Wydanie: MWM 01/2014

Ikony w ryzach elektroniki

Article_more
Pofestiwalowe emocje opadły. W pamięci wspomnienia jednak wciąż pozostają żywe. Musica Electronica Nova to ważne wydarzenie; śmiem nawet twierdzić, że jak na festiwal, którego suma edycji osiągnęła dopiero wiek przedszkolaka, odgrywa już wśród festiwali muzyki współczesnej w Polsce opiniotwórczą rolę i zajmuje wysoką pozycję. Przesądza o tym choćby obrany kurs w polityce repertuarowej aktualnej dyrektorki artystycznej – Elżbiety Sikory.

Usprawiedliwienie pewnej subtelnej dysproporcji między prezentacją muzyki złotej polskiej młodzieży a twórczości zasłużonych awangardzie obcokrajowców ułatwia lokalizacja festiwalu. Wrocław aspiruje przecież do miana najbardziej otwartego i europejskiego miasta w Polsce oraz przyszłej stolicy kulturowej kontynentu. Poza tym erudycja, znajomość historii i literatury muzycznej to naprawdę bardzo istotny atut. Szkoda, że tak nieoczywisty. Niejednokrotnie przecież organizatorzy polskich festiwali wykazali się brakiem wiedzy na temat pojawiających się w Nowej Muzyce zjawisk. Tytułem dygresji chcę wspomnieć  tu o postępowaniu pewnego poważanego Jegomościa nagminnie zabiegającego o kompromitację jednego z krakowskich festiwali, stanowiącego doskonałe pole pod uprawę jego własnych, a dość nużących wtórnością pomysłów. Niemniej rozumiem, że wspólne spożywanie trunków ze światowej sławy gwiazdą muzyki pop nie przeszkadza w późniejszej konsumpcji w warunkach hali fabrycznej serwowanego przezeń deseru przybyłym rzeszom fanów. Bo i komu miałoby przeszkadzać, kiedy wszyscy się znakomicie bawią?





Ale powróćmy na festiwal Musica Electronica Nova, po którym oczekiwać jeszcze można głębszej kontemplacji. Otwierając książkę programową, widzę dość przemyślany historycznie i estetycznie dobór międzynarodowych artystów, gdzie legendarnym sławom (Bayle, Haas, Harvey, Manoury, van der Aa itd.) zręcznie sekundują nowicjusze (np. Ostap Manulyak i cały projekt prezentacji współczesnej muzyki ukraińskiej). Zauważam też szereg imprez towarzyszących, spotkania promocyjne, panele, konferencję, prezentację najnowszego numeru „Glissanda”. Na specjalne wyróżnienie zasługuje nawet sam Zygmunt Krauze, który ośmielił się nareszcie wzbogacić swój dorobek twórczy o dzieło z użyciem elektroniki. Nic, tylko wpadać w zachwyt. A jednak przejściu od namysłu nad „kwiatkami” w programie do koncertowego odbioru wrażeń zaprezentowanego przeglądu brzmień współczesnej elektroakustyki towarzyszy pewien dysonans. Poprawność nakazała zawrzeć w programie Kwartet smyczkowy Witolda Lutosławskiego. Pytanie tylko, czy stulecie urodzin wybitnego polskiego kompozytora, nijak nie odnoszącego się do formuły festiwalu muzyki elektroakustycznej, jest wystarczającym do tego powodem. W przyszłym roku obchodzimy Rok Panufnika. Gdyby zadziałał ten sam mechanizm w tym przypadku, to moglibyśmy spodziewać się wykonania którejś z jego symfonii. Trudno to sobie wyobrazić. Czy nie dlatego, że nie jest patronem Filharmonii Wrocławskiej? Szczęście w nieszczęściu, że wspomniany festiwal odbywa się co dwa lata. Uda się tego uniknąć.

Kuratorska formuła inicjatywy wyzwala sporą dozę swobody. To dzięki niej wieje na festiwalu świeżością i w wygodnym fotelu sako, w półmroku można skupić się wyłącznie na otaczających słuchacza projekcjach kina dźwiękowego, wśród których pamięć o ikonach przestaje być ważna. Bo, z całym szacunkiem dla Lutosławskiego i Sciarrina, nie o nie w tym interesie chodzi.

 

Piotr Wojciechowski