Autor: Jacek Dehnel
Wydanie: MWM 01/2014

Saksofon. Chicago, 30 października 1957

Mały pitawal przestępstw dokonanych za pomocą instrumentów muzycznych
Article_more
Śmierć Johnny’ego „Rubinowych Warg” Taranto przeszła niemalże bez echa. Większe dzienniki pominęły ją kompletnym milczeniem, lokalna prasa chicagowska puściła drobne wzmianki petitem. Pod koniec października 1957 roku czytelnicy amerykańskich gazet pasjonowali się zupełnie innym wydarzeniem: zastrzeleniem Umberta Anastasii, ojca chrzestnego nowojorskiej rodziny Gambino.

Anastasia, urodzony w Kalabrii, rozpoczynał swój amerykański sen od skromnej pracy portowego robotnika. Wspierany przez skorumpowany związek zawodowy, przez kolejne lata zawierał alianse z coraz potężniejszymi bossami, by w początku lat trzydziestych zostać wreszcie przybocznym mordercą na usługach zwierzchnika Narodowego Syndykatu Zbrodni, Charlesa „Szczęściarza” Luciano. Syndykat jednoczył pięć, skłóconych wcześniej, największych rodzin mafijnych: odtąd ich reprezentanci wspólnie dzielili między siebie terytoria i zyski, rozstrzygali wszelkie spory i zlecali zabójstwa.

 

U boku Luciano Anastasia został szefem Korporacji „Morderstwo”, czyli mafijnego urzędu do spraw likwidowania niewygodnych osób, który przez dziesięć lat istnienia pozbawił życia, jak się dziś szacuje, od siedemdziesięciu do dwustu osób. Anastasia, nazywany niekiedy „Szalonym Kapelusznikiem” i „Jego Katowską Mością”, był wielokrotnie oskarżany o morderstwo, zawsze wychodził na wolność: świadkowie zbrodni albo wycofywali zeznania, albo bezpowrotnie znikali. Z czasem jednak balans sił uległ zmianie: jedni szefowie trafiali za kratki, inni ginęli, a Umberto Anastasia zaczął grać w grę na własnych zasadach; uwikłał się w walki pomiędzy rodzinami, aż jedna z nich wydała na niego wyrok. Czujny, nierozstający się nigdy z bronią i znany z refleksu godnego rewolwerowca z Dzikiego Zachodu, Anastasia był nader niebezpiecznym przeciwnikiem, zabójstwo zostało zatem pomysłowo zaplanowane.

 

Rankiem 25 października zostawił w samochodzie swojego szofera i zarazem ochroniarza, po czym wszedł do salonu fryzjerskiego w hotelu Park Sheraton przy Siódmej Alei. Kiedy zasiadł w fotelu przed ogromnym, szerokim lustrem, przez drzwi wpadło dwóch zamaskowanych strzelców; o wszystkim decydowały ułamki sekund – fryzjer został odepchnięty na bok, a „Szalony Kapelusznik”, widząc zbliżających się gangsterów, błyskawicznie wyjął pistolet i oddał dwa strzały… nie do ludzi jednak, a do ich lustrzanych odbić. Drugiej szansy już nie dostał.

 

Śmierć Johnny’ego Taranto nie była może tak spektakularna, ale została zaplanowana z podobną znajomością tajemnic ludzkiej psychiki. Taranto, pochodzący z apulijskiego Bari, zaczynał swoją przestępczą karierę jako szeregowy mafijny żołnierz za czasów Ala Capone i pnąc się stopniowo ku coraz wyższym stanowiskom, został jednym z ważniejszych współpracowników oficjalnego następcy Caponego, Franka Nittiego. Nitti, z zawodu golarz, a faktycznie drobny złodziejaszek i przemytnik alkoholu, był człowiekiem słabego charakteru; sądzony razem z Alem Capone za oszustwa podatkowe, trafił na półtora roku do więzienia i tam przekonał się, że cierpi na ciężką klaustrofobię; doświadczenie to wycisnęło na nim trwałe piętno – wprawdzie kiedy wyszedł zza krat, prasa obwołała go nowym szefem, ale w istocie władzę sprawował wówczas Paul „Kelnerzyna” Ricca i wiele wskazuje, że to „Rubinowe Usta” Taranto stanowił główny łącznik pomiędzy nimi, przekazując szefowi nominalnemu poufne polecenia szefa faktycznego. W roku 1943 chicagowska mafia została przyłapana na próbach opanowania hollywoodzkiego przemysłu filmowego. Nitti, przerażony perspektywą kolejnych lat w ciasnej celi, wolał zakończyć życie, niż wrócić do więzienia – na dzień przed pierwszym przesłuchaniem w sprawie wyszedł na spacer i popełnił samobójstwo, trzykrotnie – bo niezbyt celnie – strzelając sobie w głowę. Po jego śmierci Ricca już oficjalnie został bossem, a Johnny Taranto – jego następcą.




Taranto, przez swoje zamiłowanie do gry na saksofonie nazywany „Rubinowymi Ustami”, najlepiej czuł się w Levee, chicagowskiej dzielnicy czerwonych latarni, o której mawiano, że „jest tam pięćset saloonów, pięćset burdeli, pięćdziesiąt sześć barów z bilardem, dwadzieścia pięć kasyn, a peep-show, klubów dla kokainistów i tingel-tanglów więcej, niż da się zliczyć”. Uwielbiał spędzać noce na przenoszeniu się z jednego lokalu do drugiego, zawsze otoczony wianuszkiem kobiet i kelnerów z kolejnymi kubełkami z butelkami szampana. Kiedy było to konieczne, stawał się stanowczy i bezwzględny, miał jednak opinię sprawiedliwego i – w ramach bandyckiego kodeksu – uczciwego gangstera; potrafił zabić (choćby i własnoręcznie, tak jak wtedy, gdy zadźgał szpikulcem do lodu Franka „Dobre Wspomnienia” Carapettę), z reguły jednak skłaniał się do rozwiązań w miarę pokojowych: negocjacji i składania propozycji nie do odrzucenia. Może dlatego Levee pod jego ręką rozkwitło i przynosiło więcej zysków niż wcześniej; pańskie oko konia tuczyło. A Taranto nie pojawiał się ani w policyjnych aresztach, ani w rubrykach kryminalnych; oficjalnie był tylko współwłaścicielem teatrzyku „The Queen of Sheba”, w którym skąpo ubrane girlsy chodziły po schodach z wachlarzami ze strusich piór. Jeśli miał dobry humor, wskakiwał na podest dla jazz-bandu, bez słowa podchodził do saksofonisty, który w pół nuty ustępował mu pola, po czym jeden z największych gangsterów w mieście odgrywał kilka numerów jak szeregowy muzyk.

 

Po dziś dzień nie wiadomo, kogo najbardziej irytowało jego powodzenie; owszem, przygotowano na niego kilka pułapek, ale Taranto, bystry i przebiegły, zawsze albo wykrywał spisek zawczasu, albo zdołał się wylizać z ran. Wiadomo jednak, że była to długa, paląca zawiść, która po wielu latach zaowocowała wreszcie śmiercią.

 

Zaczęło się od Millie Waters (faktycznie: urodzonej pod Tarnowem Ruchli Guzik), fordanserki w jednym z lokali kontrolowanych przez Taranto. Millie była – wedle ówczesnych kanonów urody – prześliczna. I doskonale o tym wiedziała. Jej romans z bossem nie był żadną sensacją, raczej powtórzeniem obowiązującego scenariusza, sensacyjny był jednak jego przebieg: Millie owinęła sobie Taranto wokół palca, po czym nieoczekiwanie wyjechała z Chicago. Johnny szalał z rozpaczy; posłał za nią detektywów, którzy podejmując kolejne podsuwane im fałszywe tropy, po trzech miesiącach wrócili z niczym. Szampan ustąpił pola dżinowi i burbonowi, pitym w równie dużych ilościach. Ale to było tylko preludium.

 

We wrześniu 1957 roku saksofonista grający w „The Queen of Sheba” został rozjechany przez skradzioną furgonetkę mleczarską; sprawcy nigdy nie znaleziono, ale ani policja nie szukała go zbyt wytrwale, ani Taranto nie zwrócił na to specjalnej uwagi. Zatrudniono innego saksofonistę. Nie miał wprawdzie, co zaskakujące, referencji z żadnej orkiestry, ale okazał się o wiele lepszym muzykiem niż poprzednik. Kto jak kto, ale Taranto potrafił to docenić.

 

27 października Millie cudownie się odnalazła: posiniaczona, pobita, opowiedziała skacowanemu Taranto mrożącą krew w żyłach historyjkę o porwaniu przez gangsterów z rosnącej w siłę, ale wciąż małej mafijnej rodziny. Otumaniony szczęściem Johnny „Rubinowe Usta” spędził dwa dni w łóżku z Millie, po czym obiecał jej wspaniały wieczór w „The Queen of Sheba”; teatrzyk zamknięto, sproszono samych bliskich współpracowników. Pierwsze dwa kawałki zagrał z orkiestrą sam Taranto, potem były ze cztery numery rewiowe, strzeliły korki od szampana, girlsy roznosiły kieliszki. Tuż po północy 30 października rozbawiony Taranto kazał ochroniarzowi przynieść swój saksofon, ale okazało się, że w zamieszaniu gdzieś przepadł ustnik; usłużny saksofonista sięgnął do opartego o taboret pudła na instrument i podał mu swój ustnik zapasowy; „Rubinowe Usta” wziął go – jak mówił potem naoczny świadek – „nie patrząc nawet na człowieka, który mu go podaje”, po czym machnął ręką i zaczął grać Too Darn Hot Cole’a Portera. W połowie utworu wyraźnie się spocił; przysiadł więc na taborecie. Trzydzieści sekund później zwalił się na ziemię całym ciężarem swojego masywnego, pięćdziesięciosześcioletniego ciała. Ustnik saksofonu, jak wykazało śledztwo, został pokryty cyjankiem potasu.

 

Tajemniczy saksofonista przepadł jak kamień w wodę, jeszcze zanim Taranto dotarł do końca pierwszego refrenu. Millie, która zdążyła wylać nad ciałem całą ulewę łez, zaszyła się na parę miesięcy w Ohio, po czym wróciła na arenę zdarzeń jako dziewczyna Tony’ego „Grubej Ryby” Accardo, powszechnie podejrzewanego o zgładzenie rywala. 4 listopada 1957 roku jedna z lokalnych gazet podała, że na pogrzebie „lubianego właściciela teatrzyku” Johnny’ego Taranto odegrano jego ulubioną melodię: Night and Day You Are the One.

 

Jacek Dehnel