.

Na początku 1890 roku paraliż spowodował, że przestał władać dwoma palcami lewej ręki, co uniemożliwiło mu grę na skrzypcach, ale jako dyrygent odniósł jeszcze większy sukces. Został obdarzony absolutnym słuchem i fenomenalną pamięć muzyczną. „Czytając partyturę, miał od razu w swoim umyśle zupełnie kompletny obraz dźwiękowy odczytywanego dzieła i wyrobione zdanie o jego wartości” – wspominał w swoich pamiętnikach syn Maszkowskiego.

Perfekcyjnie przygotowywał koncerty, przed wykonaniem uwertury do Parsifala Wagnera nie mógł znaleźć dzwonów mających basowy ton, ale tak długo odwiedzał sklepy z artykułami żelaznymi, aż trafił na łopaty do ładowania węgla, które po opiłowaniu okazały się instrumentem idealnym.

Był nie tylko wybitnym artystą, lecz także człowiekiem bardzo lubianym w środowisku muzyków i popularnym wśród publiczności. Wrocławscy melomani wprost go uwielbiali. „Już pierwszy koncert pod jego batutą odbyty, a otwarty uwerturą Wagnera do Śpiewaków norymberskich wywołał w prasie i u publiczności wprost niesłychany i po prostu niebywały entuzjazm. W ciągu niemal dwudziestu czterech godzin stał się mój ojciec najpopularniejszą i najbardziej znaną osobistością Wrocławia, miasta liczącego wówczas około czterystu tysięcy mieszkańców. Wydano widokówki z fotografią mojego ojca, które rozeszły się w wielu tysiącach egzemplarzy”, twierdził syn Maszkowskiego.

Gdy umarł, natychmiast zawiązał się komitet „pomnikowy”, w którego skład weszli najwybitniejsi wrocławscy muzycy, naukowcy, lekarze, redaktorzy. Już trzy miesiące po śmierci Maszkowskiego pieniądze zostały zebrane, a w kwietniu 1902 roku anioł dostał skrzypce.

Zdecydowano, że będzie grał Brahmsa, bo Maszkowskiego łączyła z kompozytorem serdeczna przyjaźń, stał się jego promotorem w Breslau. I tak od stu jedenastu lat na cmentarzu Grabiszyńskim anielski skrzypek ćwiczy Rapsodię na alt op. 53 Brahmsa.

Beata Maciejewska