Wydanie: MWM 07/2012

Sześć kilogramów muzyki

Kompozytor na wakacjach - Paweł Mykietyn
Article_more
Paweł Mykietyn kończy pracę nad… musicalem, którego premiera odbędzie się na festiwalu Sacrum Profanum we wrześniu. Spotykamy się w połowie czerwca w Warszawie, gdy partytura waży już sześć kilogramów, choć jeszcze nie jest ukończona.
 

Agata Kwiecińska: Co dla Pawła Mykietyna oznacza słowo „wakacje”?

Paweł Mykietyn: Zawsze bardzo nie lubiłem szkoły i chyba już do końca życia mam zakodowane to, że lipiec i sierpień to są miesiące wolne od udręki. Myślę, że nawet w wieku siedemdziesięciu lat pod koniec sierpnia będę popadał w depresję. Oczywiście, w przypadku wolnego zawodu coś takiego jak wakacje w ogóle nie istnieje, czasami to okres najbardziej wytężonej pracy. Rok temu mój syn poszedł do szkoły i znów wpadliśmy w szkolny rytm, a traumatyczne przeżycia odżyły.

 

W ostatnich latach właśnie we wrześniu miały premierę duże kompozycje: II Symfonia, Pasja, Dwa wiersze Miłosza. Letnie miesiące są najbardziej pracowite.

Jeśli utwór ma być wykonany we wrześniu, to pod koniec czerwca, a najpóźniej na początku lipca musi być gotowy. Właśnie kończę utwór na festiwal Sacrum Profanum i wakacje będę spędzał na korekcie partytury.

 

Czy masz ulubione wakacyjne miejsce?

Jestem posiadaczem domku pod Kazimierzem i jeśli już takie miejsce się ma, to połowę wakacji spędza się właśnie tam. Jestem też uzależniony od polskiego morza, więc jeżdżę tam regularnie. Dużo pracuję i tęsknię także za dalszym wyjazdem – do Rzymu albo na Korsykę.

 

Na ostatniej stronie partytury Pasji czytamy: Kuźnica – lipiec 2008. Łatwiej się pisze poza domem?

To nie ma większego znaczenia. Różnica polega tylko na tym, że na spacer idę na plażę, a nie na plac Narutowicza. A tak poważnie, to na pewno otoczenie ma charakter inspirujący. Taki utwór jak Sonata na wiolonczelę, która powstała właśnie nad polskim morzem, ma w sobie coś z falowania wody.

 

Czas się zatrzymuje…

Nie, myślę o czymś innym. Zawsze, gdy ktoś mnie pyta o inspirację, mówię, że nie wiem na czym ona polega, ale w głównym temacie Sonaty coś się zbiera i rozładowuje, tak jak morskie fale.

 

A jeśli szybko miałbyś wskazać najlepsze wakacje w życiu?

Hm, trudno powiedzieć, miałem dużo fajnych wakacji. Jeszcze w czasach liceum muzycznego udało mi się coś, co uważam za swoje największe osiągnięcie życiowe, a mianowicie samotne przejście spod Ustrzyk Górnych do Bielska Białej na piechotę, górami. Od wielu lat chciałem przejść całe Karpaty, ale dopóki wybierałem się z kimś, to zawsze prędzej czy później z jakichś powodów „wymiękaliśmy”, a kiedy poszedłem sam, udało się.

 

Czerwonym szlakiem?

Nie tylko, różnymi szlakami. Poza tym świetne wakacje to pobyt na Korsyce i jeszcze dwa miesiące, które spędziłem w Izraelu – bardzo inspirujące. Ostatnio wakacje są bardziej leniwe – Lubelszczyzna i Półwysep Helski.

 

Sporo wyjeżdżasz z teatrem Krzysztofa Warlikowskiego. To też wakacje czy tylko ciężka praca?

Ostatnio wyjeżdżamy z zespołem Nowego Teatru i jego spektaklami, ale swego czasu, gdy Krzysztof przygotowywał spektakle w różnych teatrach na świecie, to praca trwała od miesiąca do dwóch. Jeśli spędza się w jakimś mieście tyle czasu, to zaczyna się wchodzić w atmosferę tego miejsca, poznaje się ludzi. Po krótkich, turystycznych wyjazdach na tydzień czy dwa zawsze mam poczucie niedosytu, a taki długi wyjazd pozwala zżyć się z tym miejscem, chociaż w takich miastach jak Rzym czy Jerozolima nawet pięć lat to byłoby za mało.

 

Przywozisz z podróży jakieś muzyczne zdobycze? W nowych miejscach szukasz muzyki?

Wspominałeś o Korsyce, to miejsce z bardzo bogatą muzyczną tradycją.

Pod kątem muzycznym Korsykę znam lepiej z radiowej „Dwójki” niż z samej Korsyki, ale uwielbiam podróżować i gdybym mógł, wyjeżdżałbym cały czas. Były takie okresy, kiedy przez trzy miesiące wciąż gdzieś podróżowałem, a do domu wracałem na jedną noc. Oczywiście, mam też takie momenty, że z Okęcia chciałbym uciec i donikąd nie lecieć, ale jak już gdzieś wyjadę, to nie chcę wracać.

 

Najbardziej egzotyczne z miejsc, które odwiedziłeś…

Jerozolima.

 

Dlaczego?

Chociażby dlatego, że na tak małej przestrzeni znajdują się najświętsze miejsca trzech religii. W psychiatrii istnieje taka jednostka, jak syndrom jerozolimski. Osoby, które przebywają w Jerozolimie zbyt długo, dostają religijnych… zawirowań. Ja byłem już blisko, a spędziłem tam tylko cztery dni. Uwielbiam też Stany Zjednoczone, jestem zagorzałym amerykanofilem. To były trzy krótkie pobyty w Nowym Jorku, Los Angeles i San Francisco – najważniejsze miasta. Gdybym pojechał do Teksasu czy Iowa pewnie miałbym inne wrażenia.

 

A wakacje na plaży, pod palmą, nad ciepłym morzem?

Kiedyś byłem na Mauritiusie, ale to miejsce nie zostawiło we mnie żadnych szczególnych wspomnień. W Polsce była zima, ja po pracy nad Aniołami w Ameryce, chcieliśmy wygrzać kości, więc mieszkaliśmy na plaży i kąpaliśmy się w oceanie. Nie było to w żaden sposób inspirujące, chociaż właśnie tam zacząłem pisać Pasję. W sumie dość egzotycznie.

 

W muzyce, którą piszesz, są jednak ślady podróży. W kompozycji, która powstała do spektaklu Anioły w Ameryce, pojawia się obój chiński przywieziony z Szanghaju. Specyfikę tego instrumentu wykorzystałeś potem również w Pasji.

To jest jeden z dowodów na to, że podróże kształcą, kupiłem go na targowisku. Ten instrument został mi tak naprawdę wciśnięty przez nachalnego sprzedawcę obojów chińskich.

 

Wiedział, że ma do czynienia z kompozytorem?

Nie sądzę. Kupiłem go, bo nie był drogi. Potem wróciłem i nawet go nie dotykałem. Kilka dni przed premierą okazało się, że brakuje muzyki do kluczowych scen z udziałem Mai Ostaszewskiej. Wtedy zacząłem grać na tym oboju i z tego powstała muzyka. Specyfika tego instrumentu polega na tym, że bez względu na zadęcie zawsze zaczyna się grać i kończy na tym samym dźwięku. Faktycznie, później w III części Pasji pisałem partię saksofonu, ale właśnie w ten sposób, że zaczyna się i kończy zawsze na tym samym dźwięku.

 

Z innych miejsc też przywoziłeś instrumenty?

Tak, jakieś bębny, flety, instrumenty strunowe, ale chyba nie jestem wielkim miłośnikiem world music. Kiedyś fascynował mnie Nusrat Fateh Ali Khan, śpiewak pakistański.

Zachwyciły mnie też nagrania muzyki Eskimosów, początkowo myślałem, że to Xenakis, bardzo mnie to poruszyło. Nigdy nie byłem na biegunie, ale raczej się tam nie wybieram.

 

Bo zimno?

Nie, ale myślę, że jest wiele ciekawszych miejsc.

 

Jakich?

Nie będę zbyt oryginalny, na przykład Włochy. Byłem w Mediolanie, w Wenecji, w sumie słabo znam ten kraj w kontekście tego, co oferuje. Biorąc pod uwagę to, że siedemdziesiąt procent całego dziedzictwa kulturowego Europy jest we Włoszech, mógłbym tam spędzić parę lat. Nie jestem znawcą architektury, ale mam wrażenie, że cała architektura w Rzymie – począwszy od Panteonu, który jest chyba jednym z najgenialniejszych budynków na świecie, poprzez wszystkie kościoły, aż po współczesną architekturę – jest spójna, nic się ze sobą nie kłóci, panuje absolutna harmonia. Rzym i Jerozolima to są miejsca oszałamiające.

                                                                                                                               

Lubisz samą logistykę podróżowania? Lubisz latać samolotem, jeździć pociągiem czy to cię męczy i jest tylko środkiem do celu?

Uwielbiam samo podróżowanie, jest w tym coś metafizycznego. Szczególnie lot samolotem, nawet w podróży do Gdańska jest coś metafizycznego, nie mówiąc już o podróży za ocean.

 

A pociągiem?

Pociągiem dawno nie jechałem, ale do Krakowa czy Katowic wybieram się właśnie tym środkiem lokomocji.

 

Ale marzeń o dwutygodniowej podróży koleją transsyberyjską nie masz?

Pojechałbym chętnie koleją transsyberyjską, ale mam poczucie, że nie jestem już całkiem młody i liczba miejsc, które odwiedzę jest ograniczona i dwa tygodnie wyjęte z życia to byłoby dużo. Ale kto wie, może kiedyś pojadę.

 

Porozmawiajmy o twojej najnowszej kompozycji. Pojawiają się w niej różne języki.

I żadnego z nich nie znam. Utwór nosi tytuł Król Lear. Trzy lata temu rozpocząłem współpracę z festiwalem Sacrum Profanum i zostałem „pożeniony” z zespołem Ensemble Modern. Dwa lata temu wykonywali mój utwór 3 dla 13, w ubiegłym roku utwór związany z Czesławem Miłoszem, a w tym roku mam carte blanche – mogłem im dać już gotowe kompozycje albo napisać coś nowego, przy czym to nie jest zamówienie, piszę z potrzeby serca. Rok temu wpadła mi w ręce sztuka współczesnego hiszpańskiego dramatopisarza Rodrigo Garcíi Król Lear. Tekst bardzo mnie zaintrygował, jest przerażająco „dołujący” i jednocześnie dowcipny. Zauważyłem, że w Polsce jest duże grono miłośników teatru, dla których głównym kryterium jakości jest obecność golizny i wulgaryzmów. Jedni wolą goliznę, inni kalesony. Tekst Garcíi chwilami jest dość drastyczny, a forma mojego utworu dziwna. We współczesnych operach zazwyczaj mamy wielkie partie śpiewane i tylko czasem ktoś coś mówi, strasznie mnie to denerwuje, chociaż w swojej operze Ignorant i szaleniec regularnie to popełniałem. Ten utwór w dużej mierze jest mówiony, nazywam go musicalem, żeby się nikomu z grona znawców opery nie narazić. Nie jest to jednak swobodna deklamacja, wszystkie zdania i słowa są precyzyjnie rytmicznie zapisane – coś w rodzaju Sprechgesang. Dziewięćdziesiąt procent tekstu to język hiszpański – dramat Garcíi. Pozostałe dziesięć to fragmenty z Szekspira po angielsku. O pomoc w adaptacji poprosiłem Piotra Gruszczyńskiego, dramaturga Nowego Teatru. Mamy pięcioro solistów – Leara, Błazna i trzy córki, podstawowy skład Ensemble Modern, będzie też elektronika. Całość trwa około dwóch godzin. Uprzedzając twoje kolejne pytanie, powiem, że potem chcę się zająć muzyką instrumentalną. Chcę odpocząć od muzyki z tekstem, którą ostatnio się zajmowałem.

Będę pisał utwór na festiwalu „Muzyka na szczytach”, później dla Filharmonii Wrocławskiej ma powstać duży utwór symfoniczny, myślę też o kolejnym kwartecie smyczkowym dla Lutosławski Quartet.

 

A w Learze brakuje tylko ostatnich dwóch kresek taktowych w partyturze?

Ostatnie dwie kreski już są, bo nigdy nie piszę od początku do końca. Cała druga część jest już gotowa, początek jest napisany, brakuje tylko jednej cegiełki pośrodku. Może chcesz zobaczyć partyturę? Już teraz waży sześć kilogramów…

 

Rozmawiała Agata Kwiecińska (Program 2 Polskiego Radia)

 

Paweł Mykietyn – zdobywca pierwszych nagród na Międzynarodowej Trybunie Kompozytorów UNESCO w Paryżu (1995) oraz na IV Międzynarodowej Trybunie Muzyki Elektroakustycznej UNESCO w Amsterdamie. Laureat Paszportu Polityki i Nagrody Mediów Publicznych OPUS 2008. W 2008 roku na festiwalu Wratislavia Cantans odbyła się premiera Pasji według św. Marka. Pisze muzykę dla teatru, jest twórcą muzyki filmowej, m.in. do filmów "Ono", "33 sceny z życia" Małgorzaty Szumowskiej, "Tatarak" Andrzeja Wajdy czy "Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego. Otrzymał dwie Polskie Nagrody Filmowe oraz cztery nagrody na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za najlepszą muzykę. Od 2008 roku jest dyrektorem muzycznym Nowego Teatru w Warszawie. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.